Stoczniowcy: Żądamy rozliczenia tych bydlaków

Zastanawiamy się nad złożeniem doniesienia do prokuratury - mówią stoczniowcy, którzy ucierpieli w trakcie wczorajszych starć z policją w Warszawie. Twierdzą, że dopiero dzisiaj w pełni widać ich obrażenia. Policjanci użyli pałek i gazu pieprzowego dopiero, gdy stoczniowcy złamali prawo - mówi Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej.

- Nie mogę potwierdzić słów związkowców o kilkudziesięciu stoczniowcach, którzy trafili do szpitala - dodaje Sokołowski.

Stoczniowcy skarżą się na policję

- Tak zniszczonych rąk jeszcze nie miałem, a pracuję jako malarz. Mam spuchniętą nogę i ścięgno na wierzchu, wymiotowałem, dusiłem się - mówi Zbigniew Stefański z Komitetu Obrony Stoczni. Karol Guzikiewicz, lider stoczniowej Solidarności, który również był w pierwszej linii strać z policją, mówi, że funkcjonariusze na oślep rozpylali gaz.

- Ja wyciągałem ludzi o kulach, nie patrzono, na kogo się leje ten gaz - mówi wzburzony Guzikiewicz. - Oczywiście, była tam przepychanka, dosyć mocna, ale ci ludzie się wycofywali i wtedy nastąpił atak na nas - dodaje.

Rannych zostało ponad 20 stoczniowców, mają bąble na rękach, spuchnięte i zaczerwienione oczy. Żądają wyjaśnień, między innymi sprawdzenia czy sprawnie działają dozowniki z gazem. Twierdzą też, że użyto gazu bojowego.

- Dlaczego nieproporcjonalnie użyto siły? Przecież są inne środki przymusu. Powinno być nawołanie do rozejścia się, a było dopiero po ataku - mówi Guzikiewicz. Wtóruje mu Stefański: - Mam chrypę, słabo mi, kręci mi się w głowie i będę żądał rozliczenia tych bydlaków, którzy mnie tak załatwili.

Policja: Jeden z policjantów może stracić słuch

Policja nie zgadza się z relacjami stoczniowców. - Nie użyto tam gazu bojowego, armatek wodnych czy farby - mówi Mariusz Sokołowski. Do bezpośredniego starcia ze stoczniowcami miało dojść dopiero po tym, jak demonstranci obrzucili policjantów petardami i zaatakowali ich kijami, na których chwilę wcześniej powiewały flagi. Według relacji policjantów, do spacyfikowania użyto tylko pałek oraz gazu pieprzowego. Ten gaz nie stanowi zagrożenia dla życia i zdrowia, a na pewno jest mniej szkodliwy niż dym z opon, które palili demonstranci - kwituje Mariusz Sokołowski.

Liczba rannych po wczorajszych zamieszkach na ulicach Warszawy ciągle się zmienia. Niektóre źródła mówią o kilkudziesięciu stoczniowcach, którzy trafili do szpitala, inne - o kilku. Policja nie potwierdza tych informacji. - Z tego, co mi wiadomo, do szpitala trafił tylko jeden stoczniowiec, który miał atak padaczki - mówi Mariusz Sokołowski. Nie obyło się bez poszkodowanych po drugiej stronie. Pięciu policjantów zostało rannych, jednemu z funkcjonariuszy petarda wybuchła w okolicy twarzy. - Być może nie będzie słyszał, ale to będziemy wiedzieć po szczegółowych badaniach - dodaje Sokołowski.

Starcia stoczniowców z policją. Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię:

Okoliczności manifestacji przed Pałacem Kultury i Nauki zbada komicja powołana przez komendanta głównego. Jest to standardowa procedura w przypadku użycia środków przymusu bezpośredniego przez policjantów - mówi Mariusz Sokołowski. Komisja ma się szczególnie przyjrzeć nagraniom z policyjnych kamer i monitoringu. Eksperci mają też zbadać zapisy rozmów za pośrednictwem radiotelefonów prowadzonych przez policjantów. - Myślę, że w ciągu kilku dni poznamy efekty pracy tej komicji - mówi Sokołowski.

Więcej o: