"Jak III wojna", "stworzono legendę", "zobaczyłem ofiarę ojcobójcy", "z flaszką do generała?". "Noc teczek" oczami uczestników

Jacek Gądek

Aleksander Kwaśniewski, wówczas szef klubu SLD: zobaczyłem Chrzanowskiego, ofiarę ojcobójcy

Adam Michnik i przedstawiciel komunistów Aleksander Kwaśniewski - w Sejmie 04.07.1989Adam Michnik i przedstawiciel komunistów Aleksander Kwaśniewski - w Sejmie 04.07.1989 Fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Wyborcza.pl

Aleksander Kwaśniewski mówi Gazeta.pl: - Tuż przed 4 czerwca 1992 r. byłem z delegacją polskiego parlamentu w Australii. Delegacja ta była reprezentatywna, a przewodniczył jej marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski z ZChN. Gdy się dowiedzieliśmy - a nie był to jeszcze czas rozwiniętych mediów - o akcji Janusza Korwin-Mikkego z teczkami, to nie wzbudziło to większego zainteresowania. Gdy już wracaliśmy i byliśmy na lotnisku w Warszawie, to Chrzanowskiego, co wcześniej się nie zdarzało, witał osobiście szef MSW i zarazem wiceprezes ZChN Antoni Macierewicz, który wykonywał uchwałę zaproponowaną przez Korwina-Mikkego i przyjętą przez Sejm. 

Następnego dnia w Sejmie jako szef klubu SLD dostałem do rąk teczkę z nazwiskami osób wskazanych przez Macierewicza jako domniemani współpracownicy służb PRL. Poprosiłem, aby w starym domu poselskim znaleziono mi pokój i zacząłem po kolei rozmawiać z posłami lewicy, którzy byli na tej liście. Pytałem wprost, czy ktoś był agentem, więc były to dramatyczne, czasami histeryczne rozmowy. Na jedenaście osób tylko dwie przyznały, że ich współpraca ze służbami faktycznie miała miejsce. W przypadku reszty były to sytuacje wątpliwe albo oskarżenie było niesprawiedliwe. Pierwszy wniosek był więc taki, że lista Macierewicza jest polityczna, a do niego nie można mieć zaufania. Lustrację oczywiście należało przeprowadzić, ale w rozsądny sposób, a nie tak jak to zrobił Macierewicz.

Późnym wieczorem tego dnia poszedłem do Wiesława Chrzanowskiego. Pamiętam, że gdy wszedłem do gabinetu marszałkowskiego, to światła były przyciemnione. Zobaczyłem marszałka - wyglądał na człowieka załamanego, ofiarę ojcobójcy, bo był przecież mentorem Macierewicza. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem, że marszałek znalazł się na drugiej liście Macierewicza, na której był tylko Chrzanowski i Lech Wałęsa.

Niewiele późniejsze odwołanie rządu Jana Olszewskiego miało sens, bo był to rząd słaby. Ponadto wielu ludzi w tym też Lech Wałęsa, a znali oni Macierewicza od lat, miało prawo przewidywać, że wszystko to jest rodzajem zamachu, który ma zdezawuować jedną część ludzi "Solidarności", a drugą ich część wynieść do władzy.

Epizodyczna współpraca młodego wówczas Lecha Wałęsy z SB na początku lat 70. moim zdaniem nie miała znaczenia dla jego zachowania w 1992 r. i domagania się jak najszybszej dymisji Olszewskiego. Obserwowałem Wałęsę także wcześniej, bo byliśmy po przeciwnych stronach Okrągłego Stołu i na wszystkich spotkaniach w Magdalence. Nigdy nie odniosłem wrażenia, że jest zależny o kogokolwiek i czegokolwiek. Podobnie też widząc gen. Czesława Kiszczaka nie miałem wrażenia, że ma coś na Wałęsę. Moim zdaniem zarzuty wobec Wałęsy, że był sterowany przez służby, są fałszywe, a powtarzane są po to, aby zniszczyć jego legendę.

Jan Olszewski swoje wystąpienie zakończył stwierdzeniem, że walka idzie o to, czyja będzie Polska. Myślę, że to właśnie jest odpowiedź na pytanie, o co chodziło 4 czerwca 1992 r.: walka szła właśnie o to, czyja będzie Polska. Sam jestem przeciwko takiej optyce, bo Polska nie powinna być ani ich, ani nasza, bo powinna być wspólnotą. Ta walka pomiędzy dwoma środowiskami postsolidarnościowymi toczy się zresztą do dziś, a teczki były w niej używane jako broń. Noc teczek w spektakularny sposób pokazała, jak głęboki jest spór w obozie postsolidarnościowym.

.. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Jan Parys, wówczas minister obrony narodowej: premier pytał, czy ludzie u władzy są niezależni, czy pod wpływem Rosji

Jan Parys mówi Gazeta.pl: Zapamiętałem przemówienie premiera Jana Olszewskiego na nocnym posiedzeniu Sejmu jako głos wyjątkowo ważny. Zadał on wówczas pytanie: "czyja będzie Polska?". Oczywiście nie chodziło mu o to, kto personalnie ma sprawować władzę w kancelarii premiera. Premier pytał, czy ludzie będący u władzy w Polsce są niezależni, czy też są uzależnieni od służb komunistycznych, a w ten sposób też od Rosji. Pytanie to było fundamentalne, choć znikało w histerycznej atmosferze, jaka panowała po tym, gdy szef MSW Antoni Macierewicz na polecenie Sejmu dostarczył klubom poselskim listę osób zarejestrowanych przez SB jako współpracownicy. 

Ale największe wrażenie robiły na mnie jednak sceny z 4 czerwca 1992 r., które dopiero po paru latach zobaczyliśmy w filmie "Nocna Zmiana" Jacka Kurskiego. Widzimy tam naradę polityków, którzy chcą zmienić rząd i liczą swoje głosy. Nie mam pretensji, że ktoś chce przejąć władze, bo taka jest natura demokracji, ale uderzył mnie sposób i poziom tej rozmowy. Nie padło tam ani jedno zdanie o Polsce, o racji stanu, a była mowa jedynie o przejęciu władzy - nie przypominało to rozmowy polityków, ale złodziei w melinie.

Sam 4 czerwca 1992 r. był epilogiem wydarzeń, które działy się wcześniej - można je nazwać dzieleniem się obozu solidarnościowego. Proszę pamiętać, że Lech Wałęsa 22 maja był w Moskwie i podpisywał traktat oraz umowę o wycofaniu rosyjskich żołnierzy z Polski. Dostał wtedy depeszę od Jana Olszewskiego. Premier żądał, by wykreślić zapis o polsko-rosyjskich spółkach, na które Wałęsa chciał się zgodzić, w miejsce rosyjskich jednostek wojskowych. Wałęsa wykonał polecenie premiera, bo miał świadomość, że prezydent działa w polityce zagranicznej jedynie z upoważnienia rządu. Podpis bez zgody premiera byłby nieważny i wybuchłby skandal. Wałęsa wykreślił spółki z umowy. Gdy wrócił do Polski,  mógł ogłosić swój wielki sukces, a on zrobił coś zupełnie innego. Był wściekły i mówił, że premier go poniżył przed Rosjanami. Zamiast cieszyć się, że Polska uniknęła rosyjskiej pułapki, wystąpił jako obrońca uzależnienia kraju od Rosji. Powiedział też od razu po powrocie, że wycofuje poparcie dla rządu, a 29 maja opozycja zaczęła wnioskować o wotum nieufności wobec rządu. Zatem stosunek do Rosji i do SB bardzo różnił rząd Olszewskiego z prezydentem Wałęsą i z opozycją sejmową. A realizacja uchwały lustracyjnej była już ostatnim aktem sporu. Decyzja o obaleniu rządu była podjęta po stronie opozycji, zanim ujawniono listę Macierewicza. 

Sam Lech Wałęsa od pierwszego dnia urzędowania w Belwederze wiedział, że strona komunistyczna ma na niego papiery. Jeden z moich przyjaciół wieczorem w dniu zaprzysiężenia Wałęsy miał z nim spotkanie. Wałęsa powiedział: - Zejdźmy gdzieś dalej. Zeszli do piwnicy w Belwederze. Wałęsa zapytał: - Czy na ciebie coś mają? - Nie, na mnie nic nie mają. - A na mnie mają - odparł Wałęsa. Prezydent miał świadomość, że może być kontrolowany, zresztą chyba nie przypadkiem otoczył się ludźmi, z których wielu było powiązanych ze służbami.

Podział, który ujawnił się przy okazji lustracji, w rzeczywistości dotyczył miejsca Polski w Europie, szło o inne podejście do suwerenności, do Rosji i do NATO. Przypomnę tylko, że gdy sam w kwaterze NATO mówiłem o woli współpracy z Paktem, to Wałęsa mówił w Bundestagu o tworzeniu NATO-bis. Rząd Olszewskiego chciał budować państwo suwerenne, które dziś w ramach Unii Europejskiej realizowałoby polskie interesy. Druga strona z kolei wolałaby, aby nasze państwo w Unii się rozpłynęło. 

Antoni Macierewicz, ówczesny szef MSW: bezpośrednim powodem odwołania rządu było zablokowania baz sowieckich przez Rosjan

Antoni Macierewicz, z którym Gazeta.pl się skontaktowała, powiedział nam jedynie "dzień dobry" i "do widzenia".

Wcześniej Antoni Macierewicz mówił tak: "Nie ma wątpliwości, że program gospodarczy rządu Jana Olszewskiego, zwłaszcza związany z zablokowaniem rozkradania majątku narodowego, z wprowadzeniem cen minimalnych na płody rolne, to było główną przyczyną tego, że establishment okrągłego stołu postanowił obalić rząd Olszewskiego. Bezpośrednim powodem odwołania rządu była nie tyle lustracja, ile fakt zablokowania przejęcia dawnych baz sowieckich przez spółki rosyjskie, głównie kierowane jednak przez ludzi z KGB i GRU. Obalenie rządu było przesądzone 26 maja, wtedy gdy Lech Wałęsa wezwał opozycję do odwołania rządu. To było na dwa dni przed przyjęciem uchwały lustracyjnej".

.KUBA ATYS

Jan Olszewski, wówczas premier: jako pretekst do mojego odwołania posłużyła tzw. lista Macierewicza

Ze zmarłym w 2019 r. Janem Olszewskim Gazeta.pl rozmawiała w 25. rocznicę "nocy teczek". Nieżyjący już premier mówił nam wtedy: "Jeszcze przed 'nocną zmianą' był tworzony klimat, który miał uzasadniać obalenie rządu. Uczestniczyła w tym także prasa. Była mowa o rzekomych pożarach wokół Warszawy i ostrym pogotowiu w jednostkach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Dziwne i śmieszne rzeczy".

W Polskim Radiu Jan Olszewski mówił z kolei: "Podjęliśmy wyzwanie i odpowiedzieliśmy na nagle zgłoszoną przez Korwina-Mikke uchwałę lustracyjną. To w pewnym sensie krzyżowało nasze plany lustracji. Minister Macierewicz podjął to wyzwanie i próbowaliśmy zrobić, co było można w tych warunkach. Skończyło się to upadkiem rządu".

A w "Gazecie Polskiej" tak: "Jako pretekst do mojego odwołania posłużyła tzw. lista Macierewicza. Jednak upadek mojego rządu był podyktowany de facto innymi czynnikami. Stały za tym przede wszystkim pieniądze. Chodziło o podział majątku, który został po PRL-u. On był "jeszcze do wzięcia", gdy ja byłem premierem. W ramach procesu transformacji grupy interesu chciały się zabezpieczyć. I to właśnie nastąpiło".

O skutkach "nocy teczek": "Przez następne ćwierć wieku [wywiad był przed 5 laty - red.] temat lustracji nie mógł być zdjęty z porządku dziennego".

A o Lechu Wałęsie: "Wcześniej (przed 'nocą teczek' - red.) różnie mówiono, że Lech Wałęsa miał jakieś kontakty z SB. Istniało domniemanie, że był młodym robotnikiem, dość bezradnym wobec praktyk władz PRL. Traktowałem to z dobrodziejstwem inwentarza - do momentu, gdy po objęciu urzędu dowiedziałem się szczegółów jego kontaktów z SB. Z góry nie mógłbym zakładać, że Wałęsa wszystkiego się wyprze. Zakładałem przecież, że ludzie powinni reagować dość racjonalnie".

.SŁAWOMIR KAMIŃSKI

Władysław Frasyniuk, wówczas poseł Unii Demokratycznej: Balazs chciał iść z flaszką do generała

Moje życie koncentrowało się w hotelu i sali sejmowej, które to miejsca łączyło podziemne przejście. Chodziłem tym korytarzem pod ziemią i przez kilka dni nawet nie wiedziałem, jaka jest pogoda. Żyłem teczkami. Poziom napięcia był wtedy taki, jakby miała wybuchnąć III wojna światowa, a ilość dyskusji i różnych propozycji była ogromna. Artur Balazs przyszedł do mnie i powiedział: - Weźmiemy flaszkę i pójdziemy do pewnego generała, żeby nam wyjaśnił, co w tych teczkach jest. Odpowiedziałem: - Ale jak? Przecież nawet nie znam tego generała. Gdy przyszły koperty z nazwiskami osób, które wedle Antoniego Macierewicza miały współpracować z SB, prof. Bronisław Geremek drżącym głosem zapytał: - Otwierać, czy nie otwierać? Pamiętam, co odpowiedziałem: - Oczywiście, że otwierać! Przecież cały Sejm tym żyje.

Gdy wszystko się skończyło i wyszedłem z Sejmu, to okazało się, że świat wygląda inaczej, niż mi się wydawało. Pierwsze komentarze ludzi na ulicach i tych, którzy przychodzili do mojego biura poselskiego, były takie, że przecież nikt nie żyje teczkami, bo to wydarzenie wykreowane w Sejmie. Tymczasem mi "noc teczek" wydawała się najważniejszym wydarzeniem, jakie przeżyłem w Sejmie. A późniejszy upadek rządu Jana Olszewskiego? Gdy Sejm przegłosowywał jego dymisję, to na sali sejmowej nie było nawet połowy napięcia, co przy teczkach - ot kolejne wydarzenie polityczne.

Później wykreowana waga odwołania Jana Olszewskiego to dzieło tych polityków, którzy czuli się skrzywdzeni. Obecna ekipa rządząca wciąż odwołuje się do tego mitu. Noc teczek pozostawiła piętno na polskiej polityce, a same teczki do dziś są w niej skutecznym narzędziem.

.PRZEMEK WIERZCHOWSKI

Prof. Ryszard Bugaj, wówczas poseł Unii Pracy: byłem "za", by nikt mnie nie oskarżał

Dwa razy zetknąłem się z SB. W 1968 r. obiecywano mi, że będę siedział, a przesłuchiwał mnie gość chory z antysemityzmu. Po szantażach powiedział: "Ma pan szczęście, szef postanowił jeszcze raz panu darować, ale niech pan nie trzyma z tymi Żydami". Drugi kontakt był w czasie internowań - esbecy składali wówczas propozycje współpracy, co wyglądało po prostu śmieszne. Osobiście nie miałem więc przekonania, by SB była mocarstwem. Gdy w 1992 r. Janusz Korwin-Mikke złożył wniosek o stworzenie listy agentów, byłem zaskoczony. Głosowałem "za" z pobudek oportunistycznych: by nikt mnie nie oskarżał, że mam problem lustracyjny. Samo głosowanie nad uchwałą ws. listy agentów wzbudziło duże emocje, ale przeszła. Nie miałem przekonania, że lustracja należy do priorytetów. Potem, też to przyznaję, zrewidowałem swój pogląd, uznając, że lustracja jest ważniejsza, niż wcześniej sądziłem.

Byłem wtedy szefem koła poselskiego, dostałem więc potem tę listę. Dobrze pamiętam pewną scenę. Jeden z polityków mnie zatrzymał i powiedział: "Pokaż mi, czy ja na tej liście jestem". Jak mu pokazałem, to stwierdził: "No tak, przypuszczałem, że mnie tam umieszczą". Sądzę, że dokumentacja była wątpliwa i to dlatego pytał. Do dziś mam dobre zdanie o tym człowieku - miał jakieś kontakty, które miały zabarwienie związane z SB, ale kontakty te miał głównie na poziomie politycznym i działał w dobrej wierze.

Po "nocy teczek" głosowałem też za odwołaniem premiera Jana Olszewskiego. Ale nie z powodu teczek - byłem poza „sejmowym spiskiem" przeciwko premierowi. Byłem bowiem zniecierpliwiony działaniami rządu ws. społecznych i gospodarczych. Rząd Olszewskiego miał być odwrotem od ortodoksji liberalnej, a miał ministra finansów Andrzeja Olechowskiego, który był liberałem zapiętym na wszystkie guziki, i taką też politykę.

Pierwszy raz z oskarżeniami Lecha Wałęsy o współpracę z SB spotkałem się w 1981 r. na zjeździe Solidarności. Całkowicie je zlekceważyłem, uznając, że przepychanki w gdańskich środowisku, uznając, że prawdopodobieństwo, że się uwikłał w coś istotnego, było zerowe. Potem jednak doszedłem do wniosku, że jednak wdepnął, ale nie odegrało to złowrogiej roli.

"Noc teczek" i odwołanie rządu Jana Olszewskiego to mit założycielski obozu prawicy. Mit ten co prawda blednie, ale przed laty był ważniejszy. Wskazanie Lecha Wałęsy jako TW "Bolka" miała znaczenie, ale dla wewnętrznych przepychanek w obrębie obozu postsolidarnościowym. Nie sądzę, aby historia potoczyła się zupełnie inaczej, gdyby nie było "nocy teczek". A to dlatego, że mechanizmy demokracji były już wtedy szeroko akceptowalne.

Sejm I kadencjiSejm I kadencji Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Prof. Aleksander Hall: to, że na liście znalazł się Lech Wałęsa, nie było dla mnie szokiem

To był taki dzień, który się zapamiętuje. Mam w pamięci moment odczytywania przez szefa klubu Unii Demokratycznej prof. Bronisława Geremka listy osób podejrzanych o współpracę z SB. Pamiętam płacz posłanki Grażyny Staniszewskiej, ciężko skrzywdzonej oskarżeniem, i Jacka Kuronia, który ją obejmował, by pocieszyć i ukoić jej ból. Tego dnia odwiedziłem marszałka Wiesława Chrzanowskiego, umieszczonego na na liście. Chciałem dać wyraz solidarności z człowiekiem, który odegrał ważną rolę w moim życiu. Został bardzo skrzywdzony umieszczeniem na liście Macierewicza, w powszechnym odczuciu uchodzącej za listę agentów.

Szokiem nie było dla mnie to, że na liście znalazł się Lech Wałęsa. Oczywiście wtedy nie znałem szczegółów, ale wiedziałem, że Wałęsa po grudniu 1970 r. - albo z przyczyn taktycznych, albo sądząc, że wykiwa SB, albo uznając, że sytuacja jest beznadziejna - ugiął się i poszedł na współpracę z SB. Chcę jednak wyraźnie powiedzieć, że tak wówczas, jak i teraz jestem przekonany, że Lech Wałęsa, który zerwał te uwikłania i podjął działalność opozycyjną, przewodził strajkowi sierpniowemu, "Solidarności" i nie dał się złamać w stanie wojennym, po wielokroć odpracował błąd z młodości i zasłużenie zajmuje miejsce w galerii wielkich Polaków.

Doskonale pamiętam debatę nad odwołaniem rządu premiera Jana Olszewskiego. W tym mowę Olszewskiego, w której padły słowa "czyja będzie Polska?". Głosowałem z przekonaniem za odwołaniem rządu Olszewskiego, ale już wtedy wiedziałem, że okoliczności, które temu towarzyszyły, będą sprzyjać legendzie "nocy teczek". Uznawałem, więc, że błędne jest przyspieszanie głosowania nad odwołaniem rządu, na co nalegał Lech Wałęsa, skoro następnego dnia ten punkt był w porządku obrad. Emocje były bardzo duże i szerzyły się plotki, że przygotowywane są siłowe rozwiązania, bo rzekomo w stan gotowości postawiono Jednostki Nadwiślańskie.

Są w polskiej historii po 1989 r. momenty, które wywarły silniejszy wpływ na podziały społeczne i polityczne niż 4 czerwca 1992 r. Porównywalny z "nocą teczek" był podział w obozie solidarnościowym, który ujawnił się w 1990 r. Niewątpliwie noc odwołania Jan Olszewskiego przyczyniła się do stworzenia legendy jego rządu, jako pierwszego prawdziwie demokratycznego i niepodległościowego, który padł ofiarą spisku komunistycznych agentów - ten mit był i wciąż jest politycznie eksploatowany. Tymczasem rząd Olszewskiego był skazany na upadek, bo był nieudolny, nie miał większości w Sejmie i nawet jej nie szukał, a z prezydentem wojował. Lepiej by się stało, gdyby otrzymał wotum nieufności w normalnym trybie. Wówczas miałem świadomość, że noc jego odwołania nie ma pozytywnego bohatera, a podziały w obozie solidarnościowym pogłębią się.

Jeśli miałbym jednak powiedzieć o jakimś pozytywie, to po 4 czerwca 1992 r. niemożliwe było już dalsze ignorowanie potrzeby przeprowadzenia cywilizowanej lustracji, bo faktycznie była ona niezbędna, co stało się w końcu możliwe dzięki ustawie uchwalonej w 1997 r.

Więcej o: