PiS wcale nie może się cieszyć po konferencji NIK-u. Masa krytyczna wzbiera [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Na tę konferencję prasową czekali wszyscy. Urzędnicy Najwyższej Izby Kontroli (NIK) potwierdzili medialne ustalenia, dotyczące skali i zakresu ataków hakerskich na urządzenia tej instytucji. Czynności wyjaśniające wciąż jednak trwają, a to oznacza, że czeka nas polityczno-szpiegowski serial, od finału którego zależą losy rządu Zjednoczonej Prawicy.

Ponad 7,3 tys. ataków hakerskich na 545 urządzeń należących do NIK. Wśród zaatakowanych osób nie tylko dyrektorzy i kontrolerzy Izby, ale także osoby z najbliższego otoczenia prezesa Mariana Banasia, w tym jego syn i doradca społeczny - Jakub. Czy sam Banaś padł ofiarą ataku szpiegującego, ze względu na trwające czynności wyjaśniające nie podano. Dowiedzieliśmy się natomiast, że faktycznie momenty kulminacyjne ataków na NIK były dwa - gdy Izba ogłosiła, że zamierza skontrolować "wybory kopertowe" i gdy kończyła kontrolę tzw. Funduszu Sprawiedliwości, którym zarządza minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Zobacz wideo Ekspert Citizen Lab ostrzega: afera Pegasusa dopiero się rozkręca

Pytania bez odpowiedzi

Krótko mówiąc, mocno wyczekiwana konferencja prasowa urzędników NIK-u potwierdziła najpoważniejsze obawy, które od kilku dni mieliśmy. Nie dowiedzieliśmy się z niej jednak niemal niczego ponad to, co już od kilkudziesięciu godzin wiedzieliśmy i o czym wrzało w debacie publicznej. Wniosek z tego jest prosty: konferencja była efektem publikacji RMF FM z 4 lutego, która odsłoniła kulisy prac zespołu ds. cyberbezpieczeństwa w NIK-u i wywołała potężne zamieszanie, a nie wydarzeniem, na którym kierownictwo Izby zamierzało przedstawić końcowe wnioski ze swojego śledztwa. Co istotne, konferencja pozostawiła też kilka ważnych kwestii bez odpowiedzi.

Przede wszystkim, nie dowiedzieliśmy się, jak zaawansowane są prace zespołu informatyków i analityków z NIK-u. Co za tym idzie, kiedy - choćby szacunkowo - powinniśmy spodziewać się raportu albo przynajmniej wniosków końcowych. Słowem: kiedy dowiemy się ze 100 proc. pewnością, kto, jak i być może dlaczego zaatakował najważniejszą instytucję kontrolerską w Polsce.

Więcej o konferencji prasowej NIK-u i inwigilacji Izby przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Powyższe nierozerwalnie wiąże się z Citizen Lab, a więc ośrodkiem analitycznym przy Uniwersytecie w Toronto specjalizującym się w tropieniu globalnego biznesu szpiegowskiego. Urzędnicy z NIK-u zapewnili media, że Izba jest w stałym kontakcie z Citizen Lab i wspólnie pracują nad wyjaśnieniem źródła, skali i celu ataków hakerskich. Rzecz w tym, że na wspomnianej już konferencji prasowej nie usłyszeliśmy żadnych kluczowych informacji, dotyczących tej współpracy, co może dziwić. Nie wiemy ani od kiedy ona trwa, ani kto ją zainicjował, ani czy do Citizen Lab przesłane zostały już jakieś zainfekowane urządzenia, ani czy eksperci z Kanady choćby wstępnie ocenili nadesłany materiał.

13.05.2021 Warszawa, Najwyższa Izba Kontroli. Prezes NIK Marian Banaś podczas konferencji prasowej prezentuje raport Izby ws. wyborów kopertowychTo może być polskie Watergate. Czy rząd użył Pegasusa do inwigilacji NIK-u?

Kluczowa jest też kwestia samego Pegasusa. Tak naprawdę, po konferencji prasowej nie mamy do końca pewności, czy i ile urządzeń NIK-u mogło zostać zaatakowanych izraelskim oprogramowaniem szpiegującym. Pierwsze doniesienia RMF FM mówiły o tym, że wszystkie ataki przeprowadzono z użyciem Pegasusa. Jeden z ekspertów NIK-u prostował później w nieoficjalnej rozmowie z TVN24, że bardzo wysokie prawdopodobieństwo użycia Pegasusa dotyczy 47 z 544 urządzeń (wówczas była mowa o 544, a nie 545 urządzeniach). Urzędnicy NIK-u przekazali natomiast, że jak dotąd wykryto trzy urządzenia ze śladami zainfekowania Pegasusem. Czy na tym się skończy? Nie wiemy, ponieważ nie uzyskaliśmy odpowiedzi na pytanie, czy podejrzenie użycia izraelskiego systemu zachodzi jeszcze przy innych urządzeniach.

Ostatnia, ale z pewnością nie najmniej ważna, sprawa, a więc skala szkód, jakie wyrządziły ataki. Zrozumiałe, że NIK nie mogła powiedzieć tego otwartym tekstem, w końcu czynności wyjaśniające i ekspertyzy nadal trwają. Skoro jednak kierownictwo NIK-u mówi, że skala ataku jest bezprecedensowa w 103-letniej historii tej instytucji, to wypadałoby wskazać, jak poważne jest zagrożenie, a przynajmniej których obszarów ono dotyczy.

Słodko-gorzkie wyczekiwanie

Owszem, pytań, na które wciąż nie mamy odpowiedzi, jest sporo. W kolejnych dniach zapewne pojawi się ich jeszcze więcej. Dlatego, że serial z inwigilacją NIK-u będzie trwać, będzie mieć kolejne odcinki, zwroty akcji, a w końcu także finał. To jednak nie umniejsza skali problemu. Żadne z dotychczasowych doniesień nie zostało zdementowane. Nadal, w każdej chwili, możemy dowiedzieć się, że polski rząd, rękami polskich służb specjalnych, inwigilował jedyną niezależną od siebie politycznie instytucję w kraju. Co więcej, instytucję, której zadaniem jest patrzenie na ręce władzy i wyciąganie na światło dzienne jej nadużyć, pomyłek, oszustw.

Dla Zjednoczonej Prawicy dzisiejsza konferencja prasowa NIK-u ma słodko-gorzki smak. Słodki, ponieważ nie spadła na nich bomba, jaką bez wątpienia byłaby informacja, że za atakami na NIK stoi ten sam klient Pegasusa, który inwigilował m.in. prokuratorkę Ewę Wrzosek, senatora Krzysztofa Brejzę czy lidera Agrounii Michała Kołodziejczaka. W połączeniu z panoszącą się drożyzną, rosnącą inflacją i chaosem podatkowym wywołanym przez Polski Ład, mogłoby to być dla Nowogrodzkiej uderzenie nokautujące.

Dlaczego konferencja NIK-u ma więc dla Zjednoczonej Prawicy także gorzki smak? Bo oznacza, że problem, który się pojawił, nie zniknie po chwili, tylko będzie się za rządzącymi ciągnąć. Jak wiele innych. Naturalnie Prawo i Sprawiedliwość zrobi wszystko, żeby temat rozwodnić, zmęczyć nim i Polaków, i media, wreszcie go przeczekać i zminimalizować straty. Jednak Nowogrodzka przez najbliższe tygodnie, a być może nawet miesiące, będzie musiała żyć w stanie niepewności i podwyższonej gotowości. W każdej chwili Citizen Lab może przecież ogłosić, że za inwigilacją pracowników NIK-u stał ten sam operator Pegasusa, który inwigilował prominentnych przeciwników politycznych PiS-u.

W polskim wątku afery Pegasusa poznamy jeszcze wiele inwigilowanych nazwiskPegasus to tylko wierzchołek góry lodowej. "Nadzór na pewno zawiódł też w innych miejscach"

Po ujawnieniu przez RMF FM informacji o masowej inwigilacji urzędników NIK-u, poza zasadnym oburzeniem, pojawiły się też pytania: nawet jeśli, co to wszystko zmieni? Pytania typowe dla naszej debaty publicznej i wcale nie bezzasadne. Przeszło sześć lat najrozmaitszych afer, skandali i nadużyć nie zatopiło rządu Zjednoczonej Prawicy, więc wiele osób ma prawo uważać, że żadna kolejna afera też tego nie zrobi.

W przypadku ataku na NIK należy jednak zwrócić uwagę na dwie kwestie, które odwracają układ sił o 180 stopni. Po pierwsze, wybuch takiego skandalu obecnie połączyłby się z wściekłością Polaków na podwyżki cen energii, podatkowy chaos, galopującą inflację i frustrację nieefektywną walką rządu z pandemią. To byłby dla Nowogrodzkiej zabójczy koktajl. Już teraz ma bowiem problem z utrzymaniem się na powierzchni, a sprawa NIK-u mogłaby by stanowić kroplę, która przeleje czarę goryczy.

Po drugie, gdyby okazało się, że rząd dużego europejskiego państwa za publiczne pieniądze inwigilował jedyną niezależną od siebie instytucję w kraju - powtórzmy: instytucję powołaną do kontrolowania władzy - to nie byłby już wyłącznie wewnątrzpolski skandalik. Problem nadużywania Pegasusa stał się powszechny, a w Unii Europejskiej dotyczy także naszego etatowego sojusznika - orbanowskich Węgier. To, oczywiście, hipoteza, ale można założyć, że gdyby taki scenariusz się potwierdził, rząd Zjednoczonej Prawicy mógłby zapomnieć o jakichkolwiek pieniądzach nie tylko z tytułu Krajowego Planu Odbudowy, ale również wieloletniego budżetu UE. A to, w przeciwieństwie do losu samego NIK-u, obeszłoby nawet najtwardszy elektorat Zjednoczonej Prawicy. I to bardzo mocno.

Taki rozwój wypadków wcale nie jest wykluczony. Kilka godzin przed konferencją prasową NIK-u europoseł Radosław Sikorski powiedział w Polsat News, że w Parlamencie Europejskim może powstać unijny odpowiednik komisji śledczej, której celem byłoby wyjaśnienie tego, jak rządy Polski i Węgier korzystały z oprogramowania Pegasus. To znaczy, że Bruksela widzi problem i znów: nie zamierza przymykać oczu na postępowanie Polski i Węgier. Tutaj żadne dyplomatyczno-prawne piruety wokół Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego nie wystarczą. Masa krytyczna wzbiera.

Więcej o: