Politolog o zmianach w Kodeksie wyborczym: PiS przyznaje się, że nie ma skąd czerpać wyborców

Dr hab. Rafał Chwedoruk nie spodziewa się rewolucji w związku z proponowanymi przez PiS zmianami w Kodeksie wyborczym. Premia w wyborach - jeśli w ogóle wystąpi - zdaniem politologa nie będzie duża. - Najciekawszy nie jest sam pomysł, a przyznanie się przez PiS, że w zasadzie nie ma już skąd czerpać wyborców - mówi w Gazeta.pl.

- Nie sądzę, żeby te zmiany stały się rewolucyjnym czynnikiem. Nawet gdyby nie było wszystkich popełnionych przez PiS błędów, sama demografia postawiłaby partię w najlepszym razie na granicy wyniku dającego szansę na jakąś koalicję. Teraz sama podwózka problemu partii nie rozwiąże - mówi nam dr hab. Rafał Chwedoruk. Zdaniem wykładowcy UW zmiany proponowane przez PiS mogłyby przynieść efekt, ale raczej ilościowy niż jakościowy. - Innymi słowy, proponowane rozwiązania dotyczą grup społecznych i tak już nadreprezentowanych w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości - osoby starsze, mieszkańcy najsłabiej zurbanizowanych obszarów - zwraca uwagę i dodaje, że ewentualna premia, którą dzięki nowym przepisom uzyskałoby PiS, będzie zbyt mała, aby znacząco wpłynąć na wynik wyborczy. 

Zobacz wideo Boże Narodzenie 2022. Życzenia ambasadora Ukrainy dla Polaków

"PiS nie ma skąd czerpać wyborców"

Politolog interpretuje wniesiony przed świętami projekt jako publiczne przyznanie się, że PiS ma problem z poszerzeniem swojego elektoratu. - Najciekawszy nie jest sam pomysł, bo nie ma w nim tak wielu kontrowersji, a przyznanie się przez PiS, że w zasadzie nie ma już skąd czerpać wyborców. Żeby w ogóle mieć szanse na rywalizację o władzę w przyszłym Sejmie, PiS musi powiększyć skalę mobilizacji, nie ma innego wyjścia. Skoro w grupach nadreprezentowanych wdrażane są - ekstraordynaryjne i niedające gwarancji sukcesu na miarę 2019 roku - działania, to można je interpretować jako publiczne przyznanie, że PiS nie jest w stanie sięgać po wyborców z innych grup społecznych - mówi Rafał Chwedoruk. 

Politolog podkreśla przy tym, że "w segmencie, który nie był historycznie związany z prawicą, elektorat PiS jest trudny w mobilizacji". - A łatwym w demobilizacji. Wątpię, by darmowy transport sam w sobie był czymś, co ostatecznie przesądzi o decyzji, na kogo oddać głos. Może zachęcić, by pójść do urny, ale to też jest uwarunkowane wieloma innymi czynnikami. Mówimy o grupach społecznych, co do których trudno dawać jakiekolwiek gwarancje - mówi Chwedoruk.

Projekt zmian w Kodeksie wyborczym

22 grudnia grupa posłów PiS złożyła w Sejmie projekt ws. zmian w Kodeksie wyborczym. Partia rządząca zaproponowała rozwiązania, które mają ułatwić udział w głosowaniu osobom z niepełnosprawnościami i tym, które mieszkają w miejscowościach odciętych od komunikacji publicznej. W art. 37 projektu czytamy, że nie tylko wyborca niepełnosprawny, ale także ten, który w dniu wyborów ukończył 60 lat, może skorzystać z bezpłatnego transportu do lokalnej obwodowej komisji wyborczej z miejsca zamieszkania albo z miejsca podanego we wniosku o dopisanie do spisu wyborców. Zgodnie z zapisem Art. 37 f i 37g transport do lokalu wyborczego zapewnia wójt gminy, a finansuje go wojewoda. Przewóz ma być dla wyborców bezpłatny. 

Przedstawiciel wnioskodawców poseł PiS Marek Ast podkreślał w ubiegłym tygodniu, że projekt ma zwiększyć frekwencję w wyborach i między innymi pozwala zwiększyć liczbę obwodowych komisji wyborczych. Poseł wyjaśnił, że wyborca będzie miał bliżej do lokalu wyborczego, nowelizacja porusza też kwestię zobowiązania samorządów do bezpłatnego transportu dla wyborców mieszkających daleko od lokalu wyborczego.

Poseł zaznaczył, że w projekcie wprowadzono zmiany dotyczące transparentności wyborów. Nie będzie podziału na komisje, które przeprowadzały wybory i te, które liczyły ich wyniki. Marek Ast dodał, że liczenie głosów nie będzie mogło odbywać się w podgrupach, a jedynie przez cały skład komisji. Każdy z członków komisji będzie też mógł zapoznać się z każdym oddanym głosem - dodał.

Wojciech Hermeliński: Nie jest to żadna rewolucja

Zgodnie z projektowanymi zmianami nowe komisje mają powstawać w miejscowościach liczących 200 uprawnionych do głosowania wyborców. Autorzy projektu szacują, że w ten sposób powstanie sześć tys. nowych komisji. W rozmowie z "Rzeczpospolitą" do zmian krytycznie odnosił się Wojciech Hermeliński, były szef Państwowej Komisji Wyborczej. 

- Na pewno nie jest to żadna rewolucja. Projektodawcy mówią, że to propozycja profrekwencyjna i na pewno tak jest. Obawiam się jednak, że motywacją nie jest szlachetna idea zachęcania ludzi do udziału w wyborach, ale raczej interes obecnej władzy. Wyraźnie widać, że chodzi o zwiększenie liczby głosujących wyborców Prawa i Sprawiedliwości, a nie ogólnej ich liczby. Nowe komisje, których - według uzasadnienia do projektu ma powstać aż sześć tys. - mają być tworzone w miejscowościach do 200 mieszkańców (uprawnionych do głosowania), w których obecnie nie ma lokalu wyborczego. Tak wynika z przepisów przejściowych, które nakładają na wójtów obowiązek przeglądu gminy pod kątem lokali wyborczych i informowanie komisarza, w jakich miejscowościach ich nie ma - mówił prawnik. - Komisarz zaś w zasadzie ma obowiązek stworzenia w nich odrębnego obwodu wyborczego - jeśli odmówi, PKW może go do tego przymusić. Czyli tak jak mówił prezes, wyborcy po mszy w kościele będą mogli od razu pójść głosować. Przy czym nie wiem, czy czyniono jakieś badania, które by wskazywały, ile takich miejscowości i skąd te sześć tys. nowych lokali - wskazywał.

Więcej o: