Holandia. Marihuana zakazana w dzielnicy Czerwonych Latarni. Mieszkańcy: Przecież to Amsterdam!

W najbliższy czwartek wejdzie w życie zakaz palenia marihuany i haszyszu w amsterdamskiej Dzielnicy Czerwonych Latarni. Mieszkańcy miasta są sceptyczni - pisze Urszula Idzikowska z Deutsche Welle.

W sobotnie popołudnie trudno wyminąć turystów, którzy krążą po centrum Amsterdamu – niektórzy szukają coffee shopu, inni ustawiają się w długiej kolejce do knajpy z waflami. Hiszpański i angielski miesza się z niemieckim i włoskim. Pachnie świeżo usmażonymi frytkami i oliebollen – okrągłymi, małymi racuszkami posypanymi cukrem pudrem.

Turyści, których zagaduję, nie mają pojęcia, że to ostatni weekend przed wprowadzeniem zakazu palenia marihuany i haszyszu w De Wallen – części centrum, która stanowi stały punkt wycieczek do Amsterdamu. W okolicy znajduje się Dzielnica Czerwonych Latarni, muzeum seksu i konopi oraz wiele coffee shopów.

Władze miasta mają nadzieję, że zakaz odstraszy imprezowiczów i tym samym odciąży popularną część centrum. Palenie na tarasach coffee shopów wciąż będzie możliwe.

Trzy stoliki Green House Centrum przy kanale na Oudezijds Voorbrugwal są zajęte przez całe popołudnie. Kolejka wylewa się na ulicę, ale zakupy przebiegają sprawnie: klienci ciągle wchodzą i wychodzą, część sadowi się na schodach przy sąsiednim coffee shopie i odpala dżointa. Nieliczni siedzą w środku. Przez szybę widzę mężczyznę, na oko pięćdziesięciolatka, który popija swoją porcję marihuany kawą.

Zobacz wideo Co bierze dzisiejsza młodzież?

"Przecież to Amsterdam"

Trójka miejscowych stoi oparta o mur. Cali na czarno. Już lekko spaleni. Pytam, co sądzą o zakazie.

– Chcą tu zrobić zoo zamiast dżungli. Postawić jakieś ogrodzenie. Ale to Amsterdam! Ludzie przyjeżdżają tu dla seksu i dżointów. Tego nie zmienisz przecież żadnymi zakazami, twierdzi Malik. – Ciekawe, kto to będzie kontrolował.

Irlandczyk, który od dziesięciu lat mieszka w Amsterdamie, też nie wierzy, że władze będą egzekwować zakaz palenia. "I co zrobią tym ludziom? Aresztują ich?", mówił w wywiadzie dla miejskiego dziennika Het Parool.

Mężczyzna, który korzysta ze słonecznej pogody przed swoim mieszkaniem w kamienicy z kolonialnych czasów na początku Oudezijds Voorbrugwal też jest sceptyczny.

– Nie wydaje mi się, żeby ktoś mnie spisał, bo siedzę przed domem z wielkim dżointem. Politycy próbują po prostu pokazać, że coś robią, więc wprowadzają różne zakazy. Na przykład zakaz picia alkoholu, jak widzisz – mężczyzna wskazuje na tablicę przy kanale. – Ale ludzie i tak piją, więc z tym zakazem pewnie będzie podobnie. To ma działać odstraszająco na zagranicznych turystów, którzy przyjeżdżają się najarać. Śpią w swoich samochodach, więc miasto nic na nich nie zyskuje.

Mężczyzna nie ma nic przeciwko paleniu. – To Amsterdam. Miasto w końcu z tego słynie.

Bez "przesadnych oczekiwań"

Czeszka, która mieszka w okolicy, uważa, że więcej problemów sprawiają pijani turyści. – Ci najarani są raczej przymuleni, spokojni. Krzyczą zwykle ci, którzy za dużo wypili.

Dziewczyna wie z własnego doświadczenia, że straż miejska spisuje. – Wylali mi ostatnio wino, jak wracałam lekko podchmielona na rowerze. Więc od czasu do czasu sprawdzają.

Ale większość miejscowych nie obawia się kontroli. Gdy zaczepiam grupkę przyjaciół z dżointem kilka ulic dalej, twierdzą, że zakaz będzie obowiązywał przecież tylko w De Wallen. Tak naprawdę również w najbliższej okolicy: od Prins Hendrikkade przy dworcu głównym do oddalonego kilometr dalej Grimburgwal. Palić na ulicy można dopiero od uniwersyteckiego kompleksu Oudemanhuispoort.

Burmistrzyni Femke Halsema mówiła już w zeszłym roku, że nie należy mieć "przesadnych oczekiwań" co do skuteczności zakazu.

Rada miejska zatwierdziła pomysł już pod koniec grudnia 2022 roku. To jedna z kilku prób ograniczenia turystyki w tej części miasta: wcześniej stwierdzono, że część seksworkerek powinna się przenieść do erotycznych centrów poza De Wallen. Ma to nastąpić w następnych latach. Ustalono też wcześniejsze godziny zamknięcia knajp. A pod koniec marca ruszyła kampania Stay-away, która ma zniechęcić Brytyjczyków, którzy przyjeżdżają do Amsterdamu, żeby się zabawić. W przyszłym roku kampania ma zostać rozszerzona na innych uciążliwych gości – z Holandii i reszty Unii Europejskiej.

Zmiany w dzielnicy

Okolica De Wallen znajduje się w najstarszej części Amsterdamu. Do budowy Kanału Morza Północnego i dworca głównego w 1880 r. był to obszar portowy. Między magazynami powstawały "miejsca rozrywki" dla dokerów. Nie zniknęły wraz z zamknięciem portu.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku dzielnicą wstrząsnęły liczne morderstwa seksworkerek. Przestępczość w starej dzielnicy portowej wzrosła jeszcze bardziej w latach 70. W Amsterdamie rozwijał się wówczas handel heroiną. Osoby uzależnione żyły z kradzieży, handlu i pracy seksualnej. Kontrolę nad okolicą przejęli przestępcy. Część mieszkańców opuściła dzielnicę. Wiele budynków opustoszało. Okolica była całkowicie zrujnowana.

W latach 70. w Dzielnicy Czerwonych Latarni zaczęły pracować pierwsze Surinamki (Surinam to jedna z byłych kolonii holenderskich), Latynoski, Tajki i kobiety z krajów afrykańskich i wschodnioeuropejskich. Dzisiaj zaledwie jedna czwarta seksworkerek to Holenderki.

Od połowy lat 80. władze miasta zainwestowały w poprawę reputacji dzielnicy. Przestępczość związana z handlem heroiną praktycznie zniknęła. Zamknięto również wiele miejsc, w których pracowały seksworkerki. W tym samym czasie Dzielnica Czerwonych Latarni stała się jedną z największych atrakcji miasta.

***

Autorka: Urszula Idzikowska

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle

 
Więcej o: