Kobieta zmarła po "ceremonii kambo". Wyjaśniamy, czym jest ten niebezpieczny rytuał

Kambo nazywane jest "szczepionką", "rytuałem" czy "terapią". W rzeczywistości to podawanie ludziom silnej neurotoksyny w warunkach, które zagrażają życiu.

Moda na kambo pochodzi z Ameryki Południowej, bo z niej wywodzi się płaz, którego toksynę podaje się ludziom. To rzekotka, chwytnica zwinna, której skóra wydziela szereg niezwykle silnie działających na organizm substancji. Mieszkańcy Puszczy Amazońskiej używają toksyny tych płazów podczas obrzędów szamańskich.

Jednak w Polsce kambo czyli sesje podawania toksyny, stały się modą z nurtu tak zwanej medycyny alternatywnej. Jedna z grup oferujących podawanie trucizny tak reklamuje jej rzekome działanie:

KAMBO oferuje możliwość przywrócenia ciała do harmonii i odzyskania zdrowia. Dzięki detoksykacji ludzie czują się odmłodzeni i odzyskują posiadane wcześniej potencjały energii.

Dalej zapowiada też, że podawanie jadu może pomóc w problemach z płodnością, cukrzycy, reumatyzmie, depresji, chorobach Alzheimera i Parkinsona, AIDS i niemal wszystkich innych problemach zdrowotnych.

Toksyny, które mają zabić

Czym jest w rzeczywistości kambo? To mieszanka toksyn wydzielanych w sytuacji zagrożenia przez gruczoły skórne amazońskiej rzekotki. Zawiera ona ponad 200 różnych substancji, których wiele bardzo silnie działa na organizm. Jest tam m.in. dermorfina, pochodna morfiny mająca około 40-krotnie silniejsze od niej działanie przeciwbólowe. Substancja była podawana koniom wyścigowym, które dzięki temu biegły mimo bólu wywołanego kontuzjami. Z kolei deltorfina mająca działanie odurzające bardzo łatwo przenika barierę krew-mózg bezpośrednio działając na centralny układ nerwowy. Inne substancje działają toksycznie na układ krwionośny, mięśnie czy układ wydzielniczy.

Wśród składników jadu są też antybiotyki i substancje działające przeciwzapalnie. Ludzie reklamujący podawanie kambo najchętniej piszą o tych właśnie elementach. Powołują się też na badania, dzięki którym z wydzieliny gruczołów rzekotki udało się wyodrębnić substancje mogące mieć zastosowanie medyczne.

Faktycznie takie badania są prowadzone, ale trzeba odróżnić wyodrębnianie i testowanie pojedynczych substancji od podawania ludziom mieszanki ponad 200 składników, z których wiele jest silnie toksycznych. Rzekotki nie wydzielają swojego jadu po to, by leczyć Europejczyków - to system obronny zabezpieczający je przed drapieżnikami. Zwierzęta, które próbują zjeść toksycznego płaza wymiotują lub giną pod wpływem trucizny.

Chwytnica zwinna (Phyllomedusa bicolor)Chwytnica zwinna (Phyllomedusa bicolor) Fot. Jean-Marc Hero/Wikimedia Commons

40 minut wymiotów

Ludzie, którzy sprzedają kambo tworzą wokół tego mistyczną atmosferę. Rytuał kosztujący około 250 złotych odbywa się w sali (często to siłownie czy kluby fitness), gdzie zbiera się kilkanaście osób. Prowadzącemu towarzyszy zwykle kilku asystentów. W sali przygotowane są materace i miski na wymiociny.

Uczestnicy muszą przez około 10 godzin pościć. Prowadzący wykonuje szereg czynności mających wprowadzić odpowiedni nastrój - okadza pomieszczenie, intonuje pieśni. Sama procedura polega na lekkim nadpaleniu naskórka rozżarzonym patyczkiem - zwykle na ramieniu lub udzie robi się kilka drobnych oparzeń. Po zdrapaniu naskórka w tych miejscach przylepiane są kulki zrobione ze sproszkowanej wydzieliny rzekotek czyli kambo.

Substancja dostaje się do organizmu wywołując najpierw uczucie gorąca, a potem gwałtowne wymioty, które trwają 20-40 minut. W tym czasie asystenci podają uczestnikom wodę. Często elementem ceremonii jest oglądanie wymiocin i na podstawie ich koloru ocenianie stanu zdrowia człowieka.

Zabieg może być śmiertelnie niebezpieczny

Wielu uczestników twierdzi, że po takim zabiegu czuje się lepiej, ma wyostrzone zmysły itp. Trudno określić, na ile to kwestia autosugestii, a na ile efekt działania substancji zawartych w kambo. Natomiast z pewnością gwałtowne wymioty nie działają na organizm oczyszczająco. Również nazywanie „detoxem” wprowadzania sobie do ciała mieszaniny toksyn jest, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem. Brak dowodów na to, by takie procedury miały jakikolwiek korzystny wpływ na ludzki organizm.

Mogą natomiast okazać się śmiertelnie niebezpieczne. W podwarszawskiej miejscowości zmarła 30-letnia kobieta, która wcześniej poddała się "ceremonii kambo". Bliski rodziny kobiety twierdzi, że Halina T. trafiła do szpitala z obrzękiem mózgu. W tej sprawie trwa prokuratorskie śledztwo, które ma dać odpowiedź m.in. na pytanie, co było przyczyną śmierci kobiety i czy można mówić o jej nieumyślnym spowodowaniu.  

Więcej o: