Nie tylko Lis i "Kałownia". Jak kręcić bekę z nazwisk przeciwników i myśleć, że jest się zabawnym

Marta Nowak
Plują na siebie kulkami z rurek, przezywają i śmieszy ich kupa. Czy to jedenastolatki na godzinie wychowawczej? Nie, to polski Twitter, gdyby tylko można było na nim pluć kulkami z rurek. Tu nie przebiera się w środkach podczas politycznych starć. Ostatnio na nowy poziom wspiął się Tomasz Lis ze swoim "Kałownia'2023", ale żarty z nazwisk to w polskiej debacie nie pierwszyzna.
Zobacz wideo Marek Sawicki w Porannej Rozmowie Gazeta.pl

Piszę skrótowo, bo ten tweet z pewnością wiele osób już widziało: Tomaszowi Lisowi nie spodobało się, że Szymon Hołownia nie podziela jego marzeń o tym, by opozycja połączyła się w jedność. Trzykrotny laureat nagrody Grand Press dał upust swemu rozczarowaniu, publikując wpis o następującej treści:

Po tweecie wybuchła burza, autor postanowił się więc wytłumaczyć. Wyjaśnił, że osoby dopatrujące się fekalnego dowcipu w "Kałowni" są w błędzie. On po prostu chciał połączyć nazwiska Kaczyńskiego i Hołowni, a wyczucie językowe podpowiedziało mu, że taka właśnie hybryda brzmi najfajniej. 

"Nie kpiłem z niczyjego nazwiska, bo nigdy tego nie robię" - napisał Lis. Nie trzeba było długo czekać na dowód, że kategoryczne "nigdy" jednak nie pasuje, bo coś tam już się kiedyś podobnego zdarzyło. Ofiarą innego wybornego żartu Lisa padł ówczesny poseł PSL Eugeniusz Kłopotek:

Argumentu na to, że w "Kałowni" nie chodzi o skatologię, a po prostu Lisa szczerze śmieszy łączenie różnych nazwisk z "Kaczyński", dostarczył z kolei Bohdan Pękacki. Przywołał anegdotę o tym, jak pracował w Wirtualnej Polsce, gdzie m.in. publikował felietony Lisa. Tytuł jednego z nich zmienił przed publikacją - ten oryginalny, nadany przez samego autora brzmiał "TU SKACZYŃSKI". Jak napisał Pękacki, o mały włos nie wyrzucono go za to z pracy, bo "sama zmiana to jedno, ale z tego akurat tytułu Tomasz Lis był bardzo dumny". Rozumiecie: Tusk - Kaczyński, Tu - Skaczyński. Dobre, mocne, śmieszne!

Czy to jest polskie nazwisko?

Skoro jesteśmy już przy Donaldzie Tusku, pochylmy się i nad jego nazwiskowymi żartami. Lider Platformy Obywatelskiej na Twitterze chętnie publikuje zwięzłe bon moty, które szybko się czytają i dobrze cytują. Trudno jest się dziwić chęci jakiejkolwiek złośliwej reakcji na "für Deutschland" powtarzane w nieskończoność w TVP, ale i tak przypomnijmy sobie ten jakże subtelny tweet:

Śmieszki z niemiecko brzmiących nazwisk - tu akurat nieniosące dodatkowego ciężaru o tyle, że Tuska trudno posądzić o germanofobię - mają w Polsce długą historię. Kiedy w 2009 r. do Parlamentu Europejskiego kandydowała Róża Thun, PKW nakazała jej rejestrację pod pełnym nazwiskiem - Róża Maria Gräfin von Thun und Hohenstein. Używanie miał wówczas Ryszard Czarnecki, jej kontrkandydat z okręgu. Wciąż można przeczytać, jak skomentował pełne nazwisko Thun na swoim blogu. Wówczas post wydawał się złośliwy, dziś, przy twitterowych Kałowniach i gruppenführerach, tchnie bezbrzeżną łagodnością. Później zresztą europosła pokarało: sam figurował na liście wyborczej jako Richard Henry Czarnecki zgodnie ze swoim brytyjskim aktem urodzenia (przynajmniej nie miał w nazwisku "Lord").

Czternaście lat później nazwisko Thun nadal pozostaje dla przedstawicieli PiS tematem do drwin. Minister Przemysław Czarnek, wypowiadając się w styczniu w Sejmie, postanowił oskarżyć innych polityków o kłamstwa na temat Polski. Jako winowajców wymienił "Biedronia, nie-Biedronia" (?) oraz "Różę von Hun von Thun coś tam po niemiecku". A potem pociągnął jeszcze tę wyborną krotochwilę na Twitterze, dodając miłe "Entschuldigung".

Moskwa, Estonia i kość słoniowa

Czy jednak świetne żarty muszą dotyczyć tylko Niemiec? Jasne, że nie, zwłaszcza gdy w ministerialnym gronie trafia się tak zachęcające nazwisko jak Moskwa. Przynajmniej Donald Tusk nie oparł się pokusie.

Po tweecie (zresztą podobnie jak po tym o Schreiberze, Szefernakerze i reszcie) w prawicowych mediach zawrzało. Do obrony Moskwy rzuciło się TVP Info, Do Rzeczy, wPolityce. Wszystkich przebił jednak poseł Solidarnej Polski Jan Kanthak, który na antenie Polsat News powiedział: "Chciałbym przypomnieć, że w języku estońskim Tusk oznacza ból i utrapienie. Chciałem tylko ostrzec, że to miecz obosieczny".

A potem już poszło. Inną konotacją z nazwiskiem lidera PO podzielił się Roman Giertych, a zwykli twitterowicze poczęli prześcigać się w sprawdzaniu, co w jakim języku znaczy "Kanthak". A znaczy wiele.

Kampania wyborcza dopiero zaczyna się rozpędzać. Zobaczymy, jakimi jeszcze żartami popiszą się w niej posłowie, ministrowie, liderzy, osoby pokroju Lisa czy Giertycha - i w ogóle wszyscy żądni poklasku własnej politycznej paczki. Kto wie, jakie świetne, godne wyrycia cyrklem na ławce, dowcipy poznamy dzięki temu, że przycisk "Publikuj" jest aż tak łatwo dostępny. Na razie wiemy jedno: w polskiej polityce aż strach mieć nazwisko.

Więcej o: