Kaczyński wchodząc do rządu miał trzy cele. Teraz ściga się z czasem o miejsce w historii

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński nie chciał iść do rządu, ale musiał. Celem nr 1 było wyciszenie batalii Mateusza Morawieckiego i Zbigniewa Ziobry. Skoro PiS nadal jest u władzy, to może mówić o pewnym sukcesie. Miał też cel nr 2: napisanie ustawy o obronie ojczyzny - tę Sejm przyjął bez głosu sprzeciwu. A cel nr 3? Odejść z rządu tak wcześnie, by zdążyć ogarnąć partiię przed kampanią i siegnąć po historyczną, trzecią z rzędu wygraną w wyborach do Sejmu.
Zobacz wideo Kaczyński o Ustawie o obronie ojczyzny. "Rosja jest w stanie użyć siły dla realizacji swoich interesów"

Wicepremiera ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński odchodząc z funkcji wicepremiera pokazuje nam swoim zachowaniem, choć sam tego pewnie by tak nie ujął: Polskę już uratowałem, teraz czas na poważniejsze rzeczy - na uratowanie mojej partii.

A na serio już mówiąc, to Jarosław Kaczyński oczywiście ojczyzny nie uratował, a czy choć swoją partię, to jeszcze nie wiadomo. Z pewnością jednak dla prezesa PiS od zawsze najważniejsza jest jego partia - najpierw Porozumienie Centrum, a od 21 lat Prawo i Sprawiedliwość.

Więcej o rządach PiS przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

Bo bez partii nie może mieć władzy w Polsce. W rządzie zawsze ktoś inny - a nie on osobiście - może być i wypełniać wolę prezesa: albo partyjni druhowie, ale najemnicy z rynku. Ale partia? Otóż partia to zbyt poważna rzecz, by powierzać ją komuś innemu. Jedynie brat, śp. prezydent Lech Kaczyński, był godny piastowania funkcji prezesa PiS (od 2001 do 2003), ale nikt inny już nie.

Czy prezesowie udała się 20-miesieczna misja w rządzie? Po kolei.

Obóz rządzący cały czas jest wstrząsany batalią Morawieckiego i Ziobry. I to się nie zmieniło: front wciąż przebiega przez rząd. Cel nr 1 nie został w pełni osiągnięty przez wicepremiera Kaczyńskiego. Ale też de facto nie mógł zostać osiągnięty w 100 proc. Bo premiera i ministra sprawiedliwości łączy osobista nienawiść. Obaj mają też ambicję, by być liderem obozu prawicy, gdy Kaczyński przechodził będzie na polityczną emeryturę. Ponadto Ziobro jest prawicowym jastrzębiem, a Morawiecki to przy nim proeuropejski gołąbek.

Konflikt Morawiecki - Ziobro był i nadal jest śmiertelnie groźny dla obozu rządzącego, nawet jeśli momentami wygląda komicznie, bo panowie okładają się śliwowicą łącką (bimbrem) czy wyzwiskami jak "miękiszon" czy zarzucają wzajemnie kłamstwa (osobiście lub przez pośredników). Niemniej, skoro konflikt jest śmiertelnym ryzykiem, a obóz rządzący do tej pory nie wyleciał jeszcze w powietrze, to można uznać to za pewien sukces Kaczyńskiego. Ba, obóz PiS mimo tej wewnętrznej wojny i naturalnego procesu gnicia władzy zachowuje - wedle sondaży - szansę na kolejną wygraną w wyborach, choć o to będzie oczywiście bardzo trudno.

Aby rządu PiS nie strawił konflikt ministra i premiera, Kaczyński - to trywialna rzeczy - zajął gabinet na tym samym piętrze co Morawiecki i gościł premiera u siebie niemal codziennie, gdy tylko obaj byli w budynku.

Ale Kaczyński nie chciał być w rządzie tylko dla ratowania rządu. Chciał być też ojcem ustawy o obronie ojczyzny - opasłej ustawy na ciężkie czasy. Ta legislacyjna cegła - choć brzmi patetycznie, ale w takich kategoriach myśli prezes PiS - ma gwarantować trwanie niepodległej Polski. Bo zwiększa wydatki na armię do 3 proc. PKB, a nawet dowolnie pozwala zwiększać tę kwotę przez obligacje, a liczbę żołnierzy do 300 tys. Ustawa ta zastąpiła masę innych - drobniejszych. Kaczyński chciał, aby była to jego spuścizna jako "wice". I ten cel osiągnął, bo Sejm - bez nawet jednego głosu sprzeciwu, czyli również głosami opozycji do czego nawoływał szef PO Donald Tusk - uchwalił w kwietniu tę ustawę. Pomniejszą jest ustawa o budowie muru na granicy z Białorusią - mimo krytyki ze strony Platformy Obywatelskiej, że zamiast wielkiego muru będzie wielki wał, mur jednak powstał, co prezes PiS może zaliczyć na swoje konto.

- Moim celem wejścia do rządu było przygotowanie ustawy o obronie ojczyzny. Misja została zrealizowana - przekonywał w "Gazecie Polskiej". Jak mówią nasi rozmówcy z PiS, na serio prezes PiS był mocno zaangażowany w pisanie projektu.

- Zapadły te najważniejsze decyzje odnoszące się do tego, by Polska uniknęła bardzo trudnego losu. Chcemy się na tyle zbroić, aby ewentualny atak na nasz kraj był całkowicie nieracjonalnym przedsięwzięciem - mówił prezes PiS dla PAP. Mówi więc tyle, że uchronił Polskę przed losem Ukrainy.

O tym trzeba wspomnieć: fascynacja siłą państwa i łatwość w sięganiu po nią o mało nie doprowadziłoby Kaczyńskiego do autodestrukcji własnej władzy. Prezes PiS ledwo się bowiem w 2020 r. wprowadził do gabinetu wicepremiera ds. bezpieczeństwa, a już chciał za pomocą wojska rozpędzać ludzi protestujących - głównie kobiety - przeciwko zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego po decyzji Trybunału Konstytucyjnego. Wówczas inni ministrowie postawili weto i pałowała już tylko policja, a nie żołnierze.

Prezes PiS zostawia odcinek bezpieczeństwa swojemu człowiekowi - Mariuszowi Błaszczakowi. Szef MON ma zostać wicepremierem. Nie tylko dlatego, żeby dowieść, że stanowisko to było potrzebne, ale także dlatego, że Błaszczak jest do szpiku kości człowiekiem prezesa. A budowanie pozycji Błaszczaka jest dla Kaczyńskiego potrzebne, bo wtedy Mateusz Morawiecki nie jest bezalternatywny.

Przy okazji awansowany na ministra ma być Zbigniew Hoffmann - dotychczas wiceszef KPRM - który na co dzień ma zawiadywać komitetem ds. bezpieczeństwa. Hoffmann jest wiernym druhem Kaczyńskiego, sprawdzonym "zakonnikiem PC". Hoffmann i jego szef Michał Dworczyk (szef KPRM i człowiek Morawieckiego) to skonfliktowani rywale. Hoffmann jest zresztą głównym kandydatem do zastąpienia Dworczyka, gdyby w przyszłości prezes PiS zdecydował się na odcięcie Morawieckiemu prawej ręki, czyli na dymisję Dworczyka.

Przejdźmy do tego co dla prezesa PiS najważniejsze: partia i kolejne wybory. - Muszę zająć się sprawami partii. Skoncentruję się na przygotowaniu kampanii wyborczej. Bo przyszłoroczne wybory są niezwykle ważne. Szczególnie ważne. I nie dla naszej partii, ale po prostu dla Polski - mówi teraz prezes PiS. A że jest to ostatni gwizdek na ogarnięcie partii przed wyborami 2023 r., to widać po ordynowanych PiS-owi zmianach: zmianie struktury i wykoszeniu regionalnych baronów. Pospieszne - mimo wciąż obecności w rządzie - zmiany w partii to dla Kaczyńskiego ściganie się z czasem. I od tego wyścigu zależy, jak prezes PiS przejdzie do historii - pokonany przez Donalda Tuska, czy jedyny potrójny zwycięzca?

Partia to często bagno konfliktów wewnętrznych, działacze o dużych apetytach na fuchy i pieniądze, a do pracy już nie są zrywni. Tymczasem to partia jest wehikułem, który pozwala być w polityce. To partia ma wygrać Kaczyńskiemu trzecią kadencję - najdłuższą władzę w historii III RP. To partia ma dać mu możliwość przeorać tę III RP dogłębnie.

Więcej o: