Co cię czeka w szkole przetrwania?

Jak przeżyć kilka dni w lesie mając do dyspozycji tylko ostry nóż i latarkę? Czy naprawdę da się rozpalić ogień stosując metody sprzed tysięcy lat? To, co kiedyś robili tylko komandosi dziś na własnej skórze sprawdzić może każdy. Szkoły przetrwania mnożą się jak grzyby po deszczu by zapewnić mieszczuchom prawdziwie ekstremalne rozrywki

Kalina Stankiewicz

Osiem osób w militarnych ciuchach (spodnie bojówki, lekkie katany w szaro-zieloną panterkę, porządne sznurowane skórzane buty - żaden gore-tex im nie dorówna), z kostkami (typ plecaka) pełnymi sprzętu spotyka się na trawiastej płycie świdnickiego lotniska. Grupa składa się z siedmiu facetów i...mnie. Szykujemy się do "manewrów"" Za chwile podzielimy się na dwie rywalizujące drużyny. Będziemy pełzać w wysokiej trawie, biegać po lesie, i organizować przeprawę linową.

Pierwsze zadanie: strzelanie. Karabinek sportowy mam w rękach pierwszy raz w życiu. Kładę się na trawie bo strzelamy do tarczy w pozycji leżącej (może i dobrze, przynajmniej nie widać jak bardzo trzęsą mi się ręce).: - Szerzej te nogi! - drze się Michał, nasz "dowódca", (nie mam przecież pojęcia, jak wygląda prawidłowa pozycja) a ja zlewał się rumieńcem (w końcu za mną sami faceci!) Ruchy wykonuję nieco niezgrabnie, wiem że jeśli strzelanie mi nie pójdzie, straci cała moja drużyna. Chłopcy patrzą w napięciu patrzą na moje nerwowe poczynania: - Świnie, pewnie sobie myślą, że nie trzeba było przyjmować baby do drużyny survivalowej - przychodzi mi do głowy i natychmiast budzi się we mnie agresja. Złość mnie mobilizuje, nawet nie pamiętam kiedy oddaję 5 strzałów. Rozpromieniony Michał przynosi mi kartkę zdjętą z tarczy. Nie dość, że wszystkie moje strzały były celne, to jeszcze uzyskałam całkiem niezłą trzecią pozycję!: - No, teraz zniosę już wszystko - myślę uszczęśliwiona, bo właśnie strzelania bałam się najbardziej.

Przez wysoką trawę, do lasu biegnę jak na skrzydłach, tylko trochę wolniej od chłopaków (nigdy nie byłam dobra na długie dystanse, no, ale przecież im tego nie powiem!). Docieramy do starego młyna nad rzeką. Tu będą zjazdy linowe. Tym razem nie jestem jedyna, kilku chłopaków też jeszcze nigdy nie zjeżdżało. Choć nie jest wysoko (pierwsze piętro), wyglądają na bardziej przestraszonych ode mnie. W maksymalnym skupieniu słucham instrukcji. Zakładam uprząż, uczę się montować "przyrząd zjazdowy". Potem już tylko głęboki wdech i...znowu nie wiem, kiedy jest po sprawie! Jestem na dole, chłopaki bija mi brawo. Naprawdę nie wierzyli, że temu wszystkiemu podołam. Ja chyba też nie byłam taka pewna.

Do domu wracam po ośmiu godzinach, głodna i zmęczona, ale tak szczęśliwa, jak chyba nigdy w życiu. Mam poczucie, że skoro dziś dałam radę, to już ze wszystkim w życiu zawsze sobie poradzę.

Nie pamiętam, która drużyna wtedy zwyciężyła, rzecz działa się ładnych parę lat temu, gdy - jeszcze w liceum - jako jedna z trzech dziewczyn przystąpiłam do harcerskiej drużyny survivalowej. Wtedy sztuka przetrwania zajmowali się głównie harcerze, dla "cywilów" nie było raczej tego typu wyjazdów. Wkrótce bardzo się to zmieniło.

Przetrwanie na szklanym ekranie

Do zaistnienia survivalu w zbiorowej świadomości przyczyniła się...kultura masowa. Niektórzy twierdzą, że już historia najsłynniejszego rozbitka świata, Robinsona Crusoe to swoisty podręcznik przetrwania, ale swoje zrobiła też telewizja. Dokumenty (Np. "Szkoła przetrwania" na Discovery), w których ex żołnierze czy podróżnicy pokazują widzom jak przetrwać (na pustyni, w buszu, w górach), słynna ekranizacja "Władców Much", "Cast away" i słynni "Zagubieni" od lat biją rekordy popularności. Chyba każdy, kto je oglądał choć raz zadał sobie pytanie: - Co bym zrobił na ich miejscu?

Producenci telewizyjni dobrze o tym wiedzieli. Nie trzeba więc było długo czekać na programy typu reality show, których uczestnicy wywożeni byli w głuszę z dala od cywilizacji. Sami musieli się o siebie zatroszczyć, do dyspozycji mając ograniczone środki i narzędzia. Miliony widzów na całym świecie oglądało ich zmagania z budowaniem szałasu czy tratwy (i to jeszcze takiej, która naprawdę będzie pływać!) zdobywaniem jedzenia i krzesaniem ognia bez użycia zapałek.

 

Choć to tylko telewizja, wyzwania, jakie stanęły przed ich uczestnikami były całkiem serio. Np. ci, którzy zdecydowali się wziąć udział w wyświetlanej kilka lat temu prze TVN "Wyprawie Robinson" mogli na "bezludną wyspę", na którą ich wywieziono zabrać jedynie jeden komplet odzieży (od organizatorów dostali jeszcze plecaki z tropikalnym wyposażeniem). Taplali się w błocie, jedli owady, musieli sami zbudować sobie schronienie. Za nie wykonanie konkretnych zadań czekały ich kary (ograniczenie racji żywieniowych, wywiezienie w jeszcze większą dzicz). Mimo to do udziału w programie zgłosiło się około 20 tys. chętnych!

Polskie początki

Początkowo trening przetrwania dotyczył głównie żołnierzy. To właśnie armie zaczęły przygotowywać swoich ludzi do przeżycia w najtrudniejszych nawet warunkach (np.: w czasie prowadzenia działań wojennych na obcym terenie). Pierwsze tego typu szkolenia zaczęły się na przełomie XIX i XX wieku, trening, a później znaną dziś na całym świecie metodę wychowawczą - opracował i z powodzeniem stosował na młodych rekrutach brytyjski generał Robert Baden-Powell . Na "masową skalę" szkolenia z przetrwania zaczęli stosować amerykanie w latach 50-tych. Oni też wyszli z nim poza wojsko i o tym jak nie umrzeć z głodu i pragnienia zaczęli uczyć cywilów (na pierwszy ogień poszli pracownicy linii lotniczych).

 

Nie wszyscy wiedzą jednak, że w historii survivalu jest też wątek polski. Pierwszą w Europie szkołę przetrwania w latach 80-tych założył żołnierz, dziennikarz i podróżnik - Jacek Pałkiewicz . "Psycholog opracował specjalny program, pomagający przezwyciężać strach i rozładowywać napięcia w zespole, pobudzający ducha rywalizacji a zarazem wzmacniający poczucie wspólnoty (...) Chodzi o to, by kursanci nie mogli przygotować się psychicznie do tego, co ich czeka; muszą stanąć w obliczu sytuacji całkiem nowej, w miarę możliwości stresującej" - pisze o założeniach pomysłu i wymienia przykładowe zadania, jakie trenerzy w jego szkole stawiają przed kursantami: wielogodzinne marsze po górskich ścieżkach, zjazd po linie z kilkudziesięciometrowej skalnej ściany, próba wydostania się z tonącego samochodu, budowanie na rwącej rzece tratwy z przypadkowych materiałów. Po co to wszystko? "Jedynie w skrajnych warunkach (...) człowiek poznaje samego siebie, własny zaciekły upór, który każe mu iść naprzód mimo śmiertelnego wycieńczenia" - pisze Pałkiewicz.

Do szkoły trafiali inżynierowie, lekarze, nauczyciele - zwykli ludzie z całego świata. Ale i politycy, pracownicy korporacji. Ci, którzy przeszli taki kurs zgodnie twierdzą, że chcieli sprawdzić samych siebie, pokonać własne słabości, przezwyciężyć strach. Wielu się to udało.

Przetrwać w wakacje

Kursy i szkoły przetrwania, szkolenia z survivalu, survival w lesie i w mieście, survival z samoobroną, survival z paintballem - dziś w ofertach biur turystycznych aż roi się od takich ogłoszeń. Są specjalistyczne firmy które organizują wyjazdy integracyjne z elementami sztuki przetrwania specjalnie dla firm i korporacji (np. PlanetSports, Open Mind Team, SPS Survival która organizuje też imprezy integracyjne za granicą np. trekking w Azji, albo wyprawę do Finlandii).

Na takich wyjazdach koledzy z pracy, którzy zwykle siedzą za biurkiem, muszą uczestniczyć w zupełnie innym rodzaju aktywności i współpracować na innych polach (choćby wspólnie budując szałas). Na ile pomaga im to później w życiu zawodowym? - trudno powiedzieć, w każdym razie parę dni w lesie zamiast ślęczenia w biurowcu to już miła odmiana, poza tym ruch na świeżym powietrzu nikomu jeszcze nie zaszkodził. Jest też pełna oferta obozów survivalowych na które wybrać się mogą już nawet kilkunastoletnie dzieci. Na dwunastodniowy obóz survivalowy w Borach Tucholskich jechać mogą nawet dziesięciolatki.

Rodzice nie muszą się raczej obawiać, że ich dzieci o chłodzie i głodzie co dzień przemierzać będą hektary lasu - takie imprezy najczęściej zawierają jedynie elementy szkolenia survivalowego. Na obóz przyjeżdża się z kompletem ciuchów i innych dóbr cywilizacyjnych a mieszka w ośrodku wczasowym z pełnym wyżywieniem (ewentualnie w namiocie). Mimo to nie powinno zabraknąć emocji. Może się zdarzyć, że obozowicze zostaną wyrwani ze snu na nocne manewry, albo tuż po zakończeniu jednego ciężkiego zadania (dajmy na to - przeprawy przez bagno) będą musieli zabrać się za następne.

Gdzie jak gdzie, ale na szkoleniu survivalowym nie zna się dnia ani godziny. Bo szybka reakcja w sytuacji zagrożenia to jedna z najważniejszych zasad, która pomaga przetrwać. I choć na poświęconych survivalowi forach internetowych nie brak opinii, że płacenie góry pieniędzy (około 2 tys. zł) za możliwość mieszkania w szałasie i jedzenia korzonków to głupota, bo równie dobrze można to zrobić samemu, pokonywanie lęku i kolejnych przeszkód oraz walka z własnymi słabościami - nawet pod okiem instruktora może sprawić frajdę.

Doskwiera ci wakacyjna nuda? Sprawdź nasz nowy serwis:

Czytaj także

Ćwiczenia na koncentrację

Naucz się programować stres

Kalina Stankiewicz