Doktorat albo życie

Studia wyższe mają w teorii produkować ludzi wykształconych i użytecznych zawodowo. Na rynku pracy liczy się jednak praktyka.

- Proszę pani, doktorant to nie zawód! - oznajmił agent ubezpieczeniowy doktorowi historii (doktorat z wyróżnieniami). Doktorowi psychologii pani w NFZ wypomniała, że doktorant nie zarabia, więc emerytura mu się w zasadzie nie należy, a renta to już prawie jak wyłudzenie.

Doktorant wydziału matematycznego dorabia w kawiarni. Z nudów robi na serwetkach obliczenia statystyczne dotyczące klientów: kolor ubrania, długość włosów, wysokość rachunku. Nie chce podać imienia, bo jeśli profesor o nim przeczyta, może go oblać. Promotor nie akceptuje pracujących doktorantów - albo nauka, albo praca.

Doktorant kulturoznawstwa w urzędzie powiatowym o studiach doktoranckich nie powiedział nikomu. Dyplom zaniósł od razu do księgowości, żeby dostać podwyżkę (126 zł). Tymczasem doktorant historii włożył swój do szuflady i poszedł pracować jako handlowiec. Musi się zrewanżować żonie, która pracowała za nich oboje przez ostatnie pięć lat.

Nieco lepiej jest w przedmiotach ścisłych. Tam po doktoracie jest się specjalistą. Bez doktoratu też, tyle że często o kilka lat szybciej. Doktor informatyk (specjalista od programowania robotów) ma nad sobą szefa - studenta ostatniego roku swojego własnego kierunku. W lepsze dni opowiadają sobie przy kawie kawały o profesorach.

Pracownik z doskoku

Agnieszka Skórzewska robi właśnie drugi doktorat (literaturoznawstwo i teologia). Na rynku pracy to jednak niewiele znaczy. Jej podwójne studia nie wliczają się do emerytury, nie dają jej stażu pracy. Nauką zajmuje się z ciekawości: - Lubię się czegoś dowiadywać, czytać, analizować - tłumaczy.

Od lat pracuje dorywczo jako tłumacz i redaktor. Zna kilka języków, na jej dorobek składają się: artykuły, recenzje, udział w konferencjach. W przyszłości liczy na posadę dydaktyczną na uczelni lub redakcyjną, specjalistyczną, gdzie doktorat jest dla pracodawcy istotnym argumentem.

Jak się żyje "na doktoracie"? - Dostajesz 1054 zł ustawowo (takie jest stypendium), więc jest na rachunki. A o resztę musisz się martwić sama - opowiada Skórzewska. Daje radę, bo nie wyobraża sobie pracy na etacie po osiem godzin dziennie. Bywają miesiące, że trudno zarobić tysiąc, ale bywa, że jest dużo zleceń i można trochę odłożyć na jakiś wyjazd lub zakup.

Doktorat plus etat to już wyższa szkoła jazdy, wyjaśnia Skórzewska. - Trzeba być pasjonatem. To możliwe tylko dla wytrwałych. Część znajomych doktorantów pracuje i stara się jednocześnie jeździć na konferencje, uczestniczyć w życiu naukowym, coś pisać. Robią to jednak kosztem swojego czasu wolnego. Prawie, jakby mowa było o hobby, a nie o naukowej, bądź co bądź, pracy. - Trudno się zdyscyplinować samemu - jak wracasz do domu zmęczony zaczynasz zawalać terminy, wszystko się rozłazi. Wielu rezygnuje.

Na pytanie, czy na dłuższą metę da się utrzymać z nauki, odpowiada: "nie". Zatrudniony na wydziale doktor ma na rękę ok. 2,2 tys. Profesor dostaje ok. 3 tys. podstawy. Reszta to dodatkowe wykłady, recenzje książek, doktoraty itp. Nauka rzadko wystarczy - trzeba pracować dorywczo.

Z drugiej strony utytułowani naukowcy mają problem ze znalezieniem pracy innej niż na uczelni. - Tłumaczy się im: "za wysokie kwalifikacje". A tak naprawdę pracodawca boi się, że doktorant tylko u niego przezimuje i zaraz potem ucieknie do kolejnych badań naukowych - zdradza doktor nauk humanistycznych, który pracuje w dziale HR średniej firmy. Mówi to oczywiście nieoficjalnie, a tytułu naukowego nie używa.

Podobnie jak doktor socjologii, który wstydzi się przyznać do stopnia naukowego kolegom z pracy. Nie chce powiedzieć dlaczego. Wzrusza tylko ramionami. Nie ma czym się chwalić. Pracuje w prywatnej firmie, podwyżki mu za to nie dadzą, a szef jest po technikum. - Nie będę mu przecież wyższym wykształceniem przed nosem machał.

Życie po doktoracie*

Maciej Ligowski, aktualnie zatrudniony w Centrum Nauki Kopernik (specjalista od multimediów w tamtejszym planetarium) wyjechał na doktorat do Japonii, bo tam było stypendium i możliwości. Ma teraz japoński tytuł naukowy - oparty na badaniach metrologicznych, wynikach, pracy w laboratoriach.

W Polsce musiałby go nostryfikować, więc zgodnie z regułami robi po prostu drugi - bardziej metrologiczny, bardziej teoretyczny. - Ile można studiować. Dość mam egzaminów, pisania prac. Chciałbym trochę życia złapać - wyznaje, ale z samej kariery naukowej nie rezygnuje.

Ligowski nie chce znowu wyjeżdżać, ale jeśli kiedyś zdecyduje się kontynuować naukową karierę, to raczej za granicą. Np. japoński uniwersytet nie uznaje wykładowcy, który sam nie jest czynny naukowo. Polska wciąż ma profesorów, którzy często jedynie uczą. U nas dysputy i rozprawy, za granicą popularyzacja nauki, badania dla wielkich firm, laboratoria uczelniane.

Wprowadzony nie tak dawno na polskie uniwersytety system boloński wymaga co prawda publikacji i aktywności naukowej, ale jak to egzekwować? - To kwestia zasobów, jakości badań, ale i mentalności - przyznaje Ligowski. Dlatego wielu dobrych naukowców ucieka na zagraniczne stypendia.

Kiedy Ligowski wrócił do Polski, wcale nie planował tu zostawać, ale praca w CNK trafiła się w najlepszym momencie. Tam wszyscy mają jakieś tytuły, jakiś naukowy dorobek. To sprawa prestiżowa. I jest to w pewnym sensie placówka naukowa. - Magister spadł z piedestału. Jeśli chcesz uchodzić za naprawdę wykształconego, bądź doktorem - mówi Ligowski. Dodaje jednak, że doktorat był czaso- i zasobochłonny. - Sam się czasem zastanawiam czy było warto - przyznaje, ale cieszy się, że dał radę.

Pozostaje też pytanie, co zrobi doktorant na emeryturze? - Będę podróżować - zapowiada Skórzewska. Ma nadzieję, że wszystko się ułoży. ZUS-u i tak nie płaci, bo etat w jej branży jest jak biały kruk. Na szczęście humaniści pracują umysłowo, a zatem wiek tylko dodaje im doświadczenia.

- Życie przynosi rozwiązania - optymistycznie stwierdza Maciej Ligowski, więc przyszłość jakoś go specjalnie nie martwi. Jego praca w CNK niewiele ma na razie wspólnego z doktoratem, ale jest przynajmniej równie fascynująca, a to już coś.

*W paragrafie zostały naniesione zmiany