Pełna głowa, dziurawa kieszeń

Praca na uczelni, czy w dobrej placówce naukowej jest dla doktoranta prestiżowa, ale nie zawsze dochodowa.

Doktorantka biotechnologii, która prowadzi badania w placówce naukowej, nie podaje imienia, bo szef bywa drażliwy. Ma szczęście - udało jej się dostać pracę w branży, która zawsze ją fascynowała. W dziedzinach związanych z medycyną tytuł naukowy jest pewną rekomendacją zawodową. Wymaga jednak ogromnego zaangażowania, tysięcy nadgodzin, dokształcania się i żmudnego zdobywania kolejnych szczebli doświadczenia.

Przy okazji można pomagać ludziom, odkryć lek, czy nową mutację choroby. Jest o co walczyć. - Gdybym dostawała jeszcze dobre pieniądze, to miałabym pracę marzeń - nie bez goryczy wyznaje przyszła pani doktor. Pensja w instytucji badawczej to najczęściej tysiąc kilkaset złotych. Studia podyplomowe konieczne do dalszej pracy kosztują 14 000 zł. - Przyznam uczciwie: gdyby nie pożyczka od rodziców nie byłabym w stanie wygenerować takiej sumy z pensji.

Doktorat i praca w placówce naukowej są prestiżowe, ale nie idą za tym zarobki. - Pracę traktuję jak hobby, bo inaczej, niestety, nie mogę. Moi znajomi pracujący w korporacjach, jeszcze bez tytułu magistra, zarabiają dwa do trzech razy więcej, a wcale nie poświęcają pracy więcej czasu - stwierdza przyszła pani doktor. Marzy czasem o odkryciu jakiejś interesującej mutacji. Takie odkrycie to prestiż i - kto wie - pieniądze na kolejne badania.

Napęd na pasję

Łukasz Przybysz z Uniwersytetu Warszawskiego jest doktorantem na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Studiuje w trybie stacjonarnym i nie pracuje poza uczelnią, ponieważ przepisy zabraniały dotąd łączenia stypendium doktoranckiego z pracą zarobkową. W Instytucie Dziennikarstwa zajmuje się koordynacją zajęć public relations, marzy o pracy wykładowcy, ale zna też realia. Wie, że w Polsce nie można oczekiwać wysokich pensji na uczelniach, szczególnie państwowych. Napędza go pasja do nauki i nauczania. - Jeśli praca naukowa jest "nieopłacalna", jak to się często mówi, mając zapewne na myśli opłacalność finansową, czemu ludzie chcą pracować na uczelniach? Często zysk nie wiąże się dla nich jedynie z wpływem na konto bankowe, a rozciąga się na wiele innych aspektów, od samorealizacji, poprzez rozwój, na radości ze swojej pracy skończywszy - twierdzi.

Życie finansowe doktoranta? - Nie przypominam sobie bym takie życie miał... Ale mam rodziców, którzy pomagają mi jak tylko mogą - przyznaje. Stypendium ma przecież pokryć nie tylko wydatki na życie, ale i książki, kursy, wyjazdy, materiały naukowe... Bycie naukowcem jest dla niego sposobem na życie. Łączy prawdziwą pasję z naprawdę wymagającą pracą. Być może początkowo nieopłacalną, ale z pewnością rozwijającą na wielu płaszczyznach. - Dla mnie nauka jest pracą i hobby jednocześnie, doskonałym połączeniem sposobu na życie i przyjemności - dodaje.

Doktorze, promuj się sam

Coraz częściej słychać jednak głosy, że polskie uczelnie nasycone są wyższymi tytułami, bo przyjmuje się więcej doktorantów, niż jest możliwe zatrudnić ich na uczelni. Kiedyś doktorant był osobistym wychowankiem profesora, niemal po nim dziedziczył. Dzisiaj to jest trochę jak nowy zawód. Do tego nowe przepisy wymagają, żeby kandydat na profesora wypromował minimum trzech doktorantów. Te same przepisy nie precyzują jednak, co ma zrobić profesor z obronionym podopiecznym, czyli - doktorze, promuj się sam.

Istnieje oczywiście życie po doktoracie. Modne są postdoki (ang. post - doctoral positions ) czyli osada w programie badawczym po doktoracie. Z reguły są to dwuletnie granty badawcze, po których zdecydowanie łatwiej dostać się do pracy na uczelnie - szczególnie, jeśli dostaniemy się na stypendium zagraniczne. Kierunki techniczne i ścisłe mają takich stypendiów coraz więcej, natomiast humaniści muszą o nie ostro walczyć. Jeśli przegrają, często rzucają naukę z rozczarowania. Po kilku latach postdoka można skorzystać z pomocy Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, która stworzyła specjalny program dla stypendystów zagranicznych. FNP "przywraca" doktorantów na polski rynek - naukowy i zawodowy. Czy się sprawdza? Trudno to stwierdzić, bo program obejmuje jedynie dziedziny nauk ścisłych lub nowych technologii. O humanistach nie wspomina, a to właśnie oni najczęściej gubią się na rynku pracy.