Już 40 proc. Estończyków głosuje w wyborach przez internet. Dlaczego akurat tam się to udało?

- Dyskutujemy o głosowaniu przez internet, podczas gdy oświadczenia majątkowe polityków wypełniane są ręcznie, a Sejm, po wybuchu epidemii koronawirusa, nie był przygotowany na przeprowadzenie posiedzenia zdalnego. Okazuje się więc, że i-voting nie jest wcale tak wielkim priorytetem w kontekście czekających nas wyzwań cyfryzacyjnych - ocenia w rozmowie z Gazeta.pl Krzysztof Izdebski, prawnik i dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.

O głosowaniu w wyborach powszechnych za pośrednictwem internetu oraz perspektywach wprowadzenia i-votingu w Polsce rozmawiamy z Krzysztofem Izdebskim, prawnikiem i dyrektorem programowym Fundacji ePaństwo. 

Michał Litorowicz, Gazeta.pl: Czy któryś kraj Unii Europejskiej poza Estonią wprowadził możliwość głosowania przez internet (i-votingu) w wyborach powszechnych na szerszą skalę?

Krzysztof Izdebski, dyr. programowy Fundacji ePaństwo: Nie. Prowadzono raczej niecieszące się wielkim zainteresowaniem pilotaże i to nawet nie w samej Unii Europejskiej. Kraje wspólnoty podchodzą do tego tematu dość ostrożnie. Nienależąca do Unii Szwajcaria podejmuje takie próby, jednak w ograniczonej skali.

Głosowanie przez internet wdrożono w Estonii 15 lat temu, więc w przypadku tego kraju można już mówić o procesie, poprzez który przyzwyczajono ludzi do i-votingu i cieszy się on teraz zaufaniem. Jedyny poważniejszy incydent dotyczył luki w szyfrowaniu danych na dowodach osobistych, które służą również do oddawania głosu on-line. Estoński rząd szybko jednak wychwycił tę usterkę. I choć na razie większość Estończyków głosuje tradycyjnie, to jednak od 2005 r. odsetek oddających głos przez internet urósł z 1 procenta do 40. Jeśli w kolejnych latach nie dojdzie do jakichś poważnych incydentów w trakcie wyborów, głosowanie w ten sposób zyska tam kolejnych sympatyków.

>>>Wybory prezydenckie 2020. Polacy głosują za granicą. Zapowiada się frekwencyjny rekord

Dlaczego udało się to akurat w Estonii?

W kontekście głosowania przez internet to kraj pod wieloma względami wyjątkowy. W liczącej 1,3 mln mieszkańców Estonii szybko postawiono na cyfryzację i rozwój sektora informatycznego, między innymi dlatego, że to niewielkie państwo nie ma wielu innych możliwości tworzenia gospodarki narodowej. Udało się tam zbudować powszechny system e-usług publicznych, z którym płynnie sprzężono i-voting. Co więcej, ogromna rzesza Estończyków żyje poza granicami kraju, a możliwość głosowania przez internet pozwoliła, w pewnym sensie, zbliżyć ich do własnego kraju.

Inne tzw. nowe państwa UE, w tym Polska, również posiadają duże diaspory w różnych krajach. Być może nasza emigracja wkrótce przekona się do koncepcji i-votingu i będzie do niego nawoływać. Zwłaszcza przy proceduralnych problemach, jakie nasi rodacy przebywający za granicą komunikowali przy okazji tegorocznych wyborów prezydenckich, do których zgłosiła się zresztą rekordowa liczba wyborców.

Zobacz wideo Jak zagłosować korespondencyjnie na kwarantannie lub w izolacji?

Jakie są więc główne przeszkody stojące na drodze tego, by skutecznie wprowadzić i-voting jako alternatywną ścieżkę głosowania?

Wbrew pozorom technologia nie gra tu pierwszych skrzypiec, bo w wielu przypadkach i-voting mógłby zostać wprowadzony już teraz. Nikt jednak nie chce być tym "pierwszym po Estonii", ponieważ jakiekolwiek, nawet nieintencjonalne, błędy przekładające się na wynik wyborów, spowodowałoby ogromny deficyt zaufania obywateli do mechanizmów demokratycznych. Żadna władza, która ma też świadomość, że wszystkie systemy informatyczne są do jakiegoś stopnia awaryjne, nie może sobie na to pozwolić. Nikt przecież nie chce być oskarżony o sfałszowanie wyborów. Dlatego eksperymenty związane z wprowadzaniem i-votingu są prędzej czy później porzucane. Nie można zapominać też o takich kwestiach, jak prywatność wyborców i tajność samego głosowania.

Podczas klasycznego głosowania wyborca po prostu wrzuca głos do urny. W przypadku i-votingu nie zawsze istnieje możliwość upewnienia się, czy, upraszczając, system skutecznie przyjmie mój "internetowy" głos i co się z nim stanie po kliknięciu myszką. Estończycy rozwiązali to tak, że każdy może sprawdzić z innego urządzenia, na kogo oddał głos. Ba, do pewnego momentu przed datą wyborów może wielokrotnie zmienić swój wybór, a na końcu i tak zdecydować przy urnie.

W grę mogą też pewnie wchodzić manipulacje wynikiem wyborów dokonywane z zewnątrz?

Cyberbezpieczeństwo to kolejny istotny czynnik. Litwa, która przymierzała się do internetowego głosowania, zrezygnowała z tego pomysłu głównie z powodu możliwego cyberataku ze strony Rosji. Rosjanie i Chińczycy - oczywiście nieoficjalnie - szczycą się przecież tym, że mają na swoich usługach zorganizowanie grupy hakerskie. Jeśli na drugiej stronie szali położymy komfort, jaki może dać głosowanie przez internet, nie dziwię się, że rządy nie decydują się na to rozwiązanie.

Czy, biorąc to wszystko pod uwagę, możemy myśleć o szybkim wprowadzeniu i-votingu w Polsce?

Mamy raczej negatywny bagaż doświadczeń związanych z cyfryzacją. Od roku, może dwóch lat, sfera e-usług zaczęła u nas działać przyzwoicie, choć przez lata borykaliśmy się z tak podstawową, a jednocześnie awaryjną platformą jak EPUAP, która częściej nie działała niż działała. Mieliśmy też problemy informatyczne przy zliczaniu głosów po wyborach samorządowych w 2014 r., które niektórzy określili zresztą jako sfałszowane. Nie może więc dziwić, że nasze zaufanie do administracji państwowej czy samego procesu wyborczego jest zdecydowanie niższe niż w Estonii.

Dyskutujemy o głosowaniu przez internet, podczas gdy oświadczenia majątkowe polityków wypełniane są ręcznie. Do tej pory mamy w dużej mierze papierowy system zamówień publicznych. Okazuje się więc, że i-voting nie jest wcale tak wielkim priorytetem w kontekście czekających nas wyzwań cyfryzacyjnych.

Czy możliwość głosowania przez internet nie byłaby idealnym rozwiązaniem w trakcie takich kryzysów jak epidemia koronawirusa? Czy gdyby udało się je wprowadzić już kilka lat temu, to problem niejako sam by się rozwiązał?

To bardzo teoretyczne pytanie. Nieudane wybory korespondencyjne pokazały bowiem, że my po prostu nie myślimy odpowiednio wcześnie o takich scenariuszach, z jakim mamy teraz do czynienia. Prawie 20 lat po 11 września i 10 lat po katastrofie smoleńskiej, Sejm nie był przygotowany na przeprowadzenie posiedzenia zdalnego. Zostaliśmy kompletnie zaskoczeni tym, że może zaistnieć taka okoliczność, która zmusi posłów do pracy zdalnej. Gdyby nie epidemia koronawirusa, prawdopodobnie nigdy byśmy się tym nie zajęli. Tak więc zastanawianie się nad tym, co dałby nam i-voting w czasie epidemii, nie ma obecnie większego sensu. To o czym można pomyśleć już teraz, zwłaszcza po doświadczeniu, jakim były wybory w obecnych warunkach, to stopniowa digitalizacja poszczególnych etapów procesu wyborczego, a przede wszystkim zbierania podpisów.

W dyskusjach nad i-votingiem często podnosi się argument, że może on pozytywnie wpłynąć na frekwencję, zwłaszcza wśród młodych. Okazuje się jednak, że jest to jeden z większych mitów.

W Estonii głosowanie przez internet nie przełożyło się znacząco na zwiększenie frekwencji. Frekwencja to bardzo złożone zagadnienie i wpływa na nią ogromna liczba czynników, jak choćby przebieg samej kampanii. Oczywiście może się zdarzyć tak, że wyborca przebywający na wakacjach rzeczywiście wyjmie laptopa i zagłosuje przez internet. Jednak, gdy bardzo chcemy oddać głos na jakiegoś kandydata lub też zagłosować przeciw komuś, to zwykle nie przeszkadza nam, że trzeba wyjść z domu i udać się do komisji. Wyborcy lubią też ten moment, w którym mogą pokazać wszystkim dookoła, że podjęli trud i spełnili swój obywatelski obowiązek. Wygoda głosowania przez internet wcale nie musi być więc skutecznym motywatorem.

Na organizację tegorocznych wyborów prezydenckich w budżecie państwa zapisano kwotę 319 mln złotych. Czy i-voting mógłby choć w niewielkim stopniu zredukować te koszty?

Trzeba dążyć do tego, by system do głosowania przez internet był dobrze przemyślany i nie było w nim miejsca na błąd. Właśnie dlatego nie może być on tani. Co więcej, koszty nie kończą wraz z samym wdrożeniem, ponieważ trzeba go utrzymywać przez kolejne lata, co jest często po wielokroć droższe. Ktoś musi go też stale pilnować. Jeżeli głosowanie odbywałoby się tylko przez internet, to może ogólne koszty dla budżetu państwa rzeczywiście byłyby niższe niż w przypadku głosowania klasycznego. Na proces wyborczy nie można patrzeć jednak wyłącznie w kategoriach ceny i zastępować jedno narzędzie drugim, tylko dlatego że jest tańsze. W każdą jego formę - obecną lub przyszłą - należy po prostu inwestować, bo tylko wtedy będziemy mogli liczyć na konkretne efekty.

W 2000 ówczesny szef PKW stwierdził, że i-voting mógłby pojawić się w Polsce za 10 lat. Co jakiś czas kolejne ugrupowania polityczne nieśmiało "odkurzają" ten temat.

Kilka tygodni temu Platforma Obywatelska złożyła projekt ustawy, w którym zaproponowała wprowadzenie możliwości głosownia przez internet w wyborach prezydenckich w 2021 r. Przy okazji z góry przerzucając wszelkie techniczne kwestie na ministra cyfryzacji. Wiemy oczywiście, że ta koncepcja upadła, ponieważ uchwalono już ustawę o głosowaniu mieszanym w czerwcu tego roku. To pokazuje, że temat i-votingu w Polsce co jakiś czas wraca, choć mam wrażenie, że w wykonaniu polityków dyskusja o nim jest dość płytka. Rzuca się hasła, że i-voting jest "łatwy do wprowadzenia", że "w XXI w. wszystko powinniśmy robić przez internet". Głosowanie przez internet – zupełnie nie bacząc na związane z nim zagrożenia – nierzadko porównuje się do korzystania z bankowości elektronicznej czy zamawiania pizzy przez aplikację.

Czy wprowadzenie i-votingu wiązałoby się z koniecznością gruntownych zmian w polskim prawie?

Jeśli zdecydowalibyśmy się na system, który zagwarantuje tajność głosowania, to nie musielibyśmy zmieniać konstytucji, a przymiotniki wyborcze zostałyby zachowane. Nowelizacja z pewnością nie ominęłaby Kodeksu wyborczego, który szczegółowo określa, w jaki sposób głosujemy. Z prawnego punktu widzenia nie jest to więc bardzo skomplikowana operacja. Jeśli jednak chcemy wprowadzić nową ścieżkę głosowania, która, co więcej, budzi kontrowersje, to zmiany w Kodeksie wyborczym warto uchwalić przy maksymalnym porozumieniu politycznym.

W kolejnych wyborach prezydenckich raczej nie zagłosujemy przez internet, nawet pilotażowo?

Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Mamy większe problemy, choćby z klasycznymi wyborami, z relacjami na linii państwo-obywatel czy cyfryzacją na dość podstawowym poziomie. Nie dzieje się nic takiego, by głosowanie przez internet uznać teraz za główny priorytet, nawet jeśli roztoczymy katastroficzną wizję, że pandemia pozostanie z nami na kolejną dekadę. Po uporaniu się z bardziej podstawowymi kwestiami, które jednocześnie nie budzą takich kontrowersji jak i-voting, powinniśmy oczywiście odbyć debatę nad wprowadzeniem tej - podkreślam - dodatkowej formy głosowania. Podstawą wciąż powinno być bowiem tradycyjne głosowanie w lokalu, m.in. ze względu na problem wykluczenia cyfrowego.

Więcej o: