Kaczyński pieczętuje tezę o zamachu. Lepszego momentu na to nie było, choć dowodów brak

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński nie ma zaufania do Antoniego Macierewicza, ale wskazuje na jego raport jako źródło przekonania, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Prezes PiS oczekuje połączenia raportu Macierewicza z ustaleniami prokuratury, choć śledczy wcale nie mówią o wybuchach. Sprzeczności są oczywiste, ale mimo tego kontekst wojny w Ukrainie sprawia, że to najlepszy dla Kaczyńskiego czas, by przypieczętować tezę o zamachu jako obowiązującą.
Zobacz wideo 10 kwietnia 2010 r. Dzień, który wstrząsnął Polską

I prezes PiS to czyni. - Nie mamy żadnej wątpliwości, że w Smoleńsku był zamach - mówi więc. - Od zawsze miał takie przekonanie. Teraz jest o to pytany, więc odpowiada - słyszymy w otoczeniu Kaczyńskiego. By postawił sprawę tak jasno, musiała się zmienić atmosfera wokół Rosji, a nie zaś nowe ustalenia Macierewicza i prokuratury.

W obozie PiS i wśród rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej jest niemal jednomyślność, że Macierewicz totalnie spartaczył wyjaśnianie 10 kwietnia 2010 r. - To było wieloletnie błądzenie wokół wyjaśniania katastrofy. Były spory i emocje. To miało prawo irytować - mówi polityk PiS.

Więcej o katastrofie smoleńskiej przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl

Macierewiczowi nie wierzą ani rodziny smoleńskie, ani sam prezes PiS, ani przygniatająca większość parlamentarzystów tego obozu. Kaczyński przez ostatnich parę lat usunął więc Macierewicza w cień, a prace podkomisji dezawuował, mówiąc jak w 2018 r., że gremium to ma na koncie "różne hipotezy - potwierdzone i niepotwierdzone" i takież same eksperymenty - udane i nieudane. Do kosza kolejnych raportów Macierewicza nie mógł wyrzucić, bo to by oznaczało, że sam popełnił błąd, powierzając mu misję wyjaśniania katastrofy.

Na Nowogrodzką pielgrzymowały lub apelowały publicznie rodziny smoleńskie i prosiły prezesa PiS, aby odebrał Macierewiczowi badanie katastrofy. Ale nic z tego. Szef Podkomisji Smoleńskiej doprowadził do usunięcia z Podkomisji tych członków, którzy go krytykowali i przeforsował przyjęcie raportu końcowego. Wnioski z niego są takie, że Tu-154M eksplodował w powietrzu.

Macierewicz miał obowiązek przekazać raport szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi. MON nie chce odpowiadać na pytania, czy raport trafił na biurko ministra. Kolejne raporty Macierewicza i Podkomisja były w MON-ie powodem do wstydu. Raport pisali bowiem amatorzy, a nie specjaliści od katastrof lotniczych. Podkomisja kosztowała w sumie 25 mln zł.

Wojna w Ukrainie wiele jednak zmieniła. Patrząc na zbrodnie Władimira Putina, widzimy terroryzm państwowy, jaki Rosja sieje - to sprawia, że społeczny odbiór tez zamachowych ws. katastrofy smoleńskiej może być inny. Skoro Putin na naszych oczach morduje tysiące ludzi i chciał zgładzić prezydenta Ukrainy, to byłby też gotów zamordować prezydenta Lecha Kaczyńskiego i 95 innych osób lecących 10 kwietnia 2010 r. do Katynia. Byłby gotów, ale raport Macierewicza w rzeczywistości nie dostarcza dowodów na to, że do zamachu doszło. Co ciekawe, w samym PiS nie brakuje polityków, którzy raportów Macierewicza wolą nie znać, bo nie uznają go tu za wiarygodnego, nawet jeśli cenią go za inne rzeczy.

Także zespół śledczy nr 1 w Prokuraturze Krajowej, który już siódmy rok prowadzi własne śledztwo ws. katastrofy, też nie formułuje wniosku, że do zamachu doszło. Prokuratorzy po dojściu PiS do władzy, wyrzucili do kosza opinię stworzoną pod wodzą płk. Antoniego Milkiewicza - guru polskich badaczy katastrof - która tezę o zamachu wykluczała. Opinia ta potwierdzała z kolei ustalenia poczynione za rządów PO-PSL ustalenia komisji Millera, że do katastrofy doprowadziły błędy pilotów, ale też rosyjskich kontrolerów lotu. Śledczy, korzystając z usług międzynarodowych nowych biegłych, kontynuują badania. Na niedawnym spotkaniu z rodzinami smoleńskimi nie formułowali jednak żadnych wniosków ws. możliwości zamachu. Bo nie mają na zamach dowodów.

Śledztwo prokuratury wciąż jest przedłużane. W środowisku rodzin można usłyszeć dwie wersje dlaczego. Pierwsza: bo śledczy wiedzą, że politycznie oczekiwana teza o zamachu jest nie do udowodnienia, więc lepiej wciąż zlecać kolejne czynności i odwlekać finał śledztwa.

Druga: materiał do badań jest tak fatalny, że rodzi to problemy w badaniach, więc muszą one trwać, by były wiarygodne.

Prezes PiS chciałby połączyć tezy Macierewicza o co najmniej dwóch wybuchach na pokładzie Tu-154M z ustaleniami prokuratury, która o zamachu nie mówi, a śledztwa jeszcze nie skończyła. - Trzeba będzie to jakoś połączyć. Nie będzie to przedsięwzięcie łatwe, przynajmniej jeśli chodzi o tę stronę ad personam [czyli kto stoi za zamachem - red.] - mówił wicepremier w jednym z wywiadów. A w innym dodawał, że "decyzja [o zamachu - red.] musiała zapaść na szczycie Kremla, ale trudno tutaj zdobyć procesowe dowody". Wskazywał też - choć nie wprost - że jego przekonanie o zamachu wynika z akt śledztwa, a nie z raportu Macierewicza.

W wywiadach, podsumowując kolejne wypowiedzi, prezes PiS mówi zatem tyle: zamach jest dowiedziony, ale nie da się udowodnić, kto go zlecił, choć to musiał być Putin.

Że zamach był, prezes wnioskuje na podstawie materiałów ze śledztwa prokuratury i raportu Macierewicza. O ile tezą podkomisji jest po prostu zamach, to zgromadzone akta śledztwa wcale na zamach nie wskazują. Z relacji Małgorzaty Wassermann, której ojciec zginął w Smoleńsku, wynika, że prokuratura ma wyniki badań zlecanych zachodnim laboratoriom - sama prokuratura o tym milczy. Jak mówiła Wassermann (dziś posłanka PiS), "ślady materiału wybuchowego zostały znalezione niemal w każdym laboratorium", w których badano próbki. Ale to wcale nie oznacza - i śledczy nie formułowali takiego wniosku - że do jakiegoś wybuchu w ogóle doszło. Bo samolot był wojskowy, lotnisko też - ślady materiału mogły mieć różne pochodzenie. Jednak już sam to, że jakikolwiek ślad jest, daje podparcie dla tezy zamachowej na gruncie czysto politycznym, choć na gruncie procesowym - nie.

Politycznej - ale znów: nie dowodowej - wiarygodności tezy zamachowej sprzyjają okoliczności. A tu zmiana jest absolutna. Wojna Rosji z Ukrainą zmienia spojrzenie na Kreml - wszyscy widzą, że Putin jest zbrodniarzem wojennym i mordercą, co nie jest żadnym odkryciem, ale dziś widać to jak na dłoni.

Również słowa prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego z marca, kiedy to w przemówieniu podczas polskiego Zgromadzenia Narodowego, wywołał temat Smoleńska. Powiedział on wówczas: "Pamiętamy straszną tragedię w Smoleńsku z 2010 roku. Pamiętamy, jak były badane okoliczności tej katastrofy. Wiemy, co to oznaczało dla was i co oznaczało dla was milczenie tych, którzy wszystko dokładnie wiedzieli, ale cały czas oglądali się jeszcze na naszego sąsiada". O żadnym zamachu nie mówił, ale sprawę Smoleńska jednak przywołał.

I trzecia rzecz, choć brzmi błaho, to emocjonalnie najwyraźniej mocno dotknęła prezesa PiS.

Otóż były wicepremier Rosji Dmitrij Rogozin zamieścił na krótko na Twitterze wpis (potem usunięty) skierowany do Kaczyńskiego: "Przyjedź do Smoleńska, porozmawiamy". Brzmiało to jak pogróżka, że Jarosław może podzielić los brata.

- Dziś rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że atmosfera się zmieniła - mówił szef PiS w wywiadzie.

Intuicyjnie zwłaszcza dziś - wobec zbrodni Putina w Ukrainie - można by dopuszczać możliwość, czy wręcz mieć przekonanie, że 10 kwietnia 2010 r. doszło do zamachu. Niemniej już pod rządami PiS ani Macierewicz, ani prokuratura nie przedstawiły na to dowodów. Szef Podkomisji się ośmieszył i tylko dodał bólu rodzinom smoleńskim, a prokuratura prowadzi wieczne śledztwo.

Więcej o: