Młode wilki

Wczesny start w zawodzie dziennikarza daje więcej czasu, by odnieść sukces

Przez dwa lata Kamil Baleja, dziennikarz zielonogórskiego Radia Zachód, regularnie co dwa miesiące wysyłał e-maile do Tadeusza Sołtysa, wówczas dyrektora programowego RMF FM. Prosił o przyjęcie do pracy i dołączał nagrania swoich wejść antenowych. Sołtys ani razu mu nie odpowiedział, ale wszystkie nagrania przesłuchiwał. - Obserwowałem, jak ustawia głos i nabiera luzu. Rozwijał się, chociaż nikt go nie uczył. Ktoś, kto robi postępy, podsłuchując innych, musi dobrze słyszeć, a to już dużo - mówi Sołtys, dziś członek zarządu Brokera FM, właściciela stacji. Po dwóch latach zaprosił Kamila na przesłuchanie. Od marca trzy lub cztery razy w tygodniu prowadzi nocną audycję "Noc z RMF FM", a od kilku tygodni program wieczorny w weekendy. Jest najmłodszy na antenie. Ma 23 lata.

Koledzy z zielonogórskiego radia dziwili się, że uparł się na RMF FM. "Gdzie ty do RMF-u? Tam pracują najlepsi" - wzruszali ramionami. Nie dał się zniechęcić. - Jeśli marzyć, to o pracy wśród najlepszych. A jeśli czegoś bardzo się chce, marzenia się spełniają - mówi.

Śniadanie jem wieczorem

Media szturmują coraz młodsi dziennikarze. Konsekwentni, zdeterminowani, a jeśli studiują - ciągle niewyspani.

Dzień pracy 25-letniego Roberta Mojsaka, reportera "Wydarzeń" Telewizji Polsat, zaczyna się o 9.30. Przez pół godziny przegląda prasę i Internet. O 10 musi być na kolegium, chyba że temat jest pilny, wtedy wyjeżdża na zdjęcia od razu. Wraca najpóźniej o 17. Ogląda zdjęcia nadesłane z lokalnych ośrodków, wybiera własne i pisze tekst. Od 18 pracuje z montażystą. Spieszy się - jego materiał musi wejść do "Wydarzeń" o 18.50. Zdarza się, że jest gotowy na półtorej minuty przed emisją, więc stres go nie opuszcza. Po 19.20 idzie na wieczorne kolegium. Z pracy wychodzi ok. 20. Śniadanie je często dopiero wieczorem, już w domu, bo nie przechodzi mu nic przez gardło w stresie. - Brakuje mi też czasu. Starsi koledzy potrafią wygospodarować chwilę na obiad, ja nie. Piję tylko kawę i wypalam dwie paczki papierosów - przyznaje.

Choć jest najmłodszym reporterem "Wydarzeń", dwa lata temu do Polsatu przyszedł już z doświadczeniem. Zaczął je zdobywać po pierwszym roku dziennikarstwa w Collegium Civitas na praktykach w Programie III Polskiego Radia. Praktyki przewidziane są co prawda dopiero po drugim roku, ale on uparł się, by zrobić je wcześniej. W Trójce został dwa i pół roku. Przez kilka miesięcy pracował za darmo (robił sondy do programu "Za, a nawet przeciw"), później już jako reporter i wydawca sobotniego wydania "Zapraszamy do Trójki" dobił do stawki 2,5 tys. zł miesięcznie. Przeszkadzało mu jednak, że nie ma widoków na etat. Znalazł pracę w agencji PR. Zarabiał dużo lepiej niż w radiu, ale pożałował rozstania z dziennikarstwem. - Odszedłem z radia na kilka tygodni przed śmiercią papieża. Czułem się jak debil, nie robiąc relacji z wydarzenia, którym żyła cała Polska - zdradza. Po trzech miesiącach poszedł na rozmowy do TVN 24 i Polsatu. Obie stacje zaproponowały mu status nowicjusza - staż bez wynagrodzenia. Wybrał Polsat ze względu na szefa "Wydarzeń" Tomasza Lisa. Miał przeczucie, że wiele się od niego nauczy.

Tomasz Lis o Robercie Mojsaku: - Obserwowałem Roberta na stażu. Widać było, że jest rzutki i dobrze sobie radzi. Któregoś dnia spytałem go, czy ma garnitur. Zdziwił się. "Jutro pojawisz się w głównym wydaniu "Wydarzeń". Albo popłyniesz, albo dostaniesz pracę" - powiedziałem. Stało się tak, jak przewidywałem, poradził sobie.

Po dwóch latach Tomasz Lis nadal uważa, że na Mojsaku można polegać. - Jeśli się zdarzy, że jakiś materiał wyjdzie mu słabiej, to dlatego, że z obiektywnych przyczyn nie dało się go lepiej zrobić - mówi.

Wiekiem się nie afiszuję

Michał Tracz, reporter "Wiadomości" TVP 1, myśli, że nie ma w życiu alternatywy. - Nic mnie tak nie interesuje jak dziennikarstwo. Jeśli w tym zawodzie powinie mi się noga, nie będę wiedział, co z sobą zrobić - mówi. Lubi pośpiech i nieprzewidywalność zdarzeń, bo wyzwalają adrenalinę. Wtedy czuje, że żyje na pełnych obrotach. Praca ma dla niego jeszcze jedną zaletę; może się zajmować polityką, a ona go pasjonuje. Wiekiem się nie afiszuje. - Gdyby polityk wiedział, że nagrywa go 21-latek, nie chciałby ze mną rozmawiać - obawia się.

Do "Wiadomości" przyszedł w listopadzie ub.r., namówiony przez ówczesną reporterkę serwisu Dominikę Długosz, znajomą z Sejmu. Już wówczas od ponad dwóch lat był reporterem Informacyjnej Agencji Radiowej. Trafił tam na praktyki podczas wakacji jako 18-latek. Ówczesny wicedyrektor IAR-u Mariusz Borkowski zagadnął go: - Popraw błąd w CV. Napisałeś, że urodziłeś się w 1986 roku.

W IAR-ze Michał zaczynał od tłumaczenia angielskojęzycznych depesz, potem stał się ekspertem od nowej matury, bo sam taką zdawał. Po maturze oświadczył, że chce się zająć polityką. Szefów ten pomysł nie zachwycił. Dopiął swego, gdy zdobył pierwszego politycznego newsa. Informację, że pełnomocnikiem rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn została Magdalena Środa, powtórzyły za IAR-em wszystkie media.

W oku cyklonu

Budzik jego kolegi z "Wiadomości", 23-letniego Kamila Dziubki, dzwoni co dzień o 4.30. Przed 6 Kamil musi być w pracy, żeby zredagować informacje przesuwające się na pasku u dołu ekranu. Potem przygotowuje materiały do wydań o 12 i 15. Jeśli pracuje jeszcze dla wieczornego wydania "Wiadomości", zostaje do 19.30. W ciągu dnia adrenalina nie daje mu poczuć zmęczenia, ale wieczorem zasypia natychmiast. W nocy budzi go włączony telewizor.

W rodzinnym mieście studiuje politologię na Uniwersytecie Śląskim. Zaliczył krótki staż w Radiu Katowice. Ale telewizja fascynowała go najbardziej. Jeszcze na drugim roku wysłał prośbę o staż do TVP. Rozmowa kwalifikacyjna przypominała egzamin. Ówczesny szef "Wiadomości" Radosław Rybiński poprosił Kamila, by wyobraził sobie, że nie było go w Polsce od 1989 roku i w ciągu minuty wytłumaczył, o co chodziło w aferze Rywina. Poradził sobie.

Latem 2005 roku zaczął praktyki jako researcher reporterki Joanny Wajdy. Ważne zadanie dostał w sierpniu. Zrelacjonował wystąpienia podczas kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego i Marka Borowskiego. Następnego dnia przeczytał w "Gazecie Wyborczej" o pretensjach PiS-u do TVP, bo poświęciła Kaczyńskiemu zbyt mało miejsca. Wtedy poczuł, jak niesamowitą siłę ma telewizja.

O pracy w telewizji Kamil myślał od dzieciństwa. - Dwa lata temu nie uwierzyłbym, że będę pracować w "Wiadomościach". Czuję, że jestem w oku cyklonu - mówi.

Ma też inny powód do zadowolenia. Rodzice już nie muszą go utrzymywać. Teraz to on im pomaga, zarabia trzy razy tyle, ile oni.

Patrycja Kotecka, zastępca szefa Agencji Informacyjnej w TVP 1, Dziubkę i Tracza ocenia wysoko: - Pasjonują się polityką i dużo o niej wiedzą. Są świetnie zorganizowani i skuteczni. Wydawcy zawsze mogą na nich polegać. Pracują w soboty i w niedziele, a gdy trzeba kogoś szybko wysłać za granicę, od razu są gotowi do drogi.

W ciągu roku w "Wiadomościach" próbuje sił kilkudziesięciu praktykantów. Zostaje kilku.

Za młoda, by zrozumieć

Czasem dziennikarstwo wciąga niespodziewanie. 24-letnia Joanna Derkaczew nigdy nie sądziła, że trafi do tego zawodu. Dwa i pół roku temu Roman Pawłowski, recenzent teatralny "Gazety Wyborczej", szukał kogoś, kto przejąłby część jego obowiązków. Joanna była już znana w środowisku. Kiedy studiowała wiedzę o teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej, pracowała jako wolontariuszka przy organizacji festiwali teatralnych. Pracę w gazecie przyjęła z poczucia obowiązku i potrzeby sprawdzenia się.

Bo Joanna lubi się sprawdzać. Po maturze zdała na Akademię Teatralną, na filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i na inżynierię materiałową na Politechnice Warszawskiej (specjalność: mechanika silników odrzutowych). Dwa pierwsze kierunki studiuje do dziś. Inżynierii studiować nie zamierzała. Chciała jednak udowodnić ojcu, konstruktorowi samolotów, że i w tej dziedzinie dałaby sobie radę, studia humanistyczne zaś wybrała świadomie. Ostrzegał ją, że skończy jako instruktorka kółka teatralnego w podstawówce.

Joanna, która zawsze była prymuską, jest głęboko przekonana, że ciężka praca musi przynieść efekty. Zaplanowała już, że zrobi doktorat o filozoficznych i politycznych konotacjach niemieckiego teatru.

Bywa atakowana z powodu młodego wieku. Po krytycznej recenzji dzwoni reżyser: "Nie poznała się pani na mojej sztuce. Jak będzie pani starsza, to ją zrozumie". Rola recenzentki często stawia ją w niewygodnej sytacji, gdyż zdarza się jej skrytykować swoich wykładowców z Akademii Teatralnej; za recenzję sztuki jednego z nich zagrożono jej na uczelni komisją dyscyplinarną. Joanna nie boi się odpowiedzialności. - Pierwsze wrażenie ma znaczenie, ale oceny zawsze popieram argumentami - podkreśla.

Waldemar Kumór, szef działu kultury "GW", obserwował wielu młodych zaczynających pisać o kulturze: - Mają słomiany zapał. Rezygnują z tekstu, bo nie mogą się do kogoś dodzwonić. Przekraczają terminy, nie wykazują inicjatywy. Joanna jest inna - dotrzymuje słowa, zarzuca nas pomysłami.

Od roku Joanna nie bierze pieniędzy od rodziców. W "GW" zarabia 4-5 tys. zł miesięcznie. Do tego dochodzą stypendia naukowe. Nie narzeka.

Dyplom to za mało

Jej rówieśnica Izabela Szymańska, od półtora roku w dziale kultury "Gazety Stołecznej", tak jak Joanna studiuje wiedzę o teatrze i tak jak ona sama się utrzymuje. Ma trójkę młodszego rodzeństwa, chciała się usamodzielnić. Musi jej na to wystarczyć znacznie mniej - po zapłaceniu rachunków ma ok. 20 zł na przeżycie dnia. Dlaczego w "GW"? - To świetna szkoła dziennikarstwa. I dobra marka. Hasło "Gazeta Wyborcza" otwiera wiele drzwi - mówi.

Próbuje sił w reportażu. Właśnie przygotowuje tekst dla "Wysokich Obcasów" o wieczorach panieńskich, jesienią napisała do "Dużego Formatu" o reżyserce Małgorzacie Szumowskiej. Za pieniądze za ten tekst pojechała na wakacje.

Dorota Wyżyńska, szefowa działu kultury "Gazety Stołecznej", zapewnia, że już w pierwszych tygodniach pracy można było powierzyć Izie trudne zadania: - Przyszła odpowiednio przygotowana. Świetnie - z racji studiów - orientowała się w wydarzeniach teatralnych, ale też filmowych. Umie przelać obserwacje na papier. Ma dużą łatwość rozmawiania z bohaterami tekstów i subtelne poczucie humoru.

Iza nie wie jednak, czy zostanie w zawodzie. W gazecie ma status współpracownika. Nie czuje się pewnie; bez etatu nie może liczyć na świadczenia socjalne.

Anna Wittenberg, 20-letnia współpracownica działu miejskiego "Życia Warszawy", uważa, że warto podjąć ryzyko: - Pięć lat doświadczenia w zawodzie wygląda w CV znacznie lepiej niż po studiach sam dyplom magistra - mówi. Jest na pierwszym roku politologii na UW. Do "ŻW" zaczęła pisać w tym roku. Zabłysnęła w drugim miesiącu pracy. Pretekstem jej wysoko ocenionego tekstu była historia niedźwiadka Knuta z berlińskiego zoo, który stał się marką przyciągającą tłumy. Ania napisała, do jakich zadań marketingowych pasowałyby zwierzęta z warszawskiego ogrodu.

W redakcji pracuje od niedzieli do środy i codziennie oddaje jeden lub dwa teksty. Czwartek i piątek rezerwuje na naukę. Czasu wystarcza jej też na zajęcia z drużyną zuchową. - Jest jedną z najbardziej kreatywnych osób w dziale. Sprawna, pomysłowa i zorganizowana, zawsze dotrze do bohatera tekstu, namówi go na zdjęcie. Myśli o kreacji całego materiału, nie tylko o tym, co napisze - mówi jej szef Marcin Hadaj.

Studia? Kiedyś wrócę

Kamilowi Dziubce udało się załatwić indywidualny tok studiów w Katowicach. Także Kamil Baleja dogadał się z uczelnią (studiuje politologię na Uniwersytecie Zielonogórskim) i swoją ostatnią sesję zda podczas sierpniowego urlopu.

Nie poddaje się też Michał Tracz, który studiuje na trzecim roku socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. Na wykłady jednak nie chodzi, a egzaminy zdarza mu się oblewać. "Widziałam pański ostatni materiał i podobała mi się jego teza, ale spotkamy się we wrześniu na poprawce" - powiedziała mu niedawno egzaminatorka.

Robert Mojsak rzucił studia po półtora roku pracy w Trójce. - Musiałem zdecydować: albo rozwijam się zawodowo, albo studiuję. A studia do zawodu nie przygotowują i zawsze je można kiedyś zrobić - tłumaczy. Był też inny powód: rodzice nie mogli już dłużej płacić czesnego (1 tys. zł miesięcznie).

Mariusz Szczygieł, zastępca działu reportażu w "Gazecie Wyborczej", ostrzega przed rzucaniem studiów, bo wie, jak potem trudno je wznowić. Sam zaczął pracować w tygodniku "Na przełaj" zaraz po maturze. Kiedy w 1990 roku trafił do "GW", przerwał studia na dziennikarstwie. Skończył je dopiero po 16 latach. Jest przekonany, że porzucenie studiów to największe zagrożenie dla młodych dziennikarzy: - Są tak obciążeni pracą, że przestają czytać. Zatrzymują się w intelektualnym rozwoju. Uczelnia wymaga konfrontacji z wiedzą, redakcja - nie, bo redaktor zawsze podpowie, jak zbierać materiał do tekstu, a potem go poprawi.

Jednak wczesny start w zawodzie ma też zalety. Mariusz Ziomecki, redaktor naczelny tygodnika "Przekrój", jest głęboko przekonany, że wyłącznie. - Młody człowiek, który wcześnie zaczyna, ma więcej czasu, by odnieść sukces - przekonuje. Wierzy, że entuzjazm młodości i nieskażenie rutyną otwierają możliwości niedostępne dla starszych. - Połowa najlepszych tekstów, które napisałem w życiu, powstała w pierwszych trzech latach pracy - twierdzi.

Tomasz Lis nigdy nie spotkał młodego dziennikarza szybko wspinającego się po szczeblach kariery, który popadłby w pychę. - Jeśli coś im zagraża, to skłonność do chodzenia na skróty. Bywa, że po dwóch latach pracy reporter uważa, iż powinien zostać publicystą lub prowadzić własny program. A do tych ról trzeba dojrzeć. Trzeba przeczytać paręset książek, nauczyć się języka, a najlepiej dwóch, i powoli dojrzewać, najlepiej kilkanaście lat.

W komórce Roberta Mojsaka nie ma już telefonów rówieśników. - Zostali na studiach. Moi obecni znajomi mają 10-15 lat więcej niż ja i przeważnie pracują w Polsacie - przyznaje Robert. Jak starsi koledzy pracuje, przymierza się do budowy domu, chodzi w garniturze, chociaż woli dżinsy. - Gdzieś uciekło mi 10 lat życia. Studia jeszcze mogę kiedyś zrobić, ale wolności tego okresu już nie odzyskam.

Robert boi się tylko jednego. Chwili, w której powie to samo, co niektórzy starsi koledzy z "Wydarzeń". - Przychodzą rano do newsroomu i wzdychają: "Boże, jak ja marzę o emeryturze!".