"Trzeba było ustalić, czy mamy już wojnę z Rosją". Co się działo w rządzie w pierwszych godzinach po eksplozji [KULISY]

Jacek Gądek
Rosjanie prowokowali do tego, aby strona polska w związku z incydentem we wsi Przewodów sięgnęła po art. 4 traktatu o NATO, czyli uruchomiła konsultacje w Sojuszu z racji zagrożenia - takie przekonanie jest w rządzie i Kancelarii Prezydenta. - Chcieli z nas zrobić pieniaczy, ale im się nie udało - mówi jeden z polityków wysokiego szczebla w obozie rządzącym.
Zobacz wideo Pszczel o milczeniu gen, Gierasimowa: Nie miał instrukcji od swojego szefa

Wtorek, 15 listopada był dniem ogromnego napięcia.

Ok. godz. 15:40 na terenie wsi Przewodów w woj. lubelskim doszło bowiem do eksplozji, zginęło dwóch mężczyzn. Dziś już wiemy - to ustalenia polskich śledczych, ale również analityków USA - że eksplodowała rakieta, a właściwie jej część, wystrzelona przez wojska Ukrainy celem zestrzelenia rakiety rosyjskiej. Zbłąkała się, a system autodetonacji nie zadziałał. Ostatecznie spadła sześć kilometrów w głębi Polski, już bez głowicy, ale na ziemi eksplodowała resztka paliwa. Rakieta trafiła w ciągnik - zabiła dwóch przypadkowych mężczyzn.

Ok. godz. 17 rzecznik rządu Piotr Muller przekazał, że w związku z sytuacją kryzysową premier, w porozumieniu z prezydentem, zarządzili spotkanie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Dodał także, że tego samego dnia zostaną przedstawione publicznie informacje o zdarzeniu.

Po godz. 21, gdy spotkanie w BBN się skończyło, szef Biura Jacek Siewiera i rzecznik rządu przekazali, że sprawa eksplozji (nie było mowy o rakiecie jako przyczynie) jest badana, podobnie jak i przesłanki do uruchomienia art. 4 o NATO. Artykuł 4 mówi o konsultacjach w Pakcie, jeśli któreś państwo czuje się zagrożone.

Z kolei rząd zebrał się na specjalnym posiedzeniu.

Po północy MSZ wydał komunikat: "Na terenie wsi Przewodów w woj. lubelskim spadł pocisk produkcji rosyjskiej, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch obywateli RP, w związku z tym zdarzeniem minister Zbigniew Rau wezwał ambasadora Rosji do MSZ z żądaniem niezwłocznego przekazania szczegółowych wyjaśnień".

Później prezydent mówił o tym, że "jest wysoce prawdopodobne", że kolejnego dnia ambasador RP przy NATO wystąpi z wnioskiem o uruchomienie art. 4 traktatu o NATO. Byłby to ważny sygnał, który odbiłby się echem na świecie. Andrzej Duda nie przesądzał o jego uruchomieniu, ale jednak trochę się zagalopował - szedł bowiem dalej niż przedstawiciele rządu, którzy mówili ostrożniej raptem o analizowaniu przesłanek do sięgania po art. 4. W kancelarii prezydenta i rządzie od początku były bowiem podejrzenia, że powodem eksplozji przy granicy może być zbłąkana rakieta wystrzelona przez Ukraińców do obrony przed rosyjskim zmasowanym ostrzałem rakietowym.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski twardo mówił o rosyjskim ostrzale polskiego terytorium. Podobnie nieoficjalne doniesienia mediów - w tym i amerykańskiej agencji AP powołującej się na własne źródła - mogły mrozić krew w żyłach. Dlaczego? Bo nieoficjalne informowały one o dwóch rakietach. Aż dwie rzekomo rosyjskie rakiety wskazywałyby na intencjonalny atak Kremla, a nie na zdarzenie przypadkowe. O ile jeszcze jedna rosyjska rakieta mogłaby wskazywać na błąd Rosjan, to dwie sugerowałyby celowość.

- Trzeba było najpierw i to jak najszybciej ustalić, co się stało, a więc czy mamy już wojnę z Rosją, czy nie - mówi jeden z rozmówców z obozu rządzącego.

I dodaje: - Agencje i media mogą sobie korygować depesze. Waga słów wypowiedzianych w imieniu państwa jest o wiele większa.

Przeczesywanie pól w okolicy miejsca upadku rakiety w PrzewodowieJest wiele dowodów pozwalających ustalić co wybuchło w Przewodowie

W obozie rządzącym nie ma poczucia, aby coś zrobiono źle. Podstawowy zarzut formułowany przez opozycję i część obserwatorów jest taki, że przez ponad sześć godzin od zdarzenia we wsi przy granicy z Ukrainą władze państwowe nie wydały choć krótkiego komunikatu, co się mogło tam stać.

- Trzeba było organizować rozmowy z kolejnymi przywódcami ze świata, a nie robić konferencje, na których nie wiadomo, co powiedzieć, bo w ciągu dnia nie mieliśmy przecież jeszcze wiedzy - słyszymy.

Kolejne informacje z czynności na miejscu zdarzenia napływały do Warszawy z godziny na godzinę. Od początku - słyszymy - jednak już sam widok leja sugerował, że to nie głowica rakiety eksplodowała, bo wybuch pozostawił mniejszy lej - pewność narastała z czasem. Ponadto na nagraniach Straży Granicznej zarejestrowano walkę powietrzną tuż za granicą - po stronie ukraińskiej - co również sugerowało, że powodem może być zbłąkana antyrakieta.

Nie było rządowego komunikatu o ustalanych wciąż przyczynach, ale odbywały się ekspresowo aranżowane rozmowy: z prezydentem USA Joe Bidenem, a także m.in. z sekretarzem generalnym NATO Jensem Stoltenbergiem, sekretarzem obrony USA Lloydem Austinem, sekretarzem stanu USA Antonym Blinkenem, kanclerzem Niemiec Olafem Scholzem.

W ciągu kolejnych godzin strona rosyjska prowokowała do tego, aby polski rząd uruchomił art. 4 o NATO. Jest o tym przekonanie w kancelarii prezydenta i rządzie. Choćby Margarita Simonian, redaktorka naczelna angielskojęzycznej rosyjskiej propagandowej telewizji RT, skomentowała w serii twittów eksplozję w Przewodowie: "Polska dostała więc własny region Biełgorodu. A jak chcieliście?" - pisała propagandystka Putina.

- Chcieli nas ośmieszyć. Gdyby po uruchomieniu przez nas art. 4 okazało się, że to nie spadła rosyjska rakieta, ale pozostałości po ukraińskiej antyrakiecie, to wyszlibyśmy na pieniaczy, którzy nawet jak nie ich rakieta wysadzi w powietrze ciągnik z Bogu ducha winnymi ludźmi, to wołają do NATO, by iść już na wojnę z Rosją - mówi jeden z polityków wysokiego szczebla w obozie rządzącym.

Paradoksalnie obu stronom wojny - agresywnej Rosji i zaatakowanej Ukrainie - zależało na uruchomieniu art. 4. Kremlowi, bo mógłby ośmieszać potem Polskę czy całe NATO. A Ukrainie, której władze - w tym prezydent Wołodymyr Zełenski - przekonane były, że rakieta była rosyjska - bo wiązałoby się to z większą presją na pomoc Kijowowi.

Następnego dnia, w środę, ambasador Polski przy NATO nie wystąpił jednak o aktywowanie art. 4.

Gdyby to była rakieta wystrzelona przez Rosjan, to możliwe byłoby uruchomienie w odpowiedzi całego pakietu działań. Zresztą premier Mateusz Morawiecki mówił publicznie, że stworzono co najmniej siedem planów ewentualnościach na wypadek różnych form agresji czy też prowokacji ze strony Rosji. Ale skoro okazało się, że były to pozostałości po ukraińskiej antyrakiecie, to sprawę trzeba zamknąć jak najszybciej - takie jest przeświadczenie w kręgach rządowych.

Kłopotem było natomiast to, że strona ukraińska podtrzymywała, że powodem wybuchu nie była ich antyrakieta, ale pocisk wystrzelony przez Rosjan. - Zełenski zaczął jednak zmieniać ton na ostrożniejszy - zwraca nam uwagę jeden z rozmówców, bliski MSZ. W najnowszym oświadczeniu prezydent Ukrainy skorygował stanowisko, mówiąc, że pewności co do powodu wybuchu nie ma. Historia więc zmierza ku końcowi.

- Takich incydentów przy granicy należało się spodziewać. Aż dziw, że to zdarzyło się to dopiero teraz - słyszymy od jednego z urzędników.
Więcej o: