PiS wypowiada opozycji wojnę totalną. Tak próbuje ograniczyć straty w sondażach

Jacek Gądek
W czasie kryzysu energetycznego i drożyzny PiS wskazuje winnych. Pierwszym są Niemcy, które faktycznie, choć jest to tylko część prawdy, przyczyniły się do wybuchu wojny w Ukrainie. A drugim winnym wedle PiS jest PO, wobec której prezes i premier stosują już retorykę totalną, odmawiając jej patriotyzmu i zarzucając agenturalność. Tak PiS próbuje ograniczyć straty w sondażach, których spodziewa się jesienią i zimą.
Zobacz wideo Czy Polsce należą się reparacje? Joanna Scheuring-Wielgus z Lewicy: Tak

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki zwołali, co rzadko się zdarza, wspólną konferencje prasową. Po co? PiS zaczyna z dużą siłą wykorzystywać prosty fakt, który w Europie jest już jaskrawo dostrzegany: kraje bałtyckie i Polska miały rację, jeśli chodzi o sceptycyzm wobec Rosji.

Więcej o polityce przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

W Polsce najbardziej antyrosyjską w swojej retoryce formacją jest właśnie PiS. Podobnie też w realnej polityce PiS jest wybitnie antyrosyjskie. Ba, PiS było antyrosyjskie od początku swojego istnienia i nie próbowało z Kremlem żadnych resetów. Gdy więc krytycyzm wobec Rosji jest oczywistością, to PiS skrzętnie wykorzystuje swoją stałość w tym poglądzie.

Owszem - PiS niejednokrotnie wykonywało czasami ruchy sprzyjające Rosji bądź ryzykowne. Można by wymieniać: skasowanie kontraktu na śmigłowce Caracal, wpuszczenie na polski rynek węgierskiego koncernu MOL, który jest sojusznikiem Kremla, zapóźnienia w budowie magazynów gazu, ośmieszające Polskę bredzenia Antoniego Macierewicza albo przymykanie oczu na gigantyczny import węgla z Rosji (teraz już obłożony embargiem, niemniej kryzys węglowy wynika także z zaniechań PiS, co jest tym bardziej paradoksalne, że dzisiejszy szef MON Mariusz Błaszczak przed laty ostrzegał, że import węgla z Rosji to finansowanie przyszłych wojen Putina). I jeszcze próby budowania aliansów z prorosyjskimi politykami w Europie i wywoływanie ostrego konfliktu z Brukselą.

Niemniej chcąc być uczciwym należy oddać PiS-owi - a zwłaszcza prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu - że ich polityka była wobec Rosji najbardziej w kontrze, sceptyczna i konfrontacyjna. Ukończenie Baltic Pipe, który daje szansę na uniezależnienie od rosyjskiego gazu (mimo ogromnych problemów z kontraktacją samego gazu) czy ogromna pomoc Ukrainie w czasie wojny są dowodami na antyrosyjskości PiS-u. A jeśli ktoś twierdzi, że PiS jest partią ruską, to bredzi jak Macierewicz.

Nowogrodzka wypuściła właśnie spot dowodzący, że PiS zawsze antyrosyjskie było i jest. A potem partia zaczęła wypuszczać wyniki swojej kwerendy wśród nagrań z przeszłości, by dowieść, że opozycja antyrosyjska nie była. Podobną narrację utrzymuje prorządowa TVP.

Dziś PiS przekuwa swoją autentyczną antyrosyjskość w retorykę totalną wobec opozycji, której fałszywie zarzuca zdradę państwa. W politycznej młocce może nam to umykać, ale patrząc chłodno, to PiS stawia właśnie swoim przeciwnikom absolutnie najcięższy zarzut, jaki można postawić politykom: agenturalności na rzecz obcych państw (Niemiec i Rosji), zarzut zdrady ojczyzny.

Prezes PiS i premier oskarżają zwłaszcza PO o bycie "partią niemiecką", odmawiają opozycji patriotyzmu i oskarżają o próbę stworzenia w Polsce "rządu zewnętrznego", a w ogóle to jest to "opozycja wobec Polski". Wedle Kaczyńskiego Donald Tusk przehandlował Polskę w zamian za stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Takie odmawianie opozycji, w szczególności Tuskowi, polskości i patriotyzmu jest zwyczajnie nieprawdziwe. Oczywiście, niektóre działania rządu szefa PO, jak na przykład chęć kupowania gazu od Rosji aż do roku 2037, były chybione. Ale to w żadnym razie nie dowodzi jeszcze tezy, że Tusk robi wszystko "für Deutschland" czy chciałby "ruskiego miru" nad Wisłą.

Zresztą gdyby PO była agenturą, to rząd Tuska nie zbudowałby tak dziś cennego terminal LNG w Świnoujściu, który rząd PiS ochrzcił potem imieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Narracja PiS nie znosi jednak żadnych odcieni. Teraz PiS zaprzęga do niej - sprawnie i zapewne nie ostatni raz - szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Mówiła ona bowiem, że "trzeba było wsłuchać się w głosy wewnątrz Unii Europejskiej, w Polsce, krajach bałtyckich". Gwoli ścisłości: nie mówiła wprost o PiS.

Taka szczerość szefowej KE to dla PiS cenne narzędzie budowania swojej narracji "my mieliśmy rację, wszyscy inni się mylili". W niej Niemcy są współwinne wojny w Ukrainie, co nie jest pozbawione racji, a Unia była wobec nadciągającej wojny bierna, co prawdą już nie jest, choć oczywiście można było oczekiwać od UE więcej. PiS woli jednak przemilczeć pewne zasługi Unii Europejskiej - nie fundamentalne, ale też nie do pominięcia - w uniezależnianiu się od rosyjskich surowców, jak wspieranie i współfinansowanie prac przy budowie Baltic Pipe (dumy PiS-u), czy trzeci pakiet energetyczny, który  przyczynił się do ukatrupienia Nord Stream 2.

Ofensywa antyniemiecka PiS-u i wymienianie błędów w polityce Berlina to sposób na tłumaczenie tego, co szeregowym obywatelom teraz doskwiera najbardziej: drożyzna, brak węgla, potworne podwyżki cen gazu i prądu, itd.

W swojej wypowiedzi krótko ujął to premier: - To właśnie dlatego [przez błędy Niemiec - red.] jest ten kryzys energetyczny, inflacyjny, braku dostępności gazu. Oni popełnili gigantyczny błąd. (…) To nie wzięło się z niczego. To dlatego, że Niemcy chcieli prowadzić wspólnie z Rosjanami, wspólnie z Putinem politykę gazową. To spowodowało, że Rosja mogła zaatakować Ukrainę, że teraz mamy destabilizację w całej Europie.

Słowem: winne są Niemcy. Jeśli kogoś kłuje w oczy 25 zł za pierś z kurczaka, to jest to wina Niemiec. Diesel na stacji paliw jest po 7,50 zł za litr - winne Niemcy. Masło po 8 zł? Niemcy. Węgiel po 3 tys. zł? Niemcy. Nie ma węgla? Niemcy. Prąd i gaz drożeją? Niemcy. Wysoka rata kredytu? Niemcy.

Inflacja sięga już 16,1 proc., a są obawy, że może przebić 20 proc. Dotyka ona zwłaszcza biedniejszych Polaków, zwłaszcza elektorat PiS. Sondażowe słupki PiS-u są przygniatane przez drożyznę. Na Nowogrodzkiej dobrze widzą, że dołek sondażowy jest nieunikniony, ale starają się, by te spodziewane straty minimalizować.

Stąd - wedle słów samego premiera - na dopłaty do źródeł energii przeznaczonych ma pójść nawet 50 miliardów złotych. To gigantyczne pieniądze, bo tę zimę PiS chce po prostu przetrwać i wiosną móc walczyć o odzyskanie poparcie i realnie myśleć o trzeciej kadencji, co będzie jednak trudne, ale nie niemożliwe. Kolejne miliardy złotych transferowane wprost do kieszeni ludzi i retoryka totalna wobec opozycji nie powinny więc zaskakiwać. A to jedynie zapowiedź kampanii totalnej w przyszłym roku - tak retorycznie jak i w wydawaniu, i obiecywaniu pieniędzy.

Więcej o: