Mieszkańcy Buczy: Granaty spadały na nasze podwórko. "Próbowano spalić ciała"

Po masakrze w Buczy ocaleni próbują wrócić do wcześniejszego życia. Ale to niemożliwe. Do dużej części miasta wciąż nie ma wstępu. Wszędzie czuć śmierć.
Zobacz wideo Kramatorsk. Okolice dworca po rosyjskim ataku rakietowym

Autobus z dziennikarzami jedzie z Kijowa do Buczy prawie dwie godziny. Przed rosyjską inwazją trasę tę można było pokonać w 20 minut, ale teraz wiele dróg jest zniszczonych. Na ulicy widać ostrzelane i nadpalone samochody, na niektórych widać jeszcze napis "dzieci". Na poboczach stoją kolumny zniszczonych pojazdów wojskowych i czołgów.

Przed wojną przedmieścia Kijowa, zwłaszcza te na północnym zachodzie, nie różniły się zbytnio od samej stolicy. W Buczy można było dobrze żyć. Latem wielu mieszkańców stolicy wysyłało tam na wypoczynek swoje dzieci. Teraz, jak dowiadują się dziennikarze, w piwnicy jednego z ośrodków wypoczynkowych w Buczy znaleziono ciała pięciu zamordowanych mężczyzn. Nieuzbrojonych, ze związanymi rękami.

Mieszkanki BuczyKadyrowcy mieli urządzić w Buczy salę tortur. W mieście zabito 360 cywilów

Ciała ze śladami po kulach

Po ciężkich bombardowaniach, zaciętych walkach i ponad miesiącu rosyjskiej okupacji wiele budynków w Buczy zostało obróconych w ruinę. Niewielki autobus z dziennikarzami jedzie do jednego z miejsc, gdzie mordowano cywilów. Na podwórzu domu leży sześć ciał. Zwęglone zwłoki są trudne do zidentyfikowania.

Szef policji regionu kijowskiego Andrij Nebytow mówi dziennikarzom, że to cztery kobiety i dwóch mężczyzn. "Możliwe, że jest też jedno dziecko, bo jedno ciało jest dość małe. Na ciele kobiety widać ranę postrzałową" - mówi. "Nie ma w tym miejscu zniszczeń w wyniku ostrzału artyleryjskiego, więc należy wychodzić z założenia, że ludzie ci zostali zastrzeleni, a potem próbowano spalić ciała" - dodaje.

Duża część miasta zaminowana

Obecny na miejscu ukraiński minister spraw wewnętrznych Denys Monastyrski mówi, że w całej Buczy trwają poszukiwania zabitych. Policja i mieszkańcy podają, że w mieszkaniach leżą jeszcze dziesiątki zwłok. Drugie tyle może być w okolicznych lasach, do których nie można jak dotąd wchodzić. Najpierw muszą zostać oczyszczone przez saperów.

- Ci, którzy się tego dopuścili, pozbawieni są człowieczeństwa i kultury - mówi ukraiński minister. Z jego relacji wynika, że każdego dnia znajdowanych jest tysiące materiałów wybuchowych - granaty, resztki pocisków, miny. Monastyrski mówi, że Rosjanie zostawili miny w domach, na których wisiały ukraińskie flagi albo w których znajdowały się zdjęcia ukraińskich żołnierzy. W związku z groźbą wybuchu min dziennikarzom, którzy przyjechali do Buczy, zalecono, aby poruszać się tylko po asfalcie.

Aleksander BiespałowWojna w Ukrainie. Rosja straciła kolejnego pułkownika

Ponad miesiąc w piwnicy

Obok zniszczonego supermarketu wolontariusze i żołnierze rozdają mieszkańcom artykuły pierwszej potrzeby. W kolejce stoją m.in. Władysława i Ołeksandr. Oboje, a także ich dzieci, byli w Buczy od początku walk.

- Granaty wpadały do naszego ogródka i do sąsiadów. Czuliśmy siłę wybuchów. Okna i drzwi wylatywały, zawalił się dach. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie - mówi kobieta. Potem zobaczyła rosyjskie czołgi otwierające ogień we wszystkich kierunkach. Słychać było broń maszynową.

- Musieliśmy uciekać, ale dokąd? Wszędzie świszczały pociski. Naprzeciwko naszego domu jest przedszkole. Tam pobiegliśmy. Wiedziałam, że mają piwnicę. Przesiedzieliśmy tam prawie cały czas okupacji, ale to miejsce nie było do tego przystosowane. Jest zimne i wilgotne - opowiada Władysława. Dozorca przyniósł do piwnicy dziecięce łóżka, więc przynajmniej dzieci nie musiały spać na podłodze, dodaje.

Mieszkańcy Buczy mówią, że nie mieli żadnych informacji o tym, co się dzieje. Bez prądu nie mieli jak ładować telefonów. - Nie wiedzieliśmy nawet, czy jest dzień czy noc. Ciągle trwały walki, ciągle strzelano.

Uratowały nas ciasteczka

Świadkowie mówią, że rosyjskie wojsko utworzyło swój punkt dowodzenia w szkole przy ulicy Woksalnej. Nieopodal mieszka 72-letnia Larysa Sawenko. - W czasie walk cała ulica była w ogniu, nadal stoi tam kolumna spalonych pojazdów wojskowych. 27 lutego walki były potworne. Spaliśmy w stodole, gdy nagle zaczęły lecieć granaty. Rosjanie ciągle do nas strzelali, z różnych kierunków i wszystko niszczyli.

Larysa mówi, że jedli tylko raz dziennie. - Ciasteczka były naszym ratunkiem. Świeży chleb pojawił się dopiero po wyzwoleniu miasta. - Cisną mi się do oczu łzy, gdy widzę chleb - mówi.

Trauma nie pozwala spać

58-letnia Natalia opowiada, że po tym jak 27 lutego zabrakło prądu, gotowała na zewnątrz nad ogniskiem: - Jedliśmy zupę, czasami nawet pod ostrzałem - mówi. Opowiada, że rosyjscy żołnierze plądrowali domy i wynosili z nich rzeczy dla swoich rodzin. - Ludzie tutaj wszystko to widzieli. Jednego dnia wpadło do nas dziesięciu mężczyzn, sprawdzali pokoje, piwnicę, szopę. Nie powiedzieli czego szukają, ale patrzyli w każdy kąt.

Nocą z 30 na 31 marca Rosjanie zaczęli się wycofywać, Natalia cały czas słyszała ryk silników. - Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Byliśmy w nocy bardzo przejęci, nawet bardziej niż w czasie ostrzału. Początkowo nie wierzyliśmy, że już ich nie ma. Uwierzyliśmy dopiero, gdy zobaczyliśmy naszych żołnierzy i naszą policję.

Ale także teraz, kilka dni po oswobodzeniu miasta, Natalia jest niespokojna. - Budzimy się i nasłuchujemy. Jeśli jest spokojnie, pozwalamy sobie znowu zasnąć.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle. 

 
Więcej o: