Zygzak w danych PKB. "Raz PiS się cieszy, raz opozycja, a to algorytm ma czkawkę"

Grzegorz Sroczyński
Z żadnych twardych danych nie wynika, żeby w obecnym stanie polskiej gospodarki zwykłym ludziom było jakoś specjalnie źle. Obecna niby-recesja jest całkiem nowym zjawiskiem i różni się od wszystkich poprzednich spowolnień - z dr. Marcinem Mazurkiem, głównym ekonomistą mBanku, rozmawia Grzegorz Sroczyński.
Zobacz wideo Niemcy "chorym człowiekiem Europy"?

Grzegorz Sroczyński: W I kwartale nasz PKB wzrósł niemal o 4 procent i był to najlepszy wynik w całej Unii. Morawiecki pokazywał mapkę z Polską na zielono: "Oto są liczby, oto efekty naszej polityki, panie Tusk". W II kwartale - odwrotnie - nasz PKB zmniejszył się o 3,7 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem i był to najgorszy wynik w całej Unii. Tym razem to Tusk pokazywał mapkę z Polską na czerwono: "Szorujemy po dnie. PiS zmarnował wspólną polską pracę ostatnich 30 lat". Co się właściwie dzieje?

Marcin Mazurek: My to nazywamy zygzakowaniem. Dziwne skoki w statystyce - raz w górę, raz w dół - pojawiają się od 2022 roku, bo Polska ma problem z odsezonowaniem danych.

Z czym? Odsezonowaniem?

Chodzi o filtry, które GUS nakłada, przetwarzając surowe liczby z gospodarki. Moda na dane pozbawione wahań sezonowych zaczęła się w trakcie pandemii i pech chciał, że jakość tego filtrowania akurat w tym czasie się pogorszyła. Co ciekawe - tylko u nas.

Ale skąd ten zygzak się bierze?

Po kolei. Po co są w ogóle te wszystkie filtry i algorytmy sezonowe? Bo jak weźmiemy jakiekolwiek surowe dane ekonomiczne - produkcję budowlano-montażową, produkcję przemysłową albo sprzedaż detaliczną - to dostaniemy sieczkę. W jednym miesiącu plus 9 procent, w kolejnym minus 15 procent, osoba, która nie ma wprawy analitycznej, ujrzy tylko chaos. Wiele danych przejawia tendencje sezonowe, to znaczy skoki powtarzają się regularnie co roku. Na przykład strumień PKB w złotych najmocniejszy jest w IV kwartale, a najsłabszy w I kwartale, bo produkcja budowlano-montażowa siada w styczniu, a sprzedaż detaliczna nie ma takiego dopalacza jak Boże Narodzenie i aż do Wielkanocy jest smuta. Algorytmy do przetwarzania danych zwykle sobie z tym radzą, bo to się powtarza.

Wycinają te skoki i spadki?

Tak. Najprostszym filtrem sezonowym jest filtr roczny: porównanie danych rok do roku. Ale sytuacja robi się bardziej skomplikowana, gdy chcemy wiedzieć, co dzieje się z gospodarką teraz, jaki jest jej pęd, czy przyspiesza, czy zwalnia. Wtedy trzeba zobaczyć, co się z nią dzieje w porównaniu do poprzedniego miesiąca, poprzedniego kwartału. Tu jednak zwodzić będą nas wahania sezonowe. Algorytm do odsezonowania danych powinien znosić te wahania, a na wykresie powinniśmy zobaczyć coś, co jest dość gładkie, mniej chaotyczne. 

I algorytmy stosowane przez GUS nie dają rady?

Na to wygląda.

Jeśli wiemy – a właściwie zakładamy, że wiemy - że zwykle w IV kwartale PKB z powodów sezonowych rośnie o 10 procent względem III kwartału, to jest to nasz wzorzec sezonowości. Gdy zdarzy się, że widzimy w IV kwartale wzrost 13 procent, to jasne jest, że te trzy punkty procentowe to jest raczej coś ekstra, co nas interesuje – o tyle faktycznie urosła gospodarka po eliminacji sezonowości. Gdy powtórzymy to dla kolejnych kwartałów, uzyskamy zwykle dość stabilne liczby.

No ale u nas w I kwartale było plus cztery, a teraz w drugim kwartale jest minus 3,7. I to są dane odsezonowane?

Niestety tak. A wyglądają, jakby nie były odsezonowane.

Dlaczego?

Być może dlatego, że algorytm stosowany przez GUS nałykał się za dużo danych z czasów pandemii. Pojawiły się lockdowny i bardzo duże wahania w szeregach czasowych: nagłe wzrosty, spadki i to naprawdę w bardzo silnym natężeniu – czegoś takiego nie widzieliśmy nigdy. No i zinterpretował to jako wzmocnione albo nowe wahania sezonowe.

Czyli model liczący dane gospodarcze dla Polski przeszedł przez wyżymaczkę pandemii, nauczył się tam dziwnych rzeczy i teraz czkawką mu się to odbija?

To dość prawdopodobne. Natomiast ekspert siedzi z algorytmem właśnie po to, aby nie było tych niestrawności. To subtelny, ale jednak kontrolowalny proces.

W I kwartale algorytm wyciął za mało i Morawiecki mógł opowiadać, że jesteśmy najlepsi w Europie, a w II kwartale z kolei wyciął za dużo i teraz Tusk może opowiadać, że jesteśmy najgorsi?

Być może, ale teraz znów muszę nieco całą rzecz skomplikować. Procedura odsezonowania czyści wahania sezonowe, regularne. Jak już ustaliliśmy, gospodarka to skomplikowana maszyna i czasem coś zacina się po prostu przypadkowo. Dane często skaczą ot tak, często nie wiemy nawet dlaczego. To są tak zwane obserwacje nietypowe, odstające. 

Obserwacje odstające? Czyli jakie?

Gospodarka globalna jedzie już trzeci rok na rollercoasterze. Duża zmienność, duża nieprzewidywalność. Częściej niż zwykle coś się wydarza, pojawia się coś nietypowego, być może jednorazowego. Takie wydarzenia należy brać w nawias i bardzo na nie uważać podczas odsezonowania danych. Zaburzają sam proces odsezonowania i dlatego właśnie eksperci są na nie wyczuleni. GUS pochwalił się, że dwa takie momenty nietypowe znalazł: w I kwartale 2022 in plus i w IV kwartale 2022 in minus. Ale teraz puenta: dane, które obserwujemy, zostały odsezonowane, ale nie są wyczyszczone z obserwacji nietypowych.

Czyli jeśli czwarty kwartał zeszłego roku był zaburzony in minus, to pierwszy tego roku - cokolwiek by się nie działo - i tak by pokazał wspaniały wzrost?

Tak. Gdy porównamy coś, co było nietypowo niskie, z czymś, co jest chociażby normalne, to co uzyskamy? Wrażenie, że to normalne jest jednak bardzo wysokie.

I stąd ten czteroprocentowy wzlot Morawieckiego?

Dokładnie. Ale idźmy dalej. Teoretycznie ten zygzak procentowy nie powinien się już powtórzyć w II kwartale, jeśli w grę wchodziłyby tylko obserwacje nietypowe, o których wiemy od GUS, ale zygzak się jednak powtórzył - tym razem w dół. I można stawiać różne hipotezy: albo znów było coś nietypowego, albo po prostu parametry filtra sezonowego są stale popsute, albo II kwartał faktycznie był aż tak beznadziejny.

A pan jak uważa?

Stwierdziliśmy z kolegami, że będziemy patrzeć na filtr roczny, bo odsezonowanie to jednak obecnie pole minowe. Wtedy wygląda to tak, że w I kwartale PKB spadł 0,3 proc. rok do roku, a w II kwartale spadł o 0,5 procenta. Dramatu tu nie widzę.

To kto ma rację?

Każdy ma rację, bo cytuje dane, które faktycznie funkcjonują jako oficjalne. Ale jednocześnie nikt jej nie ma, bo dane traktowane są tendencyjnie. Gospodarka nie może poruszać się w kwartalnym rytmie mistrza świata i marudera. To nie jest możliwe, to zbyt skomplikowany system, aby reagował tak szybko. To złudzenie statystyczne i chyba powinno być jasne, że nie można grać w tę samą grę od ponad roku. Fakty są takie: gospodarka lekko się skurczyła, ale należy jej to oddać, że punkt startowy położony był bardzo wysoko. Mamy w Polsce coś przypominającego recesję i tak to należy komunikować opinii publicznej.

Coś przypominającego recesję? Czyli co właściwie?

W Polsce nie istnieje oficjalna definicja recesji i nie ma też instytucji, która by stwierdzała recesję, więc każdy może sobie mówić, co chce.

No dobrze, ale kto ma rację: władza, jak opowiada, że z gospodarką jest wspaniale, czy opozycja, która mówi, że jest ciężki kryzys?

Formułowanie daleko idących wniosków na podstawie jednej kwartalnej informacji to nadużycie. I każda strona nadużywa danych gospodarczych, odkąd pojawił się ten zygzak. Bo przecież to kolejna taka dyskusja, że w jednym kwartale ta strona się cieszy, a w drugim - tamta. Ale gdyby tę dyskusję odplątać, to w I kwartale 2022 roku - czyli półtora roku temu - osiągnęliśmy szczyt PKB i od tego czasu gospodarka zwalnia, a nawet trochę się kurczy.

Czyli od półtora roku trwa recesja?

Też nie. Jakbyśmy zapytali jakiejś amerykańskiej instytucji, czy w Polce jest recesja, to pewnie by jej nie stwierdziła.

Dlaczego?

Bo to "coś" nie opanowało całej gospodarki. Strumień PKB rzeczywiście się zmniejszył, realne wynagrodzenia przez jakiś czas spadały z powodu wysokiej inflacji, ale nie wrosło bezrobocie i cały czas w wielu branżach idzie naprawdę dobrze. A poza tym dane o PKB są zakłócone cyklem zapasów.

Jakich znowu zapasów?!

Nie obiecywałem, że będzie łatwo. Firmy w pandemii i tuż po niej zapychały swoje magazyny pod sufit. Pompowanie zapasów w dużej mierze tłumaczy polski boom na produkcję przemysłową w 2021 i 2022 roku. Bo każdy chciał się zabezpieczyć na przyszłość, gdyby znowu miało zabraknąć komponentów takich czy innych z powodów lockdownów. Polska to dość ważny kraj w globalnych łańcuchach dostaw i nasze firmy za wszelką cenę chciały zdobyć materiały do produkcji, więc dużo wrzucały do magazynów - komponentów do produkcji, ale też gotowych produktów. Robiąc wtedy zapasy, pompowały nadmiarowo PKB, a teraz te towary i komponenty brane z magazynów - czyli już raz kupione albo przetworzone - nie liczą się do strumienia PKB. Większość badań koniunktury sugeruje, że firmy nadal mają tego wszystkiego za dużo i pozbywają się jak mogą, bo finansowanie zapasów kosztuje. Zapasy dodały wzrostu, a teraz ujmują. Ale to wciąż głównie księgowość i kolejny aspekt dyskusji, czy należy patrzeć tylko na PKB, który jest miarą tyleż kompleksową, co jednak jednocześnie ułomną.

IBRiS zapytał w sierpniu Polaków o ocenę sytuacji finansowej gospodarstw domowych. Dobrze swoją sytuację ocenia 41,4 proc. badanych, średnio - 46,9 proc., a źle - tylko 11,5 proc. Czyli ponad 88 procent Polaków uważa swoją sytuację za dobrą i znośną. Mimo inflacji, drożyzny i "paragonów grozy". O co tu chodzi? Dlaczego ludzie nie czują tej całej grozy?

Z żadnych twardych danych nie wynika, żeby w obecnym stanie polskiej gospodarki zwykłym ludziom było jakoś specjalnie źle. Na poziomie agregatów makroekonomicznych nie widać potężnych ruchów. Bardzo bym się zdziwił, gdyby ludzie przede wszystkim widzieli grozę, patrząc na liczby w swoich gospodarstwach domowych.

Dlaczego?

Mamy wysoką inflację, co odbijało się negatywnie na nastrojach konsumpcyjnych, ale te nastroje się już od pewnego czasu poprawiają. Ludzie wstrzymali konsumpcję, zaczęły rosnąć oszczędności. Wstrzymali nie dlatego, że musieli, tylko po części dlatego, że dokonali racjonalizacji tego, co kupują w obliczu szoku cenowego. Swoje dołożyły też podwyżki stóp procentowych. Płace nominalne szybko rosną, realne zaczną rosnąć niebawem. Konsument w znacznej mierze nie tyle nie może wydawać, co nie chce wydawać. Działa tu dodatkowy czynnik, który sprawił, że nastroje społeczne mogą się rozjeżdżać z obrazem gospodarki wynikającym z danych. Tym czynnikiem są Ukraińcy. Oni nam zrobili dodatkowy boom konsumpcyjny w 2022 roku i nie chodzi tylko o to, że sami kupowali, ale spora część Polaków konsumowała niejako w ich imieniu, to znaczy kupowaliśmy i przekazywaliśmy. A teraz Ukraińcy wracają do kraju, a nam zostaje wysoka baza do porównań.

Czyli jeśli w tegorocznych danych - w porównaniu z tym zeszłorocznym boomem - widać dołek w konsumpcji, to wcale nie znaczy, że Polacy jakoś strasznie oszczędzają?

Oszczędzają, ale nie aż tak, żeby to był jakiś Armageddon. W danych mamy gwałtowne skoki, a w realnym życiu i w nastrojach jest dużo spokojniej. Prawda jest taka, że mieliśmy wybitnie dobry okres jeśli chodzi o konsumpcję, bo mieliśmy dwa miliony ludzi więcej! 

Z tego wszystkiego wyłania mi się taki obraz, że ani cudów w gospodarce nie ma, ani tragedii też nie. I tylko zygzak w danych powoduje, że politycy szaleją, krzyczą hosanna albo koniec świata, a "normalsi" raczej się w tym nie odnajdują?

Bardzo możliwe.

Bo gdyby z polskich danych pozbyć się tych zakłóceń, zygzaków i "obserwacji odstających", to nie ma jakiegoś BUM - w górę czy w dół?

Nie ma ani dramatu, ani wzlotu. Obecna niby-recesja różni się od wszystkich poprzednich spowolnień przede wszystkim tym, że rynek pracy się nie kurczy. I dlatego dla zwykłych ludzi osłabienie gospodarcze może nie być aż tak odczuwalne. Dwadzieścia tysięcy zatrudnionych mniej w tym roku w sektorze przedsiębiorstw? To wygląda wręcz jak niegroźny szum. Poprzednio nawet przy mniejszych spowolnieniach leciało od razu kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Nie kupuję przy tym tezy, że jest jeszcze za wcześnie, aby rynek pracy zareagował. Musimy przyjąć do wiadomości, że to jest właśnie ta reakcja. Niewielka.

Mamy spowolnienie bez wzrostu bezrobocia?

I to jest całkiem nowe zjawisko, że przy słabnącym PKB ludzie nie tracą masowo pracy i nie spadają płace nominalne. Istotna różnica.

Ale płace przecież spadły?

Realne płace spadały w porywach pięć procent rocznie z powodu inflacji, ale teraz odbiły i wychodzą mniej więcej na zero. Jeszcze raz przypomnę, że to głównie efekt inflacji. Płace nominalne istotnie nie hamują. Inflacja na niższych poziomach sprawi, że ludzie odczują poprawę.

Czyli na inflacji ludzie ani nie stracili, ani nie zyskali?

Co najmniej część inflacji została w ten czy inny sposób skompensowana. Ale mimo wszystko raczej bilans wychodzi na minus. Tyle tylko, że to już historia. Zaczynamy lada moment nowy rozdział, gdy inflacja opadnie, a płace nominalne nadal będą szybko rosły. Przed nami spore podwyżki w budżetówce, kolejny skok płacy minimalnej. Zdziwię się, gdy cała gospodarka nie wykręci dwucyfrowego wzrostu płac nominalnych w 2024 roku.

W raporcie mBanku napisaliście ostatnio: "Ze wskaźników koniunktury wynika, że dołek jest już z nami". Na pewno?

Tak to widzimy. Co prawda gospodarka światowa jest w niezbyt dobrej kondycji, Chiny nie potrafią wrócić do stabilnego wzrostu po covidzie, w publicystyce znów pojawia się evergreen - że Chiny zaraz zbankrutują, co się oczywiście po raz kolejny nie wydarzy - ale na pewno nie będą kołem zamachowym światowej koniunktury - ani w tym, ani w przyszłym roku.

No właśnie. To dlaczego u nas ma być odbicie?

My mamy mitycznego polskiego eksportera, który wyrzucany drzwiami wraca oknem, i na pewno - mimo słabej koniunktury na świecie - można będzie na polski eksport liczyć. Poza tym mamy rynek wewnętrzny, na który składają się inwestycje firm, rządu i konsumpcja prywatna. Konsumpcja będzie rosnąć, bo inflacja odpuszcza, a płace - z powodu silnego rynku pracy - też przyspieszają, więc siła nabywcza Polaków się odbuduje. Po stronie konsumpcji pojawił się też kredyt hipoteczny "2 procent", 14. emerytura i 800 plus, którego co prawda jeszcze nie ma, ale część rodzin już tę podwyżkę uwzględnia w wydatkach. Pozostaje jeszcze prywatny cykl inwestycyjny, ale tu też jestem optymistą. Postrzeganie Polski w ostatnim roku zmieniło się diametralnie, wszędzie to powtarzam, że z niesfornego kraju awansowaliśmy na mocnego sojusznika Stanów Zjednoczonych.

W jakim sensie?

W takim, że prezesi korporacji międzynarodowych tak nas zaczęli postrzegać. Inwestycja Intela pod Wrocławiem to nie przypadek. Korporacje próbują skracać swoje łańcuchy dostaw i Polska może być wbudowana w nie na nowo. To się będzie działo przez parę najbliższych lat i napędzi tu sporo nowych inwestycji.

Bo jesteśmy widziani jako kawałek terytorium ważny dla USA i chroniony przez USA? O to chodzi?

Proszę sobie przypomnieć, co było przed rosyjską inwazją w lutym 2022. Nieustanne dywagacje w mediach, czy zobowiązania NATO aby na pewno są na serio, czy jakby Rosja zaatakowała jakiś kraj na wschodniej flance, to NATO wejdzie, czy nie wejdzie. To się skończyło. Zostały postawione jasne linie i to jest ogromna zmiana. Widzę duże zainteresowanie Polską i czytam te wszystkie nagłówki w zachodnich mediach ekonomicznych. Oczywiście nasze publicity nadal jest nieco mieszane, szczególnie jeśli chodzi o politykę i jakość demokracji, natomiast w kwestiach gospodarczych widać wręcz modę na Polskę.

To w zasadzie w jakim stanie jest teraz nasza gospodarka? Jest dobrze, źle?

Biorąc pod uwagę otoczenie makroekonomiczne i skalę szoków, które dotknęły gospodarkę w ostatnim czasie, to bym powiedział, że jest w stanie wręcz dobrym. Po raz kolejny okazało się, że Polska jest odporna na światowe wstrząsy. W najbliższej przyszłości znów trochę pobuja, ale optymizmem napawa mnie popyt wewnętrzny.

Ale co decyduje o tej odporności? Co pana zdaniem powoduje, że tu zawsze przy światowych kryzysach jest zielona wyspa - czy za Tuska, czy za Morawieckiego?

Elastyczne firmy i wykwalifikowana siła robocza. Mamy bardzo sprytnych przedsiębiorców, którzy w tydzień potrafią dostosować się do nowych warunków i amortyzują szoki. A oni z kolei mają względnie tanich i bardzo dobrych pracowników.

***

Marcin Mazurek (1982) jest ekonomistą, absolwentem Szkoły Głównej Handlowej, doktoryzowany również tam (pracę pisał o teoriach wzrostu, a więc poszukiwaniach, dlaczego jedne gospodarki rozwijają się, a inne nie). W mBanku od 15 lat analizuje cykle gospodarcze, obecnie w roli głównego ekonomisty.

(Uwaga dla Szanownych Czytelników z grupy #Silni Razem: prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości - firmy podlegającej rządowi - nazywa się tak samo, ale to inna osoba niż nasz dzisiejszy rozmówca).

Więcej o: