Zbrodnia sprzed 74 lat wciąż ją prześladuje. "Wyczołgałam się spod ciała mamy..."

- Gdy zabili mamę, to ona poleciała na mnie. Nie wiem jak, ale straciłam przytomność. Myślę, że Bóg zabrał mi wtedy rozum na jakiś czas. Przecież powinnam krzyczeć, a wtedy by mnie od razu zabili - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Janina Kalinowska, ocalona z rzezi wołyńskiej (1943-44).

11 i 12 lipca 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia przeprowadziła ataki na Polaków mieszkających w 150 miejscowościach na Wołyniu. Była to kulminacja tzw. rzezi wołyńskiej z lat 1943-44, która swoim zasięgiem objęła także tereny południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej. Dla polskich historyków była to ludobójcza czystka etniczna, w której zginęło ponad 100 tys. osób. Dla badaczy z Ukrainy zbrodnia ta była konsekwencją wojny Armii Krajowej z UPA, w której wzięła udział ludność cywilna. Ukraińcy podkreślają, że w czasie II wojny światowej obie strony popełniały zbrodnie wojenne, ponieważ polska partyzantka podejmowała akcje odwetowe. Strona ukraińska ocenia swoje straty na 10-12, a nawet 20 tys. ofiar, przy czym część ofiar zginęła z rąk UPA za pomoc udzielaną Polakom lub odmowę przyłączenia się do sprawców rzezi.

***

Janina Kalinowska: - Wyczołgałam się spod ciała mamy. Byłam cała w jej krwi. Poszłam do domu sąsiadów, Ukraińców. Był tam jeden mężczyzna. Zamknął mnie w pokoju i powiedział, żebym nie płakała. Uratował mnie.

Jacek Gądek: - Po ok. 50 latach pani tam wróciła?

Tak. I wtedy z tego właśnie domu wyszła kobieta. Okazało się, że to wnuczka człowieka, który mnie przygarnął. Zapytałam, czy coś wie o wymordowanej rodzinie, która mieszkała obok. Czy dziadek coś jej opowiadał? Powiedziała: tylko jedna dziewczynka przeżyła. Nie przyznałam się, że to ja jestem tą jedyną.

***

Jacek Gądek: Ile ma pani lat?

Nie wiem. Metrykę wyrabiano mi dopiero w 1948 r. Świadkowie zeznawali, ale mało o mnie wiedzieli.

A nazwisko?

Sokół - tego jestem pewna. Potem je zmieniłam, gdy wyszłam za mąż.

Kim pani jest?

Po wojnie chciałam się o sobie dowiedzieć jak więcej. Wyciągnęłam z sądu, co mogłam.

W akcie urodzenia ma pani napisane: 1935 r....

... ale to nie jest pewne.

Pochodzę ze wsi Funduma na Wołyniu. To była wieś i osada wojskowych - moi rodzice mieszkali właśnie w tej wojskowej kolonii. Gdy w czasie wojny przyszli sowieci, to pierwszą część Polaków wywieźli na Sybir. Później mieli zrobić drugi wywóz, ale już nie zdążyli, bo przyszli Niemcy.

Jaki był wasz dom?

Mama, tata, braciszek i - choć tego nie jestem pewna - siostra.

A dom był z cegły. Pani Franciszka - Ukraina, która tam teraz mieszka po sąsiedzku - wskazała nam miejsce, na górce. Mam też potwierdzony przez władze opis tego domu, ale odłożyłam to na bok.

Wiedziała pani przed rzezią, że coś się szykuje? Że będą was zabijać?

Nie. Nawet jak zabili moich rodziców, to nie wiedziałam, co to znaczy "nie żyć". Przecież gdybym była świadoma, to bym nie szarpała mamy i nie mówiła do niej "chodź, chodź". A szarpałam ją bardzo mocno. Do dziś pamiętam jej otwarte oczy. Taty już nie ruszałam, skoro mama nie chciała wstać. Jego pamiętam mniej.

Oczy otwarte?

Szeroko. Wryły się w moją pamięć.

Emocje z tego czasu?

Byłam nieświadoma tego, co się dzieje. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że już nie wstanie - że jest zabita. Pamiętam swój ogromny strach - ale nie przed śmiercią, bo ja nie wiedziałam, co to jest śmierć.

Jest pani w stanie zlokalizować, gdzie teraz leżą szczątki pani rodziców?

Nie...

...a chciałaby pani wiedzieć?

Wykopałabym ich kości i zabrała tutaj. Po co ktoś miałby tam deptać ich szczątki?

Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Gdy ginęli moi rodzice. Noc, ale nie byłam wtedy w stroju do spania. 1943 r. Wtedy cała wieś i niedobitki kolonii poszły pod nóż - w 1943 r. zginęło tam 160 Polaków.

Wyprowadzili nas z domu. Ja się wtedy nie bałam. Postawili przed nim mamę, tatę, mnie. Zaczęli strzelać. Mieli i dla mnie naboje, ale nie trafili. Moją kulę nosi Bóg. Rodzice mieli szczęście, że ich tylko zastrzelili, a nie zarąbali siekierami. Dzięki Bogu nie znęcali się nad nimi.

Gdy zabili mamę, to ona poleciała na mnie. Nie wiem jak - bo tam nie było kamieni czy betonu, tylko klepisko - ale straciłam przytomność. Myślę, że Bóg zabrał mi wtedy rozum na jakiś czas. Przecież powinnam krzyczeć, a wtedy by mnie od razu zabili.

Znów pani otworzyła oczy i?

Na pewno przeleżałam pod jej ciałem dość długo. Ile? Dokładnie nie wiem. Gdy się wyczołgałam spod ciała mamy, to byłam zakrwawiona. Pamiętam swoje wielkie przerażenie. Widziałam nad sobą łunę ognia.

Bo to było tak, że banderowcy najpierw mordowali, potem wchodzili do każdego domu i co im było potrzebne - a było wszystko - grabili. Za mordercami do domów wchodziły ich żony, córki. A łebki oblewały domy, żeby je podpalić. Ten widok ognia ciągle mam przed oczami. Coś okropnego. Byłam cała we krwi. Paliło się na mnie ubranie, skóra piekła. Niedaleko było poidło dla krów. Poszłam tam i gasiłam tą wodą ogień na plecach.

Była pani ranna?

Nie - to była krew mojej mamy. I wie pan co? Gdy byłam już prawie dorosła, to zapach krwi, który pamiętałam, często czułam na swoich rękach. Zapach krwi mamy. Nie wiem nawet, kiedy to odeszło.

Gdzie pani poszła, gdy już ugasiła ogień na sobie?

Do domu obok, do sąsiadów. Wcześniej pewnie chodziłam się tam do nich bawić. Tam był tylko jeden mężczyzna. Zaprowadził mnie do dość ciemnej izby i kazał mi siedzieć - cichutko. Ale jak można było być cichutko? Gdy już oprzytomniałam, to tylko płakałam. Siedziałam i płakałam.

Kim był?

On był Ukraińcem, a jego żona Polką. Musiał wiedzieć, że będą mordować, bo żonę i córki w tym czasie gdzieś odesłał - ich w domu nie było. Gdy mnie przygarnął, to bał się, że któryś z banderowców może wejść i mnie zobaczyć.

Potem przyszedł po mnie ktoś z miasta - z Włodzimierza Wołyńskiego - i zabrał. Pamiętam jak przez mgłę, że szłam z tym panem nocą. Szliśmy tak strasznie długo. Co jakiś czas kazał mi siedzieć cicho w krzakach. Chowaliśmy się przed ludźmi. Do dziś nie wiem, kim był. Oddał mnie rodzinie Karchutów, która znała moich rodziców. Oni mnie przygarnęli.

Przyjęli panią pod dach?

Tak. Byłam z nimi do 1948 r. - przez jakiś także w Niemczech. Tę rodzinę wywieźli na roboty przymusowe, więc zabrali mnie ze sobą. Trudno, żebym nie była im wdzięczna.

Jak było w Niemczech?

Byliśmy w mieście w strefie amerykańskiej. Mieszkaliśmy na piętrze domu, a na dole mieszkała Niemka. Karchutowie chodzili na majątek - do pracy w polu. Niemcy dawali nam kartki na jedzenie. A obok była wojna. Widziałam, jak dwóch Niemców w mundurach zabiło trzeciego. Widziałam naloty na miasto. Po niebie fruwały też sterowce.

No i zaczęłam chodzić do szkoły.

W sumie to stosunkowo szczęśliwy czas?

Miałam co jeść i gdzie spać. Chodziłam do szkoły. Ale nikt się po mnie nie zgłaszał. Karchutowie powiedzieli w końcu, że znają moją rodzinę w Zamościu i mnie tam oddadzą. Tylko że to nie była prawda.

A jaka była?

Nie wiem, czy mam prawo ich obwiniać.

Przywieźli mnie do Zamościa - w 1948 r. - i oddali do własnej rodziny, na wieś pod Tomaszowem. Tam kazano mi paść krowy. Jedno lato tam byłam - taka sierota od pasania krów. Przestałam chodzić do szkoły, więc władze zabrały mnie w końcu do komitetu pomocy społecznej. Trafiłam do domu dziecka, a im kazali wyrobić mi metrykę urodzenia.

W tym domu dziecka byłam rok, bo przenieśli mnie do Międzyrzeca Podlaskiego. Było w nim kilkanaście dzieci - nie tylko sieroty wołyńskie, ale też dzieci z wsi, które Niemcy wymordowali, bo uważali, że pomagają partyzantom. Dziećmi opiekowała się hrabina z Zamojskich - dostarczała jedzenie.

Jak było w tym drugim domu dziecka?

W Międzyrzeczu mieszkałam niczym hrabianka - w Pałacu Potockich, który przeznaczono na ten dom. Po raz pierwszy w życiu zetknęłam się z wanną, sedesem, bieżącą wodą, pięknym parkietem, pięknymi różami dookoła. A dopiero co pasałam krowy w polu.

Byłam tam do skończenia gimnazjum.

Wspomnienia z Wołynia tkwiły w głowie?

Cały czas mnie nachodziły. Mieszkając w domu dziecka miałam koleżankę, której tata był adwokatem. Kiedyś zaprosili mnie na Boże Narodzenie. Ewa - koleżanka - przyszła po mnie i przyprowadziła. Weszłam do ich domu, a tam pięknie nakryty stół. Jej rodzice. Jej rodzeństwo. Jej uśmiechnięta mama. Po raz pierwszy zobaczyłam szczęśliwy dom.

Nienawiść we mnie wstąpiła. Dlaczego oni żyją?! Do dziś mam wyrzuty sumienia. Z tej nienawiści, że ma matkę i ojca, nie mogłam nic zjeść. Potem koleżanka mnie odprowadziła. Od razu poszłam do kierownika domu dziecka - powiedziałam, żeby nigdy nie zgadzał się na to, by ktokolwiek zapraszał mnie na święta. Nigdy.

Do dziś nie lubię świąt. Zawsze wtedy płaczę po kryjomu.

Wiecznie nie mogła pani być w "pałacowym" domu dziecka...

... i wyszłam z niego w jednej sukience. Dwoje majtek. Sandały i dwie pary skarpetek. To był cały mój majątek. Nikogo nie interesowało, co się ze mną stanie. Chciałam iść na studia, ale w domu dziecka powiedzieli, że i tak mam dobre wykształcenie, bo sporo ludzi nie umie nawet czytać i pisać.

Mając 20-30 lat chciała pani pojechać w rodzinne strony?

Nie chciałam. Znienawidziłam tamtą ziemię i ludzi. Zbyt wiele krzywdy tam zaznałam.

Pani o nienawiści, a pani bliska przyjaciółka Zofia Szwal, z którą rozmawiałem, mówi: kocham tę ziemię i chce ją mieć przy sobie w trumnie.

Zofia nie widziała śmierci swoich rodziców i była trochę większa. A ja tak - widziałam przerażone oczy matki, gdy została zabita. Przez całe swoje życie patrzę w jej oczy. O mało co nie wypłakałam przez to własnych. Którejś nocy śniło mi się, że moi rodzice stali przy łóżku. Nic do mnie nie mówili. Tak zapamiętałam ich twarze. Mam była bardzo ładna.

Ale pojechała pani w końcu. W latach 90. po ponad 50 latach...

...postawiałam tam krzyże.

Pierwszy raz pojechałam do Fundumy i tam stanęłam. Pustka. Krzyż postawiłam więc przy drodze. To była głupota sądzić, że coś z mojego domu tam jeszcze znajdziemy. Przecież minęło tyle lat, a ta ziemia wiecznie była orana. Zapaliliśmy w polu znicze. Obok stał jeden dom, a w sadzie - drugi. Reszta to pustka i las.

Ile razy pani jeździła na wschód?

Kilkanaście, kilkadziesiąt razy. Gdy kolejnym razem przyjechaliśmy do Fundumy, to z tego pierwszego domu wyszła dziewczyna. Wnuczka tego Ukraińca, który mnie uratował. Tak mówię: on mnie uratował. On był człowiekiem. On mnie nie wziął za włosy i nie zabił widłami. A tak przecież wyrzynano Polaków: dwóch chłopów z widłami - wbijali je w człowieka i rzucali w ogień. A na koniec dzieci. On mnie jednak ukrył - jestem mu bardzo wdzięczna.

Ta wnuczka była już wtedy dorosłą kobietę, miała własne dzieci. Wyszła do nas.

I?

Przywitała się. "Dzień dobry". Zaczęłyśmy rozmawiać. Powiedziała w końcu: jak pierwszy raz przyjechaliście i zapaliliście znicze w polu, to okoliczni ludzie w nocy nie wiedzieli, co się dzieje. Co to za światło? Bali się. A na następny dzień przyszli, żeby zobaczyć miejsce, gdzie się paliły.

Kobieta wiedziała dużo o rzezi, która miała tam miejsce?

Powiedziała, że z tej kolonii, gdzie mieszkała moja rodzina, przeżyła jedna dziewczynka. Zapytałam: a ile ta dziewczynka mogła mieć lat? "No, tak jak mi mama i dziadek mówili, to 3-4 latka".

Nie przyznałam się, że to ja jestem tą jedyną.

Osób, które znały tę historię było więcej?

Spotkałam tam też człowieka - jechał na rowerze. Pytałam, czy sobie przypomina rodzinę Sokół. Odpowiedział, że jego dziadek opowiadał o jednym uratowanym dziecku. Pokazał, gdzie stał mój dom - to samo miejsce, które wskazała kobieta mieszkająca obok. Potem ten mężczyzna zostawiał nam kosę, żeby można było wykosić trawę wokół krzyża, który postawiłam.

Innym razem chciałam zapytać kobietę, która była w polu i wyrywała chwasty. Jeszcze nie doszłam do niej i nie otworzyłam gęby. Odpowiedziała: nic nie wiem!

Poszła pani na miejsce, gdzie stał dom?

Nie. Nic by mi to nie dało - to było obsiane pole.

To w tym miejscy się pani bawiła i patrzyła na śmierć rodziny.

Niektórzy twierdzili, że miałam jeszcze siostrę. A na pewno braciszka, którego mama nosiła na rękach.

Gdzie leżą ich szczątki?

Ta Ukrainka mówiła, że po rzezi przyszli jacyś ludzie i wykopali dół w pobliżu domu. Tam wrzucili resztki ciał. Ale gdzie dokładnie? Teraz nikt nie pozwoli na poszukiwania kości.

W środowisku kresowiaków rozmawiacie o rzezi wołyńskiej? Czy to już było tak dawno, że lepiej zapomnieć?

Dla nas to nigdy nie będzie dawno.

Rozmawiał: Jacek Gądek

Zobacz także: Donald Trump wiele obiecał Polsce. Od tego czasu niewiele się jednak zmieniło

Więcej o:
Komentarze (328)
Zbrodnia sprzed 74 lat wciąż ją prześladuje. "Wyczołgałam się spod ciała mamy..."
Zaloguj się
  • marymania

    Oceniono 36 razy 18

    Polacy i Ukraińcy - dwa białe i chrześcijańskie narody. A nienawiścią mogliby obdzielić cały świat.

  • wg70

    Oceniono 41 razy 17

    Mój dziadek nie żyje już ponad 30 lat, a ja wciąż pamiętam jak mi mówił:
    "pamiętaj wnusiu, im dalej od wojny tym więcej będzie kombatantów".

  • intransigent

    Oceniono 32 razy 14

    A tymczasem w Kijowie uczczono ulicą zbrodniarza szuchewycza. Tego samego, który odpowiada za realizację zbrodni wołyńskiej.

  • ben.zilbersztajn

    Oceniono 26 razy 12

    Z Niemcami szło się dogadać w czasie okupacji za dolary i złoto. Z Sowietami za okupacji i po wyzwoleniu dało się dogadać za bimber i rzeczy codziennego użytku niedostępne w Kraju Rad. Natomiast przed upadlińską dziczą ostrzegali sami żołnierze Wehrmachtu, SS była zaskoczona okrucieństwem, a Białoruska Samoobrona Ludowa i białoruscy OD-manni zwalczali upadlińców tak samo jak Niemcy i sowiecka partyzantka. Miałem w rodzinie nieżyjącego już dawno starszego człowieka, zawsze jak wspominał pobyt na Kresach w czasie II wojny wspominał jak ostrzegali go Białorusini - panie, pan tam nie idzie do tamtej wioski, bo to rusińska chachłacka. My tutejsi dobrzy, nic panu Polakowi nie zrobimy, damy chleba i sera, ale tam pan nie idzie bo tam pana żywcem porąbią siekierami...

  • felicjan.dulski

    Oceniono 16 razy 12

    Treść komentarzy i rozkład ocen dowodzi jak wiele może współczesna propaganda.

  • Greg Stanisz

    Oceniono 48 razy 12

    Czy do mądrych tego świata nie dotarło, że wina jest po obu stronach? Wołyń należy pamiętać i zrozumieć jego przyczyny, ale.wzajemna nienawiść to nie droga do rozwiązania sporu.

  • brys47

    Oceniono 11 razy 11

    popłakałem się....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX