"Skończy się jednym, wielkim polowaniem na Rafała". Sztab Trzaskowskiego między młotem a kowadłem ws. debaty TVP w Końskich

Decyzja o tym, czy wziąć udział w debacie TVP w Końskich może okazać się najważniejszą w całej kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego. Na razie w sztabie kandydata Koalicji Obywatelskiej tej decyzji wciąż nie ma. Nie ma też jednak złudzeń, że organizatorowi nie chodzi o uczciwą debatę, tylko o zorganizowanie polowania na prezydenta Warszawy.

- Nie ma jeszcze decyzji, wszyscy się nad tym zastanawiamy - mówi nam jeden ze sztabowców Rafała Trzaskowskiego, pytany o to, czy kandydat Koalicji Obywatelskiej weźmie udział w zaplanowanej na 6 lipca i organizowanej przez TVP debacie prezydenckiej w Końskich (woj. świętokrzyskie). - Mieliśmy jechać do Końskich wcześniej i zrobić jakieś eventy przed debatą, ale teraz nic nie jest jeszcze przesądzone - dodaje.

Inny ze sztabowców PO:

Rafał to nie jest bóg wszechmogący, tylko normalny człowiek. Nie przyjedzie i nie rozgromi wielkiej machiny - dziennikarzy, realizatorów, obsługi technicznej, publiczności - zaprojektowanej tylko po to, żeby go zniszczyć. Podnieśliśmy oczekiwania wśród wyborców, ale on nie jest bogiem. W takich warunkach nikt nie dałby sobie rady

Trzaskowski dopiero co otrzymał oficjalne zaproszenie na rzeczoną debatę, chociaż zdaniem wielu osób, które zapoznały się z jego treścią, bardziej przypomina ono wezwanie do obowiązkowego stawiennictwa niż zaproszenie. TVP dało sztabowi kandydata KO czas na odpowiedź do soboty 4 lipca. Jaką decyzję podejmie sztab i sam kandydat? Nikt tego nie wie, ponieważ zarówno pojawienie się w Końskich, jak i odpuszczenie starcia z Andrzejem Dudą, pociągną za sobą poważne konsekwencje.

Zobacz wideo Zdaniem byłego rzecznika prasowego Andrzeja Dudy Rafał Trzaskowski upatruje w debacie prezydenckiej swoich szans na odrobienie strat do urzędującego prezydenta

Debata o debacie

Fakt, że na dziewięć dni przed drugą turą wyborów prezydenckich najwięcej mówi się o debacie, która jeszcze nawet się nie odbyła, jest nieco dziwny. Mamy swoistą debatę o debacie, jednocześnie nie mając nawet odrobiny pewności, że do takowej rzeczywiście dojdzie.

Skąd całe zamieszanie? Starcie Trzaskowskiego z Dudą chciały zorganizować TVN, Onet i Wirtualna Polska. Na zaproszenie przystał prezydent Warszawy, ale odrzucił je kandydat Zjednoczonej Prawicy. Ten ostatni skonfrontowany z zarzutami o uciekanie od pojedynku z Trzaskowskim, salwował się tym, że chciałby wziąć udział w debacie zorganizowanej przez trzy telewizje - TVP, TVN i Polsat.

"Czas już skończyć z tą debatą o debacie. Debata powinna być dla wszystkich, a nie dla wybranych. Uważam, że trzy największe telewizje powinny się porozumieć, zrobić wspólnie debatę i doprosić inne media. To skończy debatę o debacie, niepotrzebne spekulacje i wzajemne oskarżenia" - napisał na Twitterze urzędujący prezydent.

Rzecz w tym, że organizacja wspólnej debaty telewizyjnej wydaje się dzisiaj niemożliwa. TVP obstaje przy realizacji debaty w Końskich i zapewnia, że może ewentualnie udostępnić sygnał zainteresowanym redakcjom. Z kolei TVN nie chce być na łasce i niełasce publicznego nadawcy i jeśli wziąłby udział w organizacji debaty, to na pełnoprawnych zasadach, a nie tylko jako odbiorca sygnału. Po fiasku swojej debaty TVN wystosował zresztą apel, w którym deklaruje gotowość do współorganizacji takiego wydarzenia z innymi nadawcami.

Na razie nadawcy nie potrafią się jednak porozumieć, a ponieważ czas szybko ucieka, istnieje poważne ryzyko, że po raz pierwszy po 1989 roku - nie licząc 2000 roku, kiedy Aleksander Kwaśniewski wywalczył reelekcję już w pierwszej turze - Polacy nie będą mogli obejrzeć debaty kandydatów przed drugą turą. To z kolei stawia w uprzywilejowanej pozycji TVP, która ma zdecydowanie największy zasięg w kraju i jako jedyna dociera do wielu polskich wsi i małych miasteczek, a więc terenów, gdzie Trzaskowski ma największy dystans do odrobienia.

Zmiażdżyć Dudę

TVP zrobi absolutnie wszystko, żeby Duda najpierw wygrał tę debatę, a potem całe wybory. Nie cofną się przed niczym. Z drugiej strony, TVN boi się zorganizować debatę z pustym krzesłem Dudy. O czym my tu rozmawiamy

- irytuje się polityk PO, który pracował przy wielu kampaniach tej partii. Uwaga o pustym krześle odnosi się do decyzji TVN o odwołaniu debaty, na której nie chciał pojawić się urzędujący prezydent.

Mówi bliski współpracownik Trzaskowskiego:

Debata ma dla nas sens, jeśli Rafał zmiażdży Dudę. Powiedzmy sobie szczerze, że w sytuacji, gdy Duda nie będzie znać pytań i mieć pomocy całej machiny telewizyjnej, nie jest to wielką sztuką. Dlatego Duda pęka przed niezależną debatą, nad którą jego sztab nie będzie mieć kontroli, a organizator nie będzie mu we wszystkim pomagać. W normalnych warunkach nie miałby z Rafałem szans

Organizowana przed pierwszą turą debata w TVP była przedmiotem powszechnej krytyki. Pochlebnie wypowiadali się o niej jedynie dziennikarze i komentatorzy z redakcji nie ukrywających swoich związków z obozem władzy. Przypominała kuriozalne półtoragodzinne polowanie na Trzaskowskiego, o czym zresztą pisaliśmy więcej na Gazeta.pl. Z sześciu rund pytań aż w czterech były one skonstruowane tak, żeby w jakiś sposób zaatakować kandydata Koalicji Obywatelskiej (w jednym z pytań prowadzący stwierdził wprost, że Trzaskowski planuje etapowo doprowadzić do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe).

- Rafał wyszedł stamtąd bez strat. Ani nie wygrał, ani nie przegrał, ale poszedł do jaskini lwa i zrobił swoje - słyszymy od jednego z naszych rozmówców z Platformy. - Przyjęliśmy to z uśmiechem na twarzy. Nikt w sztabie do tej debaty i tego, co działo się tuż po jej zakończeniu nie podszedł na serio. To był ustawka, ustawka i jeszcze raz ustawka. Trzeba było tam pójść, bo poszli wszyscy kandydaci, ale to tyle w temacie - dodaje z kolei polityk ze sztabu prezydenta Warszawy.

Paprykarze od Tuska

W Koalicji Obywatelskiej wszyscy są więcej niż pewni, że debata w Końskich będzie powtórką z rozrywki, tyle że w rozmiarze XXXL. Stawka jest bowiem dużo większa niż przy okazji pierwszej tury, więc nie ma miejsca na błędy. Debata w Końskich ma się odbyć w znanym z amerykańskich debat prezydenckich formacie "Town Hall", który zakłada m.in., że pytania zadają widzowie bądź publiczność.

Tyle że to nie uspokaja nikogo w Platformie. - Będzie "spontanicznie" zgromadzona publiczność zadająca "spontaniczne" pytania - ironizuje jeden z naszych rozmówców.

Przecież nikt nie ma złudzeń, że pytania od publiczności to będą sami paprykarze od Tuska. Skończy się jednym, wielkim polowaniem na Rafała

- dodaje.

Mówi sztabowiec Trzaskowskiego:

Debata w Końskich będzie z góry ustawiona. Znów pojawią się rewelacyjne pytania w ogóle niezwiązane z kampanią. Pytania od widzów niemal na pewno będą totalną ściemą i zadadzą je podstawieni przez TVP albo sztab Dudy ludzie

Dlatego sztabowi kandydata Koalicji Obywatelskiej zależy na debacie organizowanej nie tylko przez TVP. Jeśli debatę zorganizowałyby trzy największe telewizje, to gwarantowałoby względnie równe zasady dla obu polityków. - Stoimy na stanowisku, że debata musi odbyć się za porozumieniem trzech stacji telewizyjnych. Dzisiaj jedyną stacją, która nie chce zgodzić się na taką formułę, jest TVP, czyli tuba propagandowa PiS - powiedział na konferencji prasowej szef sztabu Trzaskowskiego poseł Cezary Tomczyk. I dodał: - Zgadzamy się na to, żeby TVP było jedną z trzech stacji organizujących debatę. Andrzej Duda będzie znał jedną trzecią pytań. Przyznajemy, że jest to dla niego ułatwienie, ale ostatnio znał wszystkie. Teraz będzie trochę trudniej.

W podobnym tonie wypowiada się zresztą sam kandydat, jednocześnie zarzucając urzędującemu prezydentowi uciekanie od debaty. - Szkoda, że pan prezydent nie chce stanąć do debaty. Ja wielokrotnie apelowałem do pana prezydenta o odwagę, żeby nie organizować kolejnej ustawki, bo słyszę, że jest organizowany wiec w Końskich, wiec PiS-owski za publiczne pieniądze - ocenił Trzaskowski.

Gra w rosyjską ruletkę

Wiele wskazuje jednak na to, że jedyną szansą na debatę przed drugą turą wyborów jest ta organizowana przez TVP w Końskich. Dla sztabu Trzaskowskiego taka sytuacja to nie lada orzech do zgryzienia. Ściera się tu bowiem całe mnóstwo przeciwstawnych racji, a sztabowcy muszą znaleźć jakieś wyjście z impasu, chociaż o salomonowe rozwiązanie będzie bardzo ciężko, o ile w ogóle jest ono możliwe.

Z jednej strony Rafał powinien pójść na tę debatę, bo to my gonimy wynik i odzyskujemy głosy. Z drugiej, pójść na debatę, gdzie wszyscy chcą Cię zarąbać, to bezsens

- analizuje osoba z otoczenia Trzaskowskiego. - Odrabiamy dystans, więc powinniśmy być wszędzie i wykorzystywać każdą okazję. Tylko pytanie, czy wskakiwanie do paszczy lwa wzmocni, czy osłabi Rafała - dorzuca po chwili.

Za wyjazdem do Końskich i wzięciem udziału w debacie TVP przemawia kalkulacja wyborcza. Telewizja Polska ma największy zasięg w kraju i dociera do miejsc, do których nie docierają inni nadawcy (ani media cyfrowe). Chodzi o wsie i małe miasteczka, a więc te grupy elektoratu, w których PiS dominuje, a Platforma od lat ma najwięcej do odzyskania.

Według badania exit poll IPSOS-u, Duda w pierwszej turze zdobył na wsi aż 54,7 proc. głosów, z kolei w miastach do 50 tys. mieszkańców - 37,9 proc. W przypadku Trzaskowskiego te wartości wynoszą odpowiednio - 19,6 oraz 32,8 proc. Jak na dłoni widać, że na wsi obu polityków dzieli przepaść, z kolei w małych miastach przewaga urzędującego prezydenta jest nieznaczna.

Dla sztabu Trzaskowskiego cenny jest każdy głos. W pierwszej turze prezydent stolicy zdobył 5,92 mln głosów, podczas gdy kandydat Zjednoczonej Prawicy 8,45 mln. To poważna strata i liczenie na to, że same przepływy elektoratów od innych kandydatów opozycyjnych ją zlikwidują jest wielce ryzykowne. Debata w Końskich byłaby jedną z lepszych okazji do odrobienia chociaż części dystansu do Dudy. Tyle że w czarnym scenariuszu cena za podjęcie tego ryzyka byłaby ogromna.

Możemy dużo stracić i mało zyskać

- analizuje jeden ze sztabowców Platformy. Pytany, co to oznacza, mówi: - Tę debatę oglądaliby absolutnie wszyscy, bo byłaby to jedyna debata prezydencka przed drugą turą. Jest większe prawdopodobieństwo, że Rafał by ją przegrał, a nie wygrał, bo wszystko i wszyscy będą tam chcieli go zgnoić. W razie przegranej, efekt może więc być taki, że nie tylko nie dotrzemy i nie przekonamy wyborców ze wsi i małych miasteczek, ale stracimy też część swoich.

Pójście do telewizji, która na 100 proc. Cię zmanipuluje, będzie chciała ośmieszyć i oczernić, to jak gra w rosyjską ruletkę. Sam nie mam pojęcia, co doradziłbym Rafałowi

- podsumowuje z kolei osoba z otoczenia Trzaskowskiego.

Więcej o: