Pokolenie Y: "Nie żyję po to, by pracować". Postawa roszczeniowa czy walka o swoje?

Słyszy się o nich w dwóch kontekstach: pierwszy to punkt widzenia pracodawców, którzy oskarżają ich o nielojalność i postawę roszczeniową. Drugi to ich własny autoportret - wykształconego absolwenta nierzadko więcej niż jednego kierunku studiów, którego perspektywy to bezpłatne staże albo umowa śmieciowa. Jak więc wygląda prawda o pokoleniu Y na rynku pracy?

Milenialsi - wieczni stażyści

O milenialsach mówi się, że skarżą się na oferowane im bezpłatne staże i niechętnie podejmują taką formę zajęcia. Okazuje się, że niekoniecznie. Co więc im przeszkadza? To, że po odbyciu praktyk na horyzoncie nie pojawia się praca.

- Mam za sobą wiele wolontariatów i staży - oczywiście bezpłatnych - opowiada Basia, rocznik 1989. - Jeden z nich odbyłam dla pewnej grupy mediowej. Mój przełożony był bardzo sympatyczny i zawsze służył mi pomocą i dobrą radą. Jednak już na pierwszej rozmowie powiedział, że po odbyciu stażu w jego firmie nie ma możliwości zatrudnienia.

Agnieszka ma 26 lat i również jest weteranką, jeśli chodzi o pracę non-profit.

- O branży, w której szukałam zatrudnienia, mogę śmiało powiedzieć, że ok. 95 proc. ofert to ogłoszenia o bezpłatny staż. Czasem pojawia się formułka o możliwości zatrudnienia. Na ostatni staż zdecydowałam się po studiach, w wieku 25 lat. Powiedziałam sobie, że jeśli po tym nic się nie zmieni, zacznę szukać pracy w zawodzie. Dałam sobie parę miesięcy i okazało się, że doświadczenie zdobyte na tych przeróżnych stażach się opłaciło, bo dostałam telefon od firmy, w której byłam kiedyś na praktykach. Zaproponowali mi współpracę.

- Jasne, że fajnie byłoby utrzymywać się samemu najszybciej, jak się da. Ale uważam też, że na wszystko trzeba po kolei zapracować - przekonuje Agnieszka. - Zawsze lepiej pójść na staż, nawet bezpłatny, niż czekać do skończenia studiów a potem dziwić się, że nikt nie chce cię zatrudnić. Także w moim przypadku uważam, że zarzuty o "postawę roszczeniową" są absolutnie bezpodstawne.

Igrekowiec na rozmowie o pracę

Specjaliści z działu HR twierdzą, że da się zaobserwować wyraźną różnicę w podejściu do pracy przedstawicieli pokolenia Y i starszych roczników. A pewność siebie kandydatów-milenialsów często balansuje na granicy arogancji.

- Nie generalizowałabym i nie określała "roszczeniowym" całego pokolenia dzisiejszych 20-parolatków, ale widać, że osoby urodzone w latach 90. mają nieco inne spojrzenie na siebie w kontekście rynku pracy - potwierdza Anna Krawczyk, specjalistka ds. rekrutacji w jednej z warszawskich firm. - W większości uważają, że to pracodawca powinien zabiegać o pracowników, maksymalnie dostosować się do ich oczekiwań i planów na przyszłość, zapewnić wynagrodzenie na określonym poziomie. Ale w zamian w większości przypadków otrzymuje pracownika z małym doświadczeniem zawodowym. Oczekiwania finansowe młodych osób są zbyt wysokie w stosunku do budżetów, które firmy mogą przeznaczyć na wynagrodzenia.

Anna potwierdza też, że u wielu milenialsów przesadna pewność siebie doprowadziła do zbyt nonszalanckiego podejścia wobec potencjalnego szefa. A ich zachowanie podczas procesu rekrutacyjnego? - Na rozmowach kwalifikacyjnych sporo pytają o to, co mogą zyskać pracując w danej firmie czy czego mogą się nauczyć na praktykach. Pytają również o godziny pracy podkreślając, że chcą mieć czas na swoje pasje i życie osobiste. Oczywiście mają do tego pełne prawo, tak jak i kandydaci nieco starsi, jednak osoby z pokolenia Y mocniej to podkreślają. Zdarza się, że ta generacja ma pewne problemy z zasadami savoire vivre - nie informują o rezygnacji z rozmowy rekrutacyjnej, bywa, że nie rozpoczynają pracy w danej firmie nie informując o tym pracodawcy.

Eksperci z działu HR zwracają też uwagę na pewne rozdrobnienie zawodowe. Wśród pracodawców budzi ono wątpliwości co do lojalności milenialsów wobec ich przedsiębiorstw.

- Chodzi o tzw. ludzi renesansu - tych, którzy wykonywali kilka profesji, interesują się wieloma rzeczami - wyjaśnia Anna Krawczyk. - To oczywiście wartościowe, ale rodzi pytanie: na ile taka osoba będzie chciała wykonywać dany zawód w firmie kilka lat? Czy nie znudzi się i nie odejdzie?

Anna doświadczyła już sytuacji tego typu.

- Zdarzyła mi się sytuacja, w której osoba wybrana do praktyk zrezygnowała z nich po jednym dniu tłumacząc, że przemyślała kwestię swojego rozwoju zawodowego i nie chce już rozwijać się w tę stronę. Inna osoba w połowie stażu znikła. Pewnego dnia po prostu nie przyszła do biura, nie odbierała telefonu, nie odpisywała na maile, kartę dostępu do budynku, którą otrzymała, zwróciła dopiero po pół roku.

#jestemYgrekiem. nie jestem leniem

Sprzeciwem wobec powielania negatywnych stereotypów o milenialsach jest najnowsza kampania Polskiego Towarzystwa Zarządzania Kadrami i BFS Group. Jak mówią organizatorzy, jej celem jest zaprezentowanie pokolenia Y jako "aktywnego i pełnego zalet - pracującego i odpoczywającego z pasją". W ramach kampanii igrekowcy mają udowodnić, że ich generacja potrafi być zaangażowana i aktywna.

Kampanię reklamuje konkurs mający na celu zachęcenie milenialsów do zaprezentowania się jako ludzi, którzy potrafią zaangażować się nie tylko w swoje pasje, ale też w budowanie kariery zawodowej. Jak czytamy w informacji prasowej "inicjatywa ma też na celu pokazanie pracodawcom, że wbrew krążącym stereotypom na temat generacji Y, Ygreki to pełni potencjału pracownicy".

- Poprzez konkurs chcemy zaktywizować młodych ludzi do zabrania głosu w sprawie swojego pokolenia i zachęcić ich do zaprezentowania się pracodawcom z jak najlepszej strony - komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Mecenasi kampanii #jestemYgrekiem. nie jestem leniem podkreślają, że budowanie pozytywnego wizerunku młodych ludzi przekłada się na tworzenie dobrych relacji między pracodawcami a przedstawicielami pokolenia Y. - Zrozumienie młodych ludzi, poznanie ich postaw i oczekiwań życiowych pozwoli pracodawcom efektywniej z nimi pracować - komentuje Mariola Raudo, HR Business Partner w Nestlé Polska.

Postawa roszczeniowa? "Zamknąć się i cieszyć, że jest praca"

Jak w praktyce wygląda "postawa roszczeniowa" milenialsów na rynku pracy?

Dominika ma 25 lat, jest młodszą księgową w firmie ubezpieczeniowo-windykacyjnej. Skończyła dwa kierunki:

- Na pewno nie żyję po to, by pracować, raczej pracuję, by mieć na wakacje, mieszkanie itd.

Jak mi się nie będzie podobać w pracy to ją zmienię na inną. Więc można powiedzieć, że zgadzam się z tym poglądem o postawie roszczeniowej, ale nie radykalnie.

Marta, rocznik 1987. Studiowała niszowy kierunek. Zaczęła pracować, studia rzuciła. Dziś pracuje jako account manager w agencji reklamowej. Zastanawia się, czy wrócić na uczelnię i zrobić przysłowiowy "papier":

- Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że nie, a zewsząd słyszę, że ciągle mamy wymagania, że "takie pokolenie".

Takich osądów Marta wysłuchiwała w byłej pracy na porządku dziennym.

- Poprzednio byłam w firmie, w której w kółko słyszałam, że postawa roszczeniowa, że powinniśmy się zamknąć i po prostu robić i cieszyć się, że jest praca, że szef nam daje możliwość zdobywania doświadczenia, że taka branża. A przecież każdy chce dobrze zarabiać, zwłaszcza jeżeli zasuwa na co dzień.

Mimo tego, że w ciągu ostatnich paru lat zaczęło spadać, bezrobocie wśród młodych utrzymuje się na poziomie 23,1 proc. To dane Głównego Urzędu Statystycznego na II kwartał 2014 roku. Ale okazuje się, że praca jest - wystarczy tylko jej poszukać.

- Jak mieszkasz w Warszawie i chcesz pracować to pracę znajdziesz - przekonuje Dominika. -Może nie na wymarzonym stanowisku, ale bez problemu gdzieś zarobisz. To, że niektórzy twierdzą, że dla ludzi w naszym wieku jest mało ofert pracy albo za śmieszne pieniądze, to wymówka. A żeby dostać wymarzoną pracę czasem trzeba się postarać i poszukać.

Poglądy Dominiki wpasowują się w stereotypy powielane o milenialsach tylko w kwestii bezpłatnych staży.

- Ja jestem przeciwnikiem darmowych staży. Bo to wyzysk i polski przedsiębiorca lubi wykorzystywać młodych ludzi i mieć "niewolników".

Marta: - Teksty, że dla młodych nie ma pracy, to wymówka dla leniwych. Pracy jest naprawdę dużo, jest wszędzie, dosłownie wszędzie. Jak już dochodzisz do tego, że możesz się w miarę na luzie sam utrzymać i pozwolić sobie na to, żeby na przykład iść do kina, zjeść na mieście i kupić kilka sukienek, i jeżeli się wyrabiasz na takim poziomie z pieniędzmi, to dla mnie jest okej. Wtedy już bardziej liczy się, co robię, niż za ile robię.

Priorytety w pracy? Mieć czas i pieniądze na wydawanie wypłaty

Co więc dla pokolenia Y jest najważniejsze, jeśli chodzi o pracę? Potwierdza się teza, że igrekowcy bardzo cenią sobie wolny czas.

Dominika: - Priorytety? Żeby w pracy było w miarę przyjemnie, bo chodzenie do pracy, od której odechciewa się żyć, to żadna przyjemność. Żeby mieć czas i pieniądze na wydawanie wypłaty. I żeby w pracy był dostęp do Facebooka.

Marta odpowiada bez chwili namysłu: - Brak nudy. Pieniądze - wiadomo - są ważne, ale chyba mi jeszcze na tym aż tak nie zależy.

Opowiada taką historię:

- Pracował u nas taki chłopak, 33 lata, miał zawsze mnóstwo na głowie, ale robił fajne, kreatywne rzeczy dla znanych marek. I dostał ofertę pracy o tysiąc złotych więcej na rękę, w małej firmie, gdzie zajmuje się zdecydowanie mniej ważnymi rzeczami, niż do tej pory. I on się cieszy, bo mówi, że jego już nie obchodzi to, co robi - chce dobrze zarabiać, podróżować i wychodzić z pracy punkt 17.

Raport "Finansowy portret młodych" pokazuje, że co piąty igrekowiec pracuje w ramach umowy śmieciowej (tj. o dzieło lub zlecenie). Umowa na czas nieokreślony? Dopiero po 30-stce. Jeśli należysz do grona szczęśliwców (35 proc.), to podpiszesz ją po 26. urodzinach.

- Umowy śmieciowe? Chyba wszystkim to przeszkadza - mówi Marta. - Ale to też, zdaje się, specyfika mniejszych firm. Ja mam tylko umowę o dzieło, co oznacza, że od pracodawcy nie mam nawet NFZ, więc w razie wypadku mam problem. To nie jest fair. Myślę, że umowa zlecenie to minimum.

Może podpisanie umowy o pracę to kwestia przebicia i dopominania się o swoje?

Marta: - Jest chyba tak, że to zależy, czy umiesz walczyć o swoje. Ja nie umiem. Ale jakoś wśród znajomych wszyscy sobie radzą.

Wszystkiemu winni rodzice?

Zaczęło się już w podstawówce: dodatkowe zajęcia, kursy językowe, obozy sportowe. Potem kursy przygotowujące do matury. Studia w innym mieście? Rodzice opłacali mieszkania, przelewali pieniądze na konto - często sumy większe, niż te potrzebne do pokrycia niezbędnych opłat. Niektórzy nawet dostali mieszkania, bo przecież kto udzieli 20-latkowi kredytu, aby mógł zakupić własne "m"?

Rodzice dbali o to, aby milenialsi mieli wygodne dzieciństwo. Przyzwyczaili ich do pewnych standardów. Może to stąd wynika problem niesławnej "postawy roszczeniowej"?

- Wiadomo, że rodzice chcą, by im dzieciom było lepiej. Ale ja bezstresowo wychowywana nie byłam, mam jakiś szacunek do różnych rzeczy, więc nie narzekam. U mnie nie było tak, że wszystko jest mi dane - polemizuje Dominika.

Marta nie upatruje problemu w podejściu rodziców, tylko w kwestii indywidualnej dla każdego młodego człowieka.

- Nie znam już zbyt wielu osób, które dalej są utrzymywane przez rodziców. Każdy gdzieś pracuje i każdy się stara. Jeżeli rodzice mogą sobie pozwolić na to, by kupić ci mieszkanie - świetnie, jeżeli stać ich na to, by pomagać finansowo - świetnie. Ale to rozleniwia.

Jak masz nad sobą ogień, że wszystko musisz zrobić samemu, to jednak motywuje do robienia. Ale znowu - to już nie jest kwestia pieniędzy, tylko chęci samodzielności.

Ale rodzice często i chętnie przybywają z odsieczą swym dorosłym pociechom. Co trzeci młody Polak dostaje pieniądze od rodziców albo ma przez nich opłacany czynsz i rachunki. Sześć na dziesięć osób do 26. roku życia otrzymuje finansowe wsparcie od rodziców. 53 proc. dorosłych do 35. roku życia dalej mieszka z rodzicami. W przedziale wiekowym 18-25 lat odsetek ten sięga 73 proc. Wśród osób w wieku 26-30 lat to 40 proc.

- Mam znajomego, 28 lat, mieszka cały czas z rodzicami, ale on ciężko pracuje i powolutku bo powolutku, ale robi to, co zawsze chciał robić. Stara się i dojdzie do swego. I tu pomoc rodziców jest nieoceniona, bo ma gdzie mieszkać - opowiada Marta. - Ale znam też 28-latków, którym się po prostu nie chce i pracują w jakichś kompletnie nieprzyszłościowych miejscach, a mama daje jeść i spać. Więc to nie jest takie do końca zero jedynkowe.

Dzienne studia? Najgłupszy pomysł świata

Może więc wszystko sprowadza się do tego, że pokolenie Y - jak każde pokolenie przed nim czy po nim - po prostu próbuje sobie radzić na swoim?

- Winy nieciekawej sytuacji mojego pokolenia upatrywałabym bardziej w systemie państwa: że nie mogę sobie pozwolić na kupno mieszkania, że benzyna droga, więc nie stać mnie na komfort jeżdżenia samochodem. Że podatki i inne takie, więc 2 tys. mojej pensji zamiast do mnie - idzie do państwa. Że dla nas głupia wycieczka na kilka dni do Amsterdamu kosztuje trzy miesiące oszczędzania - wylicza Marta. - Bo co z tego, że jesteśmy w Unii, skoro euro jest takie drogie? Pomagają różne inicjatywy - nie jeździ się taksówkami za 2,40 zł za kilometr, tylko uberem [aplikacja łącząca pasażerów z kierowcami - przyp. aut.], który nie jest jeszcze kontrolowany przez państwo i kosztuje o połowę mniej. I nie śpi się w hotelach, tylko po Airbnb [serwis wynajmu mieszkań].

- Mój brat w tym roku zdaje maturę i pada pytanie: co dalej? Rodzice chcą mu dać to, co miałam ja, żeby poszedł na dzienne studia. Ale moim zdaniem to najgłupszy pomysł świata - ocenia ze swojej perspektywy Marta. - Gdybym była na jego miejscu to po maturze bym wyjechała gdzieś na rok za granicę poznać trochę życie, popracować. I po tym roku bym wróciła i dopiero wtedy poszła na studia, i to nie na dzienne, a na zaoczne, na weekendy.

Marta: - Rodzice nam wpajali: siedź na miejscu. Masz pracę - dbaj o to. Ale praca jest wszędzie. Tylko - tu będzie oklepany frazes, ale mam wrażenie, że dokładnie tak jest - trzeba sobie na nią zapracować. Trochę żałuję, że bałam się wyjechać na dłużej, zresztą dalej się boję, a to wciąż chyba czas na wyjeżdżanie i zmienianie życia? No bo kiedy, jak nie teraz? Może to jest błąd życia.

Więcej o: