Wybory w Rosji. "Sobowtóry" i wilk w owczej skórze przeciwko Nawalnemu

Przed wyborami parlamentarnymi w Rosji wzrosła presja na media i opozycję. Nie ma obserwatorów wyborów z ramienia OBWE. A zablokowanie internetu wymierzone jest w krytyka Kremla Aleksieja Nawalnego.

Na początku września moskiewski sąd zakazał amerykańskiej firmie Google i jej rosyjskiemu odpowiednikowi Yandex umieszczania w wynikach wyszukiwania hasła „Mądre głosowanie". Powodem jest sprawa sądowa handlarza owczą wełną z południowej Rosji, który opatentował to hasło.

17 września w Rosji rozpoczynają się trzydniowe wybory parlamentarne i samorządowe, a krytycznej wobec Kremla opozycji coraz trudniej jest zmobilizować swoich zwolenników do głosowania. Strona internetowa „Mądre głosowanie" jest projektem uwięzionego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Aby doprowadzić do osłabienia kremlowskiej partii Jedna Rosja protestujący wyborcy wzywani są do głosowania na inne partie i ich bezpośrednich kandydatów. Strona internetowa została uruchomiona 15 września i natychmiast zablokowana przez rosyjskiego regulatora i cenzora internetu Roskomnadzor. Twórcy strony zapewniają jednak, że nadal będzie działać aplikacja.

Nawalny od lat promował „Mądre głosowanie" i z sukcesem, np. w wyborach do moskiewskiego parlamentu w 2019 roku. Wtedy kandydaci opozycji zdobyli prawie połowę bezpośrednich mandatów. Także moskiewski przywódca Jednej Rosji przegrał z jednym z komunistów. 

Zobacz wideo Jesteśmy europejskim królem importu aut. Jak to się przekłada na klimat?

Nie dopuścić opozycji

W wyborach w Rosji kandydaci opozycji zawsze mieli ciężko, ale tym razem presja jest szczególnie duża. Kiedy Nawalny znalazł się za kratkami, jego Fundacja Walki z Korupcją została zakwalifikowana jako ekstremistyczna i ostatecznie zlikwidowana. Współpracownikom Nawalnego uniemożliwiono w ten sposób udział w wyborach.

Według opozycyjnego polityka Władimira Miłowa, „Nawalny jest postrzegany na Kremlu jako realne zagrożenie, ponieważ ma on zdolność mobilizowania obywateli przez internet". Nieliczni prominentni politycy opozycyjni nie zostali dopuszczeni do udziału w wyborach lub zostali nawet zmuszeni do wyjazdu za granicę. Niektórzy mają także do czynienia z „sobowtórami" - jak Boris Wiszniewski z lewicowo-liberalnej partii Jabłoko. Wieloletni deputowany do parlamentu miejskiego w Petersburgu musi ubiegać się o reelekcję przeciwko dwóm kandydatom, którzy wyglądają niemal identycznie i nazywają się tak samo jak on.

Do wyborów nie dopuszczono również wielu nieznanych członków opozycji. Witalij Awerin z rosyjskiego ruchu obserwacji wyborów „Gołos" mówi o tysiącach takich osób. Dlatego, jego zdaniem, wrześniowe wybory są nieuczciwe.

Banknoty Euro (zdjęcie ilustracyjne)Niemcy porównali koszty życia w innych krajach. Jak wypadła Polska?

Przeciwko niskim sondażom

Układ sił w Dumie Państwowej, czyli niższej izbie rosyjskiego parlamentu, powinien pozostać niezmieniony. Oczekuje się, że w tegorocznych wyborach Jedna Rosja stanie się najsilniejszym ugrupowaniem spośród 14 startujących partii. Przewiduje się także, że do parlamentu powrócą inne siły dotychczas reprezentowane w Dumie - komuniści, prawicowo-populistyczna LDPR i lewicowo-nacjonalistyczna Sprawiedliwa Rosja - Patrioci - Za Prawdę. Niemniej jednak może dojść do poważnych zmian w układzie sił. Podczas gdy komuniści uzyskują w sondażach około 20 procent, rządząca partia Władimira Putina zmaga się z historycznie niskimi notowaniami. Nawet państwowy instytut badania opinii publicznej WZIOM zauważył, że Jedna Rosja przez pewien czas osuwała się poniżej granicy 30 procent. Na krótko przed wyborami instytut oszacował ostateczny wynik na około 42 procent. Ale nawet to oznaczałoby spadek o ponad dziesięć punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2016.

Jedną z odpowiedzi partii Kremla na frustrację wyborców stał się nowy przywódca. Po raz pierwszy Jedna Rosja nie startuje z liderem swojej partii i byłym premierem Dmitrijem Miedwiediewem, lecz z popularnym ministrem obrony Siergiejem Szojgu. Rolę magnesu ma pełnić również minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow.

Kremlowska partia najwyraźniej liczy na dodatkowe głosy na wschodzie Ukrainy. Według Moskwy rosyjskie paszporty otrzymało tam około 600 tys. obywateli samozwańczych prorosyjskich republik separatystycznych. Mogą oni głosować na terytoriach sąsiednich, a także oddawać swoje głosy przez internet.

Na kilka tygodni przed wyborami dokonano jednorazowych wypłat dla emerytów i oficerów wojskowych oraz pracowników służb bezpieczeństwa, tzw. siłowików. Zdaniem opozycji to łapówka dla potencjalnych wyborców.

Wybory w RosjiWybory w Rosji Fot. Dmitri Lovetsky / AP Photo

Presja na media

W Rosji w ostatnich latach wzrosły nastroje sprzeciwu, głównie z powodu zwiększających się kosztów życia. Jednak nie wiadomo, jak duże są one w rzeczywistości. Niezależny instytut badania opinii publicznej „Centrum Lewady" nie może publikować swoich sondaży do czasu po wyborach, ponieważ został uznany za „zagranicznego agenta". Ta klasyfikacja, którą wielu odrzuca jako zniesławienie, na kilka miesięcy przed wyborami uderzyła również w krytyczne wobec Kremla dwa wiodące media internetowe: gazetę internetową „Meduza" oraz niezależną stację telewizyjną „Dożd". Ogromnie wzrosła również cenzura internetu. Na przykład reportaż stacji „Dożd" został zablokowany na YouTube, bo w dyskusji o kampanii wyborczej wzywał do uwolnienia Nawalnego. Niektóre rosyjskie media spekulują, czy kraj zmierza w kierunku Chin, gdzie blokowanie internetu jest na porządku dziennym.

Tymczasem szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Ełła Pamfiłowa zapewniła, że media uznane za „zagranicznych agentów" nie będą miały żadnych trudności w przekazywaniu informacji. Nie będzie jednak żadnej instytucji, która mogłaby udokumentować naruszenia. Po raz pierwszy od 1993 roku zabraknie obserwatorów wyborów z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Z powodu pandemii koronawirusa Rosja chciała zaprosić tylko 60 z nich. Tymczasem OBWE chciała wysłać 500 obserwatorów i ostatecznie zrezygnowała z misji. Z Europy wybory w największym kraju świata obserwować będą jedynie przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy - w sumie pięć osób.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle

 
Więcej o: