"Die Welt" o kampanii nienawiści wobec nowego ambasadora RFN w Warszawie. "Prowokowało nazwisko"

Jeszcze nigdy praca niemieckiego ambasadora w Warszawie nie była tak ciężka jak obecnie - pisze "Die Welt".

"Najbardziej znienawidzony człowiek w Polsce" - to tytuł czwartkowego artykułu w niemieckim dzienniku "Die Welt" na temat nowego ambasadora RFN w Warszawie Arndta Freytaga von Loringhovena. Korespondent gazety Philipp Fritz przypomina, że dyplomata przez trzy miesiące czekał na zgodę polskiego rządu na rozpoczęcie swojej misji, a podsycanie w tym czasie negatywnych nastrojów wobec niego "było dopiero początkiem".

Fritz opisuje plakaty, jakie powitały von Loringhovena  w Warszawie. Na jednym z nich widnieli plądrujący miasto żołnierze Wehrmachtu i napis po angielsku: "Witamy nowego ambasadora Niemiec w Warszawie. Niemcy zamordowali miliony Polaków i zniszczyli Polskę". Drugi, znajdujący się obok, adresowany był do kanclerz Angeli Merkel i wzywał do zapłacenia za zniszczenie Warszawy, co ujęto słowami: "Reparationen machen frei" (pol. "Reparacje czynią wolnym"), które nawiązywały do napisu nad bramą Auschwtiz: "Arbeit macht frei".

To trzy słowa, które dziś rozumiane są szyderczo i poniżają ofiary niemieckich masowych mordów, sześć milionów Żydów, Polaków, Romów i innych grup

- pisze dziennikarz.

Zaburzone relacje dwóch partnerów

Philipp Fritz ocenia, że nigdy wcześniej powołanie ambasadora nie wywołało takich kontrowersji, a 64-letni von Loringhoven jeszcze przed przeprowadzką do Warszawy stał się "postacią medialną" i trafił na czołówki gazet, zaś jego nominacja "niemal doprowadziła do trwałego kryzysu w stosunkach polsko-niemieckich".

Prowokacyjne, przynajmniej dla zwolenników narodowo-konserwatywnej partii PiS, było nazwisko Niemca, a przede wszystkim jego biografia

- przypomina Fritz. Pod koniec wojny ojciec dyplomaty, oficer Wehrmachtu służył jako adiutant szefa sztabu sił lądowych gen. Heinza Guderiana. Uczestniczył w odprawach w bunkrze Hitlera.

 Epizod wokół ambasadora symbolizuje zaburzone relacje dwóch partnerów, gotowość polskich przywódców do zadania sojusznikom ciosu obuchem w głowę, nawet gdy jest to niekorzystne strategicznie. W żadnym zaprzyjaźnionym kraju praca niemieckiego dyplomaty nie jest dziś tak ciężka

- ocenia autor. Zastrzega, że sam ambasador widzi rzecz inaczej i podkreśla, że jego przybycie do Warszawy "otworzyło nowy rozdział w relacjach jego i jego partnerów".

Według autora w Berlinie kalkulowano z kolei, iż doświadczony dyplomata, który pracował na placówkach w Paryżu i Moskwie, do 2010 roku był wiceszefem wywiadu BND, potem ambasadorem w Pradze i ostatnio koordynatorem NATO ds. służb specjalnych, to trafiony kandydat na ambasadora w Warszawie. "Znany jest z krytycznego nastawienia do agresywnej polityki Rosji. (...) Jego doświadczenie wychodzi naprzeciw związanych z bezpieczeństwem potrzebom Polaków, którzy od dawna ostrzegają przed Rosją - pisze Fritz.

Szczególna wrażliwość czy instrumentalizacja?

 Wysłanie go do Polski miało także sygnalizować, jak znacząca jest ta placówka i niemieckie relacje z Polską. Tam jednak jego typowo prusko brzmiące nazwisko i zachowanie wywoływało u obserwatorów reakcje w stylu 'typowo niemiecki'. Także jego praca dla BND po części spotkała się z krytycznymi uwagami

- zauważa Fritz. Zadaje jednak pytanie, "czy brakiem wrażliwości było nominowanie kogoś z taką historią rodzinną, która spycha jego kompetencje na dalszy plan?". "Czy było naiwnością wierzyć, że świadomi historii Polacy będą ponad to? Niemieckie zbrodnie w Polsce wciąż są przecież otwartą raną; czymś, co wyczuwalnie przekłada się na stosunki polsko-niemieckie. A może w Polsce sprawa ta została instrumentalnie wykorzystana? - pyta dziennikarz. Przypomina, że rozgrywało się to w czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w Polsce, a urzędujący prezydent Andrzej Duda "mobilizował swoich ludzi antyniemiecką kampanią, sugerował niemiecką ingerencję w kampanię i atakował niemieckie media", w tym "Welt".

W tym kontekście niektórzy wyborcy uznali za oznakę siły niewpuszczenie niemieckiego ambasadora do kraju, nie zważając na to, że kiedyś zostanie on wpuszczony

- dodaje. Ocenia, że pasuje to do obrazu hałaśliwej polskiej polityki zagranicznej, utraty poważania za granicą, co w kraju inscenizowane jest jako pewność siebie. 

W rozmowie z gazetą ambasador mówi, że sprawa ta nie była tematem podczas jego pierwszego spotkania z prezydentem Dudą. - Prezydent nie ma złego stosunku do Niemiec, wszystko to jest bardziej skomplikowane - przyznał.

Zobacz wideo Duda: Niemcy poniżyli nas pozostawiając na naszej ziemi machinę zagłady