Kaczyński wcale nie chlapnął. Jego proroctwo z TVP to miała być kara dla Morawieckiego

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński wspomniał w TVP, że to Mariusz Błaszczak zastąpi go, "jeżeli chodzi o wszystkie funkcje". Jak słyszymy w obozie rządzącym od jednego z ważniejszych jej polityków, bywalca Nowogrodzkiej, cel prezesa PiS był taki: ukarać Mateusza Morawieckiego za skrywanie "kamieni milowych" do KPO wynegocjowanych z Komisją Europejską.
Zobacz wideo Mariusz Błaszczak to polityk o potencjale na premiera? Rzecznik PiS Radosław Fogiel:

- Morawiecki podgrzany - ekscytował się polityk PiS z otoczenia premiera tuż po deklaracji Kaczyńskiego o Błaszczaku.

Więcej o polskiej polityce przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

Prezes PiS niczego nie chlapnął. Rzucił swoje proroctwo na zimno.

Z uśmiechem na twarzy Jarosław Kaczyński zdradził Danucie Holeckiej w "Gościu Wiadomości" w TVP1, że w jego ocenie szef MON Mariusz Błaszczak (w partii wiceprezes) z "całą pewnością zastąpi go znakomicie". I dodał: - Sądzę też, chociaż to nie jest jeszcze ten moment, w którym mogę to publicznie ogłaszać, że Mariusz Błaszczak zastąpi mnie pod każdym względem, także jeżeli chodzi o wszystkie funkcje - dodał. A Holecka nie dociekała, o jakie konkretnie funkcje chodzi.

Słowa Kaczyńskiego od razu wywołały falę publikacji i domysłów. O co jednak chodziło prezesowi PiS? O to, żeby wszyscy dociekali, o co mu chodziło. Z jego słów wynika, co oczywiste, że Błaszczak już teraz przejmuje po prezesie fotel wicepremiera ds. bezpieczeństwa (niespecjalnie istotny), a w przyszłości także fotel prezesa Prawa i Sprawiedliwości - a to politycznie byłaby bomba.

Jarosław Kaczyński podczas konwencji swojej partii w Sochaczewie, 8 czerwca 2022 r.Kaczyński w rządzie miał trzy cele. Dziś ściga się z czasem o miejsce w historii

Bomby póki co nie ma, ale z pewnością słowa Kaczyńskiego budują pozycję Błaszczaka - najwierniejszego z wiernych partyjnego druha prezesa. Przekaz jest taki: oto jest delfin - następca Kaczyńskiego. Tu warto dodać, że delfinów było już sporo, a niektórzy są już nawet poza PiS. Co jednak wzmacnia Błaszczaka, to osłabia Morawieckiego - dyżurnego delfina.

Kaczyński został wybrany na prezesa PiS - po raz kolejny - w 2021 r. I sam mówił, że to na pewno będzie jego ostatnia kadencja w tym fotelu. Podkreślał też, że wiek kanoniczny w Kościele to 75 lat i "to wystarczy" także jemu w polityce. - Ale to nie oznacza, że będę w polityce do tego wieku. Może odejdę wcześniej - podkreślał. 75 lat prezes PiS osiągnie w czerwcu 2024 r. Do deklaracji, że prezes coś zrobi "na pewno" nie można się przywiązywać. Niemniej jego odejście na emeryturę jest na horyzoncie.

Wcześniej do roli następcy przymierzał Mateusza Morawieckiego. Gdy dziś więc Kaczyński prorokuje, że to Błaszczak może być prezesem PiS, podkopuje pozycję premiera. Na schedę po prezesie ma przecież nadzieję dzisiejszy wiceprezes Mateusz Morawiecki.

Jak słyszymy w obozie rządzącym, główną motywacją prezesa PiS, gdy mówił o Błaszczaku jako swoim następcy, miało być to, aby publicznie, choć nie wprost, ukarać Mateusza Morawieckiego. A za co? Za to, że centrala PiS zwyczajnie nie znała "kamieni milowych" powiązanych z Krajowym Planem Odbudowy. A te wywołały niemałe poruszenie, czy wręcz szok w PiS. Zaskoczeniem Solidarnej Polski nikt się nie przejmuje, ale początkowo z niedowierzaniem te "kamienie milowe" przyjęto w samym PiS i to nie mogło zostać bez ciągu dalszego.

Polski KPO (potencjalnie nawet 36 mld euro grantów i tanich pożyczek) został zaakceptowany przez Komisję Europejską na początku czerwca. Ale za cenę 116 "kamieni milowych", które Polska musi wypełnić, by pieniądze uzyskać. Wśród nich np. wyższe opłaty za samochody spalinowe, ozusowanie wszystkich umów cywilnoprawnych, zmiany w regulaminach Sejmu i Senatu, a także elementy równościowe w procesach przyznawania grantów.

"Kamienie milowe" znalazły się w załączniku do decyzji Komisji Europejskiej o akceptacji KPO. Gdy ten załącznik opublikowano politycy tak w PiS jak i Solidarnej Polsce otwierali oczy ze zdumienia. Wiedza o tym, na jakie warunki godzi się rząd miała jedynie wąska grupa ludzi wokół premiera, a negocjatorami byli minister rozwoju Waldemar Buda i minister funduszy europejskich Grzegorz Puda.

Zgoda obozu premiera na takie "kamienie milowe" - ponad likwidację Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i stworzenie ścieżki odwoławczej dla niepokornych sędziów od jej decyzji - była szokiem w obozie rządzącym.

Jak słyszymy, po dyskusjach na PKP - czyli prezydium Komitetu Politycznego PiS, które jest bardzo wąskim kręgiem władz partii - smagano premiera zwłaszcza za utrzymywanie w tajemnicy "kamieni milowych".

- W czasie PKP premier był potwornie krytykowany za to, że w centrali nic nie wiedzieli, co jest w "kamieniach milowych" uzgodnionych z Komisją Europejską - mówi nasz informator.

Potem PiS zaczęło się od tych "kamieni" odcinać i je bagatelizować uznając za tak plastyczne, że np. żadnych dodatkowych obciążeń za auta spalinowe nie będzie, a jedynie ulgi dla posiadaczy elektryków.

Marek Suski poszedł do mediów z przekazem Nowogrodzkiej i mówił, że on - czyli twardy PiS - głosował za miliardami euro dla Polski, a nie był za żadnym aneksem z "kamieniami milowymi", które warunkują przelanie pieniędzy. A w ogóle to wedle Suskiego żadne warunki, a jedynie sugestie Brukseli. Później bił w UE porównując ją do Józefa Stalina.

A potem do TVP poszedł Jarosław Kaczyński i prorokował Błaszczakowi, czyli twardemu PiS-owcowi, fotel prezesa PiS. Mateusz Morawiecki, słyszymy w obozie rządzącym wyjaśnienie, nie może zostać zmieniony na innego premiera, więc prezes PiS dopiekł mu inaczej sugerując, że partię przejmie Błaszczak.

- To byłą kara dla Morawieckiego za to, że on i jego ludzie nie powiedzieli, jakie są kamienie milowe, na które się godzą w Brukseli - podkreśla nasz rozmówca.

Więcej o: