PiS i Ziobro jednak pójdą razem do wyborów. I to mimo nadciągającej wojny w rządzie

Jacek Gądek
Prawo i Sprawiedliwość potwierdziło z Solidarną Polską wolę wspólnego startu w wyborach parlamentarnych 2023 r. - ustaliła Gazeta.pl w źródłach bliskich centrali PiS. Wedle naszych informacji, rozmowy o wspólnym starcie już się zaczęły, choć ziobryści są źli z powodu polityki rządu wobec UE, a na Mateusza Morawieckiego wściekli za to. że chciał ich z rządu wyrzucić.
Zobacz wideo Girzyński: Wzajemna niechęć Ziobry i Morawieckiego jest powszechnie znana

- Chcielibyśmy startować wspólnie. Postaramy się dogadać, z dotychczasowych rozmów sprzed paru tygodni wynika, że chcemy startować wspólnie - mówi polityk PiS bliski Nowogrodzkiej.

Inny współpracownik prezesa PiS podkreśla, że mimo wielu spięć z Ziobrą jest między Jarosławem Kaczyńskim a Ziobrą duża wspólnota poglądów. - Z Jarosławem Gowinem nie można się było dogadać, bo chciał przejść na stronę opozycji, ale z Ziobrą można się porozumieć, bo on jest człowiekiem twardej prawicy i do liberalnej opozycji się nie wybiera - dodaje.

Jarosław KaczyńskiPiS wciąż negocjuje z UE. Zdobędzie "Mont Blanc kapitulacji"?

Zimna kalkulacja - to jest klucz do wspólnego startu PiS i SP. - Ta kalkulacja jest taka, że obecność Solidarnej Polski na listach PiS zastopuje Konfederację - słyszymy z PiS. Na Nowogrodzkiej uznano też, że Ziobro - gdyby startował osobno - może zarejestrować listy wyborcze w całym kraju i podebrać 2-3 proc. głosów. W SP mówią, że nawet ponad 5 proc.

Wśród ziobrystów kalkulacja też bierze górę. - Jesteśmy niezadowoleni z polityki Morawieckiego wobec UE i uważamy, że oszukał tak PiS, jak i nas - mówi jeden ze współpracowników Ziobry. A wymienia też katastrofę Polskiego Ładu, który miał przybliżyć obóz ZP do trzeciej kadencji, a skończył się katastrofą. Litania pretensji ziobrystów do Morawieckiego jest zresztą bardzo długa.

Mimo wielu wojen w łonie Zjednoczonej Prawicy i mimo kolejnej nadciągającej batalii w rządzie, kalkulacje obu stron mówią, by iść w 2023 r. na jednej liście.

Głównym punktem zapalnym w układzie PiS - SP jest polityka rządu wobec Unii Europejskiej. Zbigniew Ziobro chce bowiem kursu ostrego, a Jarosław Kaczyński zaczął mówić w ostatnich tygodniach o "elastyczności" wobec Komisji Europejskiej.

Dla Nowogrodzkiej znów ważne jest odmrożenie pieniędzy (35 mld euro) na KPO, a nie twarde ordynowanie zmian w sądów. Prezes PiS daje zielone światło Morawieckiemu na szukanie dealu z Brukselą, a dla Ziobry uginanie się jest nie do zaakceptowania. Zatem starcie PiS i SP o to, czy się uginać wisi już w powietrzu.

Nad obustronnymi deklaracjami chęci wspólnego startu i konieczności ustalania szczegółów, co padło ok. czterech tygodni temu na spotkaniu liderów obu partii, są jednak wciąż pewne znaki zapytania. Po pierwsze: do wyborów pozostał jeszcze prawie rok - bardzo długo. Przez ten czas można się śmiertelnie pokłócić, ale też zmartwychwstać i pogodzić. Ponadto z ujawnionego przez "Poufną Rozmowę" e-maila Mateusza Morawieckiego wynika, że premier już dawno chciał wyrzucić partię Zbigniewa Ziobry i zastąpić ją PSL-em. A co więcej: premier chciał też za pomocą przejętej z rąk Ziobry prokuratury szukać haków na Solidarną Polskę w jej partyjnych finansach, a posłów Ziobry zastraszyć tym, by przeszli na stronę PiS. Ziobryści za takie próby zniszczenia ich są rozeźleni, ale to też żadna nowość dla koalicjantów PiS - zwłaszcza że wrogość SP i Morawieckiego jest obopólna.

Mino tych napięć obecnie jest silna wola PiS i SP, by startować razem. Formalnie to już umowa koalicyjna PiS i SP z 2020 r. zakłada taki start. Niedotrzymanych zapisów na tym papierze jest jednak sporo. Wedle tej starej już umowy Solidarna Polska miałaby mieć te miejsca na listach PiS co w 2019 r. - zarezerwowane dla obecnych posłów SP. Ziobryści chcieliby jednak, słyszymy od źródeł bliskich Nowogrodzkiej, uzyskać więcej miejsc niż tylko te, które dały im mandaty trzy lata temu. Żądają też rozmów o konkretnych punktach programu PiS na wybory, a także dotrzymania zapisów obecnie obowiązującej już umowy, jeśli chodzi o fotele w rządzie.

Solidarna Polska w ostatnich tygodniach stała się bardzo aktywna, by wzmocnić swoją pozycję negocjacyjną warunków wspólnego startu. Politycy SP jeżdżą po kraju ze spotkaniami, partia zbierała także podpisy pod obywatelskim projektem - jak ją określają - ustawy o obronie chrześcijan. Przy okazji tej zbiórki testowali też sprawność swojego aparatu partyjnego i to, jakie oparcie SP ma w parafiach. Odbyła się też konwencja Solidarnej Polski.

Z kolei w Ministerstwie Sprawiedliwości, rządowym bastionie ziobrystów w rządzie, powstają kolejne projekty ustaw, które kreują Solidarną Polskę na formację szeryfów nie tylko w walce z przestępczością, ale także na obrońców ludu. Projekty te budują wizerunek SP jako partii opiekuńczej, choć monopol na to stara się mieć PiS.

SP przeforsowało już w Sejmie ustawę antylichwiarską - to legislacyjne oczko w głowie wiceministra Marcina Warchoła z SP, który przy tej okazji poszedł na współpracę z Lewicą. Ustawę udało się uchwalić, choć opór ze strony PiS był duży. Zaostrza ona limity tego, ile mogą wynosić koszty "chwilówek".

W arsenale Ministerstwa Sprawiedliwości jest też projekt ustawy windykacyjnej. To druga z inicjatyw, która kreują SP na obrońców konsumentów - tu: dłużników. Ustawa ta wprowadza bowiem instytucję sprzeciwu wobec windykacji, co wzmocni pozycję dłużnika. Sprzeciw taki oznacza, że windykator będzie musiał oddawać sprawę do komornika. O tę ustawę, która w swoich pierwotnych zapisach oznacza rewolucję na rynku, toczy się w samym rządzie spór między resortem sprawiedliwości a finansów. Nominaci premiera Mateusza Morawieckiego nie chcą bowiem tak daleko idącej ustawy. Argument krytyków jest taki, że choć projekt ma realizować jedną z dyrektyw Unii Europejskiej, to idzie za daleko, a wręcz jest z nią sprzeczny. SP forsuje jednak projekty - tak antylichwiarski jak i windykacyjny - mimo oporów w rządzie i branżach, które one dotyczą.

Formacja Ziobry ma też w planach ustawę franczyzową. Temat jest społecznie i politycznie atrakcyjny, bo wiele sieci sklepów - w tym Żabka, o której kupnie przez państwo mówił niedawno prezes PiS Jarosław Kaczyński - to sklepy franczyzowe.

W kampanii wyborczej dla Solidarnej Polski możliwość pochwalenia się takimi ustawami to spory atut. Ziobryści ponadto - obstając przy twardych zmianach w sądach - pokazują się jako ta prawicowa partia, która faktycznie trzyma się programu PiS. SP rozmawia już więc z PiS o wspólnym starcie, ale jednocześnie buduje siłę ma potrzeby tych negocjacja korzystając z całego swojego zaplecza w rządzie i terenie.

Więcej o: