Coraz mniej darów na granicy. "W Ukrainie ludzie proszą głównie o jedzenie"

Siergiej pokazuje prawie puste wnętrze busa. Po wybuchu wojny na granicę zaczęła spływać hojna pomoc humanitarna. Ale dzisiaj darów jest już znacznie mniej.

Dorota i Paweł przyjechali do Zosina z Gdańska. –To była szybka decyzja. 700 km, siedem i pół godziny, szybko poszło. W dwa dni się spakowaliśmy. I przyjechaliśmy – opowiadają.

Na granicę przywieźli ponad 220 kilogramów żywności, słoiki, konserwy, ryby. Do tego produkty higieniczne, pieluchy (dla dzieci i dla dorosłych), podpaski, chusteczki nawilżane (dla dzieci i dla dorosłych). Ponadto sprzęt dla żołnierzy - power banki, czołówki, baterie. Ale takich ludzi jak oni przyjeżdża na granicę z Ukrainą coraz mniej. 

Zobacz wideo Róża Thun: Ciśniemy, żeby na Rosję zostało nałożone pełne embargo

"Zobacz, mój samochód jest pusty"

Siergiej, który na granicy był już kilka razy, pokazuje wnętrze białej furgonetki. – Za każdym razem jest coraz mniej produktów. Zobacz, samochód jeździ w połowie pusty. Przyjeżdżamy tu, spalamy paliwo, a wracamy tylko z niewielką ilością jedzenia i rzeczy – mówi.

To prawda, we wnętrzu wozu zmieściłoby się drugie tyle kartonów. Gdyby tylko było skąd je wziąć. W ogóle przed Namiotem Nadziei Caritasu (namiot nr 7) w Zosinie, gdzie jeszcze przed miesiącem, czyli zaraz po tym jak wybuchła wojna, piętrzyły się dary dla Ukrainy, stopniowo robi się pustawo. Spod znikających w szybkim tempie pakunków przebijają drewniane palety wiatr unosi foliowe plandeki, a pod nimi coraz mniej paczek. Niektóre podpisane „dla pastora", „dla księdza Andrzeja" czekają na konkretnych odbiorców.

Więcej najnowszych informacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Joanna, wolontariuszka Caritasu (przyjechała na trzy dni, została 30) przyznaje, że są braki. – Brakuje nam dostaw. Ukraińcy do nas przyjeżdżają i nie mamy co im dać. Brakuje: żywności, leków, środków higienicznych. O sprzęcie dla żołnierzy mało kto nawet już wspomina, a przecież te nadal jest potrzebny.

Rosyjski krążownik 'Moskwa'Nieoficjalnie: Nieznany los 496 marynarzy z okrętu Moskwa

"Wojna. Ona będzie trwać długo"

Ołeksandrowi, wolontariuszowi z Ukrainy, wcześniej pomagali polscy klerycy. Klerycy już wyjechali z Zosina, on przyjeżdża nadal, chociaż coraz częściej wraca do Ukrainy pustym samochodem. – Jest połowa tego, co było kiedyś – mówi. – Niestety ludzie przywożą coraz mniej darów – rozkłada ręce Joanna.

Ołeksandr mówi, że zostanie. Nawet kilka godzin. Ma nadzieję, że może ktoś jeszcze dowiedzie pomoc dla Ukrainy. – Rzeczy jest mniej, ale potrzebujących jest coraz więcej. Wojna trwa. Ona nie będzie trwać dwa dni i dwa tygodnie. Ona będzie trwać długo – mówi.

Emerytowany porucznik - również Ołeksandr czeka na granicy cały dzień. Kiedy wybuchła wojna zgłosił się do punktu poborowego, ale armia uznała, że jest za stary, by walczyć. – Dowódca powiedział, że przyszedł rozkaz, żeby nas, starych, ze służby zwolnić – mówi.

Kiedy armia mu odmówiła, Ołeksandr postanowił wozić pomoc humanitarną. – Syn na wojnie, zięć na wojnie, drugi syn jest wolontariuszem, córka wyjechała z kraju. Była pod Hostomelem i napatrzyła się tam na śmierć i okrucieństwo. A ja? Mogę jeździć, więc będę jeździł – stwierdza.

W wypożyczonym dostawczaku ma jeszcze sporo miejsca, boi się, że jeśli auta nie dopakuje to darowane słoiki i puszki rozsypią się i zaczną toczyć po pustej podłodze. Dlatego decyduje się poczekać.

Prezydent Przemyśla Wojciech BakunCzego potrzeba uchodźcom? Prezydent Przemyśla: Tłumaczy i psychologów

Kamizelki z blachy

Witalij, duchowny ukraińskiej cerkwi prawosławnej mówi, że wierni proszą go głównie o jedzenie. – Proszą o żywność i żywność. Produkty do szybkiego przygotowania, takie, które wystarczy tylko zalać wodą, konserwy. I leki. Leki na serce, leki na nadciśnienie.

Witalij (batiuszka mówią Ukraińcy) przyjechał z Korosteszowa, dary zawozi do Biłohorodki, podkijowskiej wsi, położonej 22 kilometry w linii prostej od Buczy. W połowie marca Rosjanie ostrzelali mieszkańców rakietami Grad. –Tu toczyły się walki. We wsi zostało wielu starych ludzi, którzy sami sobie nie poradzą – opowiada Witalij. 

Duchowny prawosławny Witalij (batiuszka mówią Ukraińcy) przyjechał z KorosteszowaDuchowny prawosławny Witalij (batiuszka mówią Ukraińcy) przyjechał z Korosteszowa Fot. Marcin Buchowski/Deutsche Welle

Ukraińcy mówią, że w kraju większość sklepów świeci pustkami, wiele zakładów żywnościowych zawiesiło produkcję, do tego ceny szaleją. Jajka, które przed wojną kosztowały 28 hrywien, po jej wybuchu zdrożały dwukrotnie.

– Potrzebujemy pomocy, to coraz bardziej widać. Im dłużej trwa wojna, tym więcej problemów z zaopatrzeniem. Jeśli zabraknie darów, ludzie nie będą mieli co jeść – tłumaczy Sergiej.

– Nawet gdyby był towar, to nie ma jak zrobić zakupów. Tam, gdzie toczą się walki ludzie siedzą zamknięci w domach, piwnicach, schronach. Nie mogą wyjść, bo trwa ciągły ostrzał, słychać eksplozje, co chwilę coś gdzieś wybucha – dodaje Witalij.

– Nasze przedsiębiorstwa nie działają, produkcja wstrzymana, lokalne władze nie są w stanie dostarczyć ludziom wystarczającej ilości jedzenia czy leków. Wiele osób zostało zostawionych samym sobie. Potrzeby Ukrainy są ogromne – mówi dalej Seriej.

Pomagamy wszystkim. Jeśli potrzebne są produkty dla dziecka: pieluchy, słoiki, ubranka, zdobywamy je. Jeśli przyjeżdżają uchodźcy, którzy stracili dach nad głową – przyjmujemy ich w kościele. Żywność, leki, wieźliśmy nawet kule inwalidzkie. Jeździmy na własne ryzyko, nie mamy broni, nie mamy kamizelek kuloodpornych. Media piszą, że niektórzy Ukraińcy chronią się na własną rękę: ochronne kamizelki wycinają z blachy.

Po dniu spędzonym w Zosinie Ołeksandrowi ostatecznie udało się częściowo zapakować busa. – Dziękuję wam Polacy za otwarte serce i dary – mówi i odjeżdża.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle

 
Więcej o: