Nawet jeśli przegrał, to jednak wygrał. Trzaskowski wreszcie dorósł do wejścia w buty po Tusku [ANALIZA]

Wieczór wyborczy pokazał, że różnica między Rafałem Trzaskowskim i Andrzejem Dudą jest niemal czterokrotnie mniejsza niż próg błędu statystycznego. To oznacza, że nawet w przypadku przegranej prezydenta Warszawy opozycja zyskała nowego lidera. A taki będzie jej przez następne trzy i pół roku bardzo potrzebny.

To pierwszy taki przypadek w historii. W wieczór wyborczy nie można było ogłosić, nawet tymczasowo, zwycięzcy drugiej tury wyborów prezydenckich. Wedle sondażu exit poll IPSOS-u, Trzaskowskiego i Dudę dzieliło bowiem zaledwie 0,8 pkt proc. To niemal czterokrotnie mniej niż wynosi próg błędu statystycznego (3 pkt proc.). Badanie late poll również nie przynosi rozstrzygnięcia. Trzaskowski ma 49,2, a Duda 50,8 proc. Mówiąc wprost, kwestia prezydentury stoi na ostrzu noża i odpowiedź na najważniejsze pytanie tego wieczora poznamy ze 100 proc. pewnością zapewne dopiero w poniedziałkowe popołudnie.

Nie oznacza to jednak, że wieczorem 12 lipca nie wiemy zupełnie niczego. Przede wszystkim, wiemy, że nawet w razie ewentualnej przegranej polityka Koalicji Obywatelskiej, będzie to przegrana o włos. Oczywiście za minimalne porażki nie ma żadnych punktów ani nagród pocieszenia. Prezydentura zostałaby w rękach obozu Zjednoczonej Prawicy. Jednak już teraz można z całą pewnością i odpowiedzialnością stwierdzić, że szeroko rozumiana opozycja rzuciła Nowogrodzkiej najpoważniejsze wyzwanie od 2015 roku.

Zobacz wideo Rafał Trzaskowski wciąż wierzy, że oficjalne wyniki wyborów dadzą mu zwycięstwo

Platforma ocalona

Patrząc na wynik Trzaskowskiego - niezależnie, czy koniec końców będzie to 49,6, 48,8 czy może 50,3 proc. - wiadomo jedno: wstydu Koalicji Obywatelskiej nie przynosi. Zwłaszcza, gdy cofniemy się do początku maja. Ówczesna kandydatka KO Małgorzata Kidawa-Błońska zamykała wtedy stawkę w wyścigu do prezydentury, co poniektórzy dziennikarze i komentatorzy składali już Platformę Obywatelską do grobu, a Szymon Hołownia sposobił się do decydującego starcia z Andrzejem Dudą w drugiej turze wyborów prezydenckich. Żadna z tych rzeczy się nie zmaterializowała.

Wchodząc do prezydenckiej rozgrywki w połowie maja, Trzaskowski miał przed sobą arcytrudne zadanie. Nie chodzi nawet o pokonanie Dudy i odzyskanie dla opozycji Pałacu Prezydenckiego. Jego fundamentalnym zadaniem było ratowanie partii przed doszczętną kompromitacją, która mogłaby okazać się dla Platformy nokautującym uderzeniem. Politycy PO w połowie maja mówili, że to zagranie va banque, że Trzaskowski to ich najmocniejsza karta i jeśli on nic nie wskóra, to Platformy już nie ma.

Ale wskórał. Platforma żyje. I, przynajmniej na razie, nic jej życiu ani hegemonii po opozycyjnej stronie barykady nie zagraża. To jeden z najważniejszych wniosków dla PO po 12 lipca. Nawet jeśli nie uda się zgarnąć pełnej puli, to już osiągnęli bardzo przyzwoity "próg gwarantowany". Dzięki temu najbliższe ponad trzy lata do kolejnych wyborów nie będą walką o przeżycie, a szansą na przebudowę partii. Przebudowę kadrową, programową, ideologiczną.

Kampania Trzaskowskiego jest do tego świetnym punktem wyjścia, ale na zdobycie wiarygodności w nowym przekazie potrzeba czasu. I to znacznie więcej niż osiem tygodni, które miał od połowy maja prezydent Warszawy. Wiarygodność zdobywa się czynami, nie słowami. Zwłaszcza jeśli chodzi o politykę socjalną i budowanie wspólnoty, czyli dwa nowe tematy, które na politycznej agendzie PO pojawiły się w ostatnich tygodniach.

Scheda po Tusku

Co z samym Trzaskowskim? Wieczór wyborczy i następująca po nim noc są dla niego słodko-gorzkie. Wydaje się jednak, że z przewagą słodkości. Humor Trzaskowskiemu na pewno psuje fakt, że po raz pierwszy w swojej politycznej karierze wystartował do jakiegoś wyścigu i (najpewniej) go nie wygrał. Nieskazitelny wizerunek politycznego czempiona doczekał się (znów najpewniej) pierwszej poważnej rysy. Z drugiej strony, żadnej tragedii nie ma. Dla partii jest bohaterem, dla wyborców opozycji również. Z kolei dla rządzących będzie odtąd bardzo groźnym przeciwnikiem. Krytykom i niedowiarkom pokazał, że nie boi się trudnych wyzwań i faktycznie potrafi walczyć. Zrobił najlepszą kampanię Platformy od, nie przymierzając, 2011 roku. Teraz wróci do stołecznego ratusza i dokończy kadencję prezydenta Warszawy. A wróci bardzo wzmocniony, bo - szybko licząc - mandat grubo ponad 9 mln głosów to nie byle co.

Liberalne media od lat namaszczały Trzaskowskiego na "nowego Tuska". Widziały go jako premiera albo prezydenta. Trzaskowski od Tuska na finiszu kampanii symbolicznie się odciął, próbując strząsnąć z siebie chociaż część negatywnego elektoratu odziedziczonego po partii-matce i jej wieloletnim liderze. Nie chce być drugim Tuskiem, chce być pierwszym Trzaskowskim. A jego wynik - powtórzę: jaki by ostatecznie nie był - pokazuje, że chyba wreszcie dorósł do tego, żeby w wielkie buty zostawione przez byłego przewodniczącego Platformy wejść. Co ważniejsze: wejść i nie wyglądać w nich pokracznie. Dla Platformy już samo to jest wielkim zwycięstwem. Pytanie, czy będzie potrafiła je wykorzystać.

Więcej o: