Rząd chce przekonać Polki do rodzenia. W projekcie zmniejszenie liczby cesarek i ani słowa o in vitro

Polski rząd na wiele sposobów stara się zachęcić Polki do rodzenia dzieci. Trudną sytuację demograficzną ma naprawić przyjęty program "Strategia Demograficzna 2040". Okazuje się jednak, że w projekcie o dzietności i rodzinie pomija się m.in. związki niemałżeńskie, samotne matki, rodziców dzieci niepełnosprawnych. W 82-stronicowym dokumencie ani słowem nie wspomniano też o leczeniu niepłodności metodą in vitro. Rząd planuje za to zmniejszenie liczby cesarskich cięć.

Z danych GUS wynika, że w 2021 roku w Polsce urodziło się najmniej dzieci od czasów II wojny światowej. Do trudnej sytuacji demograficznej przed kilkoma tygodniami nawiązał prezes PiS Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, ponieważ kobiety "dają w szyję".

- Dzieci najmniej w Polsce jest w Warszawie, więc to nie jest kwestia wyłącznie ekonomiczna, ale też pewnego nastawienia ludzi, a w szczególności pań - mówił na spotkaniu z wyborcami, które odbyło się 6 listopada. - Jeżeli kobiety do 25. roku życia dają w szyję, to nie jest najlepszy prognostyk - dodał. Następnie przekonywał, że dzięki programom takim jak 500 plus wychowywanie dziecka w Polsce jest łatwiejsze, mówił również o strategii rządu, która pozwoli rozwiązać problem.

Wspomniany plan został przyjęty przez Radę Ministrów we wtorek 15 listopada. "Strategia Demograficzna 2040" ma na celu poprawić dzietność w Polsce i pozwolić na przywrócenie korzystnej struktury demograficznej.

Zobacz wideo Mucha o Patriotach od Niemców: Kaczyński kieruje się jakimiś fobiami

Dokument zakłada realizację trzech celów: wzmocnienie rodziny, znoszenie barier dla rodziców chcących mieć dzieci oraz podniesienie jakości zarządzania i wdrażania polityki na szczeblu samorządowym i centralnym.

Więcej najnowszych informacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

W projekcie czytamy m.in. że rząd planuje rozwój rynku pracy przyjaznego rodzinie, poprawę jakości i organizacji edukacji, rozwój opieki zdrowotnej czy rozwój Infrastruktury i usług potrzebnych rodzinom. Zakłada się również wsparcie w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych czy wzmocnienie współpracy z III sektorem i innymi podmiotami. Eksperci mają jednak do rządowych planów spore wątpliwości.

Pierwsza wersja projektu pojawiła się w czerwcu 2021 roku. Prezydium Komitetu Nauk Demograficznych PAN opublikowało wówczas oficjalną opinię, tłumacząc, że dokument nie może zostać uznany za strategię demograficzną.

"W rozważaniach o dzietności i rodzinie pomija się m.in. rosnące znaczenie innych niż małżeństwo form rodzin, źle zidentyfikowane zostały również bariery prokreacyjne" - czytamy w przesłanym nam oświadczeniu. W skrócie projekt pomija m.in. samodzielnych rodziców i rodziców dzieci z niepełnosprawnościami czy związki niemałżeńskie.

Prof. Kotowska: To jasny sygnał lekceważenia

- Coraz więcej dzieci przychodzi na świat w związkach niemałżeńskich i jest wychowywanych w takich rodzinach. Rośnie liczba dzieci wychowywanych przez jednego rodzica, w dominującej większości są to matki. Podkreślanie, iż należy wspierać małżeństwa, bo w tych rodzinach wychowuje się większość dzieci, jest dyskryminujące dla innych form rodzin. I nawet, jeżeli uda się przeciwstawić propozycjom rozwiązań niekorzystnym dla innych niż małżeństwo form rodziny (przykład – rozliczenie podatku przez samotnego rodzica), to nie zmienia to negatywnego wydźwięku w społeczeństwie takich propozycji - mówi w rozmowie z Gazeta.pl prof. Irena E. Kotowska z Instytutu Statystyki i Demografii SGH, honorowa przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

Jak podkreśla prof. Kotowska, kolejna kwestia, którą polski rząd pomija, to brak rozwiązań dotyczących tak mocno obecnej w debacie publicznej sytuacji rosnącej liczby rodzin, które muszą sprostać wyzwaniu wychowywania dziecka z niepełnosprawnością. To jest jasny sygnał lekceważenia potrzeb tych rodzin.

- Moje zdziwienie budzi też podejście do diagnostyki i leczenia niepłodności. Jak można nie docenić znaczenia pomocy parom, które chcą mieć dzieci, dla możliwości wzrostu dzietności? W dokumencie zamieszczono przecież informację, że w Polsce niepłodność dotyczy około 20 proc. par w wieku prokreacyjnym, czyli około 1,5 mln par. Dokument, zamiast proponować konkretne rozwiązania, poprzestaje na ogólnym stwierdzeniu, że 'rosnące znaczenie dla potencjału prokreacyjnego ma wczesna diagnoza, profilaktyka i wysokospecjalistyczne leczenie niepłodności leżącej zarówno po stronie kobiet, jak i mężczyzn'. Sprzeciwiam się jednocześnie lekceważeniu potrzeb tych rodzin w proponowanym programie polityki rodzinnej - kontynuuje prof. Kotowska.

Jak podkreśla, w Czechach, do których się ostatnio tak często odwołują różni przedstawiciele administracji rządowej, blisko 6 proc. urodzeń rocznie w latach 2014-2018 to dzieci urodzone dzięki leczeniu niepłodności. Dla Polski ten wskaźnik wynosił niecałe 2 proc. - takie dane te przekazał prof. Sobotka na  konferencji organizowanej w październiku 2022 r.

Pary niepłodne są pomijane w tej wyliczance

W 82-stronnicowym dokumencie ani słowem nie wspomniano o leczeniu niepłodności metodą in vitro.

Z danych stowarzyszenia Nasz Bocian wynika, że co piąta para boryka się z problemami z zajściem w ciążę, a dla większości z nich in vitro to jedna szansa na to, by zostać rodzicami. Według najnowszych danych ten problem w Polsce dotyka aż 1,5 mln par.

- To jest kolejny raz, kiedy potrzeby osób, które mierzą się z niepłodnością, są pomijane przez rząd. Jeżeli przygotowujemy dokument, którego celem ma być poprawa demografii, to wydaje się czymś zupełnie naturalnym, że musimy pomóc tym parom, które naprawdę chcą te dzieci mieć, a z powodów medycznych nie mogą - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marta Górna przewodnicząca zarządu Stowarzyszenia na Rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji "Nasz Bocian".

Jak zaznacza, rząd skupia się za to na przekonywaniu nieprzekonanych do posiadania dzieci za wszelką cenę. - Niestety pary niepłodne są pomijane w tej wyliczance. To bardzo dziwne i niepokojące - podkreśla Górna.

- Pary, które borykają się z niepłodnością, chorują i płacą składki jak inni Polacy, to powinno dać im prawo do leczenia, które jest skuteczne, bezpłatne i do którego dostęp mają wszyscy potrzebujący- dodaje.

Jak wskazuje, koszt podjęcia procedury in vitro wynosi dziś od ok. kilkunastu do ok. 20 tysięcy złotych. To cena za jedynie jedną próbę. - Skuteczność procedury in vitro wynosi ok. 30 proc. Należy więc zakładać, że większość par będzie potrzebowała nawet dwóch lub trzech procedur - mówi Marta Górna. - Pary, które leczą się z powodu niepłodności, zazwyczaj poświęcają na to kilka lat. Często kosztuje ich to wszystkie oszczędności - podsumowuje.

- To powinno to działać tak jak w innych europejskich krajach. Określamy wskazania do in vitro, które są dostępne i refundowane dla płatnika publicznego. Niech będzie to rozwiązanie wskazane dla osób, które wyczerpały już ścieżki leczenia i są do tego konkretne medyczne przesłanki - proponuje dr Michał Bulsa, ginekolog, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie.

Solidarna Polska chce powołania komisji śledczejPartia Ziobry chce postawić Tuska przed Trybunałem Stanu

Jak zaznacza, Państwo powinno pomagać parom, które borykają się z niepłodnością, a nie "rzucać im kłody pod nogi".

Stowarzyszenie Nasz Bocian jeszcze w grudniu uruchomi plan dofinansowania procedury in vitro, który pomoże 100 parom, które mają najniższe dochody, a w ich miejscu zamieszkania nie ma refundacji tego zabiegu. - Będzie to zupełnie bezkosztowny, bezpłatny dostęp do in vitro dla tych par - podkreśla Marta Górna.

Mniej cesarskich cięć. "Zmniejszenie skali"

Projekt zakłada również zmniejszenie liczby porodów przez cesarskie cięcie. "Istotne jest dobre przygotowanie rodziców do porodu, dostępność wysokospecjalistycznej opieki nad rodziną spodziewającą się dziecka, unikanie zbędnych procedur medycznych, zmniejszenie skali porodów poprzez cesarskie cięcia, czy wsparcie rodziców w przypadkach szczególnych – w tym poronienia, powikłania, urodzenia dziecka chorego" - czytamy w dokumencie.

Z danych Fundacji Rodzić po ludzku wynika, że w Polsce odsetek cesarskich cięć jest dramatycznie wysoki i plasuje Polskę na jednym z najwyższych miejsc w Europie. Zgodnie z zaleceniami WHO odsetek cięć cesarskich powinien wynosić maksymalnie 10-15 proc. Tymczasem w naszym kraju to nawet 50 proc. porodów. Dzieje się tak jednak z wielu powodów.

- Na tak duży odsetek cięć cesarskich wpływa w pierwszej kolejności pewna penalizacja medycyny. W Polsce brakuje jasno opisanych wytycznych, których lekarze mogliby się trzymać, i na które mogliby się powoływać w sytuacjach trudnych, np. gdy dochodzi do powikłań przy porodzie. Obecnie takich wskazań brakuje i działa się defensywnie na wypadek konsekwencji i ewentualnych pozwów - tłumaczy w rozmowie Gazeta.pl dr Michał Bulsa, ginekolog, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie.

Protesty w ChinachChińczycy wyszli na ulice. Protesty przeciw "zero COVID". "Ustąp, Xi Jinpingu!"

- Drugą kwestią jest brak dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego. Wiele kobiet boi się bólu i chciałoby mieć komfort skorzystania z tego rozwiązania. W Polsce brakuje też anestezjologów, którzy są niezbędni do podania znieczulenia, a procedury jego zastosowania przypominają w naszym kraju niemal operację na otwartym sercu. Większość szpitali nie może zaoferować pacjentce tego rozwiązania z powodu braków kadrowych - zaznacza.

Jak podkreśla dr Bulsa, by rozwiązać ten problem należy usiąść do stołu i przeprowadzić wielkoetapową dyskusję. Powinny zostać wprowadzone konkretne procedury i zalecenia. - Jeżeli będziemy rozmawiać o ograniczeniu cesarskich cięć przez takie pojedyncze zapisy, to nie jest rozwiązanie problemu - podsumowuje.

Więcej o: