Wybory wygrywa się w Radomiu, a nie na Zbawixie. Tusk szykuje tam największe od lat wydarzenie w PO

Jacek Gądek
Platforma Obywatelska przywykła do przegrywania, co przyznaje sam Donald Tusk, więc teraz jej szef będzie chciał przede wszystkim dowieść, że jego partia ma cojones - potencjał, wolę wygrania wyborów i chęć do bicia się o władzę. Z największą od lat konwencją Platforma jedzie do Radomia, bo tam i w mniejszych jeszcze powiatowych miastach wygrywa się wybory.
Zobacz wideo Donald Tusk ma jeszcze w sobie głód wygranej? Pytamy wicemarszałek Sejmu:

Mówi polityk PO: - Można pójść sobie na Zbawix (modny w Warszawie Plac Zbawiciela - red.) i czuć się tam komfortowo na spotkaniach z ludźmi. Ale nie o to chodzi w polityce. Na Zbawixie nie wygramy wyborów.

Więcej informacji z polskiej polityki przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

Dlatego Platforma Obywatelska na największą od lat - od jubileuszu 10-lecia PO w 2011 r. w gdańskiej Ergo Arenie, gdzie było kilkanaście tysięcy ludzi - konwencję jedzie do Radomia. A jeszcze parę lat temu były już szef PO Borys Budka drwił, że PiS z własną konwencją ucieka do Przysuchy - właśnie pod Radomiem. Dziś takie werbalne afronty wobec Polski prowincjonalnej są w PO zakazane, bo były przepisem na kolejne klęski.

Radom. Ziemia odbita

PO chciałaby nawet jechać w Polskę jeszcze bardziej lokalną niż Radom, ale hala musi być odpowiednio duża, by zmieścić 5 czy nawet 7 tys. ludzi. W Radomiu PO ma ponadto swojego prezydenta miasta: Radosława Witkowskiego, który - co warto pamiętać - pokonał w 2014 r. wieloletniego prezydenta z PiS Andrzeja Kosztowniaka (dziś posła PiS). Z kolei w czasie ostatnich wyborów samorządowych Witkowski niewielką liczbą głosów pokonał w II turze kandydata PiS Wojciecha Skurkiewicza (wiceszefa MON) - była to jedna z bardziej zaciętych rywalizacji. PO wyszła z niej zwycięsko.

Platforma jest okopana w największych miastach jak Warszawa, Poznań czy Gdańsk, ale od tygodni już jest na kursie na Polskę lokalną. Donald Tusk jeździ czasami wręcz po bastionach Prawa i Sprawiedliwości. I w teren wysyła też znanych z mediów ogólnopolskich polityków PO. - Jeździmy do miast powiatowych, do dawnych miast wojewódzkich, bo te największe są dla nas dużo łatwiejsze. Naszym celem jest odbicie miast powiatowych - słyszymy od jednego z ważniejszych polityków PO.

I dodaje: - Ludzie żyli tam w jakimś komforcie, dostawali pieniądze od państwa, a teraz drożyzna ich łupi. Musimy im pokazać, kto za to odpowiada, bo jeśli ludzie oglądają TVP, to tam zawsze Tusk jest winny.

Na samej konwencji w Radomiu nie ma się co spodziewać wielkich fajerwerków. Jeden z polityków PO się śmieje: - Nie raz jeszcze zobaczymy start kampanii w wykonaniu wszystkich.

Będzie to podsumowanie dotychczasowych pomysłów programowych i pokazanie - co ważniejsze - że w Platformie jest życie i wola zwyciężania. PO chce pokazać, że ma potencjał - jest witalna w walce o władzę i będzie płodna, gdy przyjdzie przedstawiać program, ale ani kampanii jeszcze de facto nie uruchamia, ani całościowego programu nie przedstawi. Wedle Tuska najpierw PO musi na serio dążyć do wygranej, bo - jak mówi w "GW" - "od 2015 r. - i to było takie uderzające - opozycja nauczyła się przegrywać. To jest dewastujące, bo jak przyzwyczajasz się do przegranej, to nie wygrasz żadnych wyborów". W PO można usłyszeć, że tu z Tuskiem nie ma zgody, bo wygrywać chcieli, ale się nie udawało, a nie - jak twierdzi szef PO - nie udawało się, bo nie chcieli.

Motywacja a nie program

Sam Donald Tusk na 1,5 roku przed wyborami parlamentarnymi przywiązuje większą wagę do wykrzesywania z partii motywacji do walki, a nie do płodzenia pomysłów programowych - te rodzą się reaktywnie i w istocie mają jedynie dowodzić słabości rządu PiS. I tak na przykład pomysł 20-proc. podwyżek dla sfery budżetowej jest bez szans na realizację i byłby też proinflacyjny, ale wobec podwyżki 4,4 proc. dla nauczycieli, którą forsuje obóz rządzący, pokazuje, że przez PiS budżetówka zarabia coraz mniej. Podobnie ideą obligacji - co postuluje PO - oprocentowanych jak inflacja ma pokazywać, że drożyzna zjada oszczędności Polaków. Takie pomysły są obliczone także na to, by nie iść do ludzi z pustymi rękami, gdy całościowego programu jeszcze nie ma.

Początek wakacji to nie jest moment na jakiś przełom i odpalanie wielkich projektów politycznych i programowych. W PO słychać, że obecnie zwyczajnie nie ma wielkich emocji społecznych, które by mogły choćby zmienić poparcie sondażowe dla obozu rządzącego, które dziś utrzymuje się - wśród zdecydowanych wyborców - na poziomie ok. 38 proc. - Teraz nie ma emocji, bo nie ma blisko wyborów - przyznaje polityczka PO. Ale, wedle jej kalkulacji, zimą albo na początku przyszłego roku drożyzna już solidnie wkurzy ludzi, a będące już na horyzoncie wybory sprawią, że ludzie będą jednoznacznie winić władzę za galopujące ceny.

Zadanie przebicia sufitu w postaci 30 proc. poparcia w sondażach póki co Platformie się nie powiodło. Narracja o Polexicie się wyczerpała, bo PiS ułożyło się z Komisją Europejską i ta dała zielone światło dla polskiego KPO. Stan zagrożenia wywołany wojną Rosji z Ukrainą konserwuje poparcie dla PiS. Obóz rządzący stara się osłonić przynajmniej własny elektorat przed cenami węgla, a emerytom wypłaci w sierpniu "czternastki".

Przewidywanie dziś wyniku wyborów to hazard

Bezruch i wciąż stosunkowo wysokie, acz nie sięgające nawet 40 proc. wśród wyborców zdecydowanych, poparcie dla PiS, mówi dziś tyle, że wszystko się może jeszcze zdarzyć, a wróżenie teraz wyników wyborów na jesieni 2023 r. to hazard. PO z pewnością nie jest skazana na kolejną porażkę. Co warto pamiętać: wielu składało PiS do grobu, gdy partia ta po sromotnych porażkach w 2007 i 2011 r. sprawiała wrażenie paździerzowej, a Jarosława Kaczyński uważano za przegranego po serii klęsk w każdych możliwych wyborach. Ale PiS się odrodziło. Podobnie też przekreślanie dzisiaj Platformy jest przedwczesne.

- PiS nie będzie rządzić trzecią kadencję - zapewniają w PO. Sam Donald Tusk składa takie publiczne przyrzeczenie. Ale takie wypowiedzi to jazda obowiązkowa. Nie raz to mówiono. Tusk w 2016 r. zapewniał: - Ja nie mam zdolności profetycznych, choć mam intuicję, że PiS nie będzie rządził drugą kadencję. Powtarzam też w Brukseli i to już zrobiło karierę, że kiedy ludzie planują, to pan Bóg się śmieje. To dotyczy szczególnie polityków.

Bóg miał niezły ubaw z Platformy przy okazji każdych wyborów po 2015 r.

Jedna lista to spin, a nie cel

Stały przekaz Donalda Tuska to jedna lista, do której tworzenia wzywa resztę opozycji. Ale w szeregach PO wcale nie ma wielkiego entuzjazmu wobec tej idei. Sprzeciw PSL jest kategoryczny - ludowcy, podpierając się zamówionymi przez siebie badaniami, są przekonani, że jedna lista to strata elektoratu, a już zwłaszcza umiarkowanie konserwatywnego elektoratu PSL. Wedle PSL, jeśli pójdą oni z lewicą czy nawet czasami lewicującą Platforma, to konserwatywny wyborca PSL nie zagłosuje w ogóle.

Mówienie o jednej liście jest już nudne - także dla szeregów PO. Przekonanie w Platformie, że powstanie jedna lista opozycji topnieje.

Jaskrawo też widać, że jedna lista i ciągłe wzywanie opozycji przez Tuska do jej budowania to spin (przekaz, który ma przynieść korzyść PO), a nie cel Tuska. Jeszcze kilka miesięcy temu szef PO mówił o wielkich badaniach sondażowych - schodzących do szczebla powiatów i gmin - które miałyby dać odpowiedź na pytanie, czy jedna lista to najlepsze rozwiązanie dla opozycji. Gdy pojawiał się zwykły sondaż w mediach potwierdzający trafność jednej listy, Tusk uznawał go za istotny i - jak mówił - "chyba więcej dowodów już nie trzeba". Ale gdy publikowano sondaże (jeden dla "DGP", a drugi dla "GW"), to odpowiada, że przecież było sporo sondaży sugerujących jedną listę jako najlepsze rozwiązanie.

Polityk PO: - Jesteśmy problemem dla innych partii, gdy mówimy o jednej liście, bo jesteśmy najsilniejsi na opozycji. Na teraz mogę jednak powiedzieć, że jedna lista nie powstanie.

Słowem: o jednej liście jest dużo gadania i zero efektów. No może poza jednym: Tusk i PO prezentują się jako największa siła wzywająca do jedności.

Jedna lista powstać by mogła, ale gdyby PiS zdołało zmienić ordynację wyborczą w taki sposób, że zjednoczenie opozycji byłoby egzystencjalną koniecznością dla mniejszych formacji jak PSL, Polska 2050, Nowa Lewica. A to stałoby się, gdyby PiS zdołało - a takie było zamierzenie Nowogrodzkiej - dotychczasowych 41 okręgów w wyborach do Sejmu podzielić na aż 100, co w praktyce eliminowałoby mniejsze formacje z Sejmu. Wówczas opozycja zostałaby wręcz przymuszona przez PiS do tworzenia jednej listy. Ale zmiana ordynacji przy wyborze posłów jest już de facto skreślona na Nowogrodzkiej. Powód: opór Solidarnej Polski i sceptycyzm Pałacu Prezydenckiego. PiS więc tę zmianę ordynacji porzuca. Reguły wyboru posłów w 2023 r. najpewniej będą takie jak dotychczas, a liderami dwóch największych formacji będą - tak jak do 2014 r. - Donald Tusk i Jarosław Kaczyński.

Więcej o: