Byli działacze Razem: W partii był mobbing. "Członkostwo przypłaciłem depresją i próbami samobójczymi"

Groźby, przemoc słowna, wyzwiska, próby ośmieszania, ostentacyjne lekceważenie, publiczny lincz - takich sytuacji mieli doświadczać byli działacze Razem. Portal Gazeta.pl dotarł do osób, które twierdzą, że były w Razem ofiarami m.in. mobbingu, przypłaconego poważnymi problemami zdrowotnymi, w tym depresją. Partia tłumaczy dziś, że do niektórych z tych zarzutów nie może się odnieść. Wyroki partyjnych organów (także te dotyczące ewentualnej przemocy) po dwóch latach są bowiem usuwane z wewnętrznych partyjnych baz.
  • Kilkoro byłych działaczy Razem twierdzi, że w ugrupowaniu miało dochodzić m.in. do mobbingu
  • Opisane zdarzenia dotyczą lat 2015-2019
  • Sytuacje, do których miało dochodzić, miały doprowadzić u niektórych osób do poważnych problemów zdrowotnych
  • Byli działacze zarzucają ówczesnym członkom zarządu brak odpowiednich reakcji
  • Obecni i byli członkowie zarządu nie dostrzegają w swoich decyzjach niedopatrzeń

Temat wewnętrznej sytuacji w Razem przykuł uwagę mediów w 2020 r. Była członkini rady krajowej partii Agnieszka Herrmann napisała wówczas w jednej z dyskusji na Twitterze, że "Razem to partia zarządzana wewnątrz za pomocą twardego mobbingu". 

We wrześniu ubiegłego roku powtórzyła w mediach społecznościowych, że jej zdaniem w partii dochodziło m.in. do mobbingu, prób samobójczych, a także "zaszczuwania ludzi".

Więcej wiadomości znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl >>>

Agnieszka Herrmann dołączyła do Razem po wyborach w 2015 r. Działała w okręgu zielonogórskim. Szczególnie ważne były dla niej kwestie związane m.in. z prawami kobiet i ochroną środowiska. Pisała część programu ugrupowania. Przez dwa lata - 2016-2018 - zasiadała w radzie krajowej. 

Była członkini Razem potwierdza w rozmowie z Gazeta.pl, że była, jak sama mówi, świadkiem "mobbingu, zaszczuwania, zajeżdżania ludzi". Podała imiona i nazwiska osób, które miały tego doświadczyć, w porozumieniu z tymi osobami udostępniła nam numery telefonów.

Samo ugrupowanie nie zwracało się do działaczki z pytaniami o szczegóły. Partia przekazała nam, że każdy, kto ma konkretne zarzuty, może zgłosić swoją sprawę do sądu koleżeńskiego. 

Agnieszka Herrmann twierdzi, że sama również miała doświadczyć słownej przemocy ze strony jednego z działaczy. Miało do tego dojść w styczniu 2017 r. podczas nieformalnego spotkania po walnym zebraniu okręgu zielonogórskiego. 

- Rozmawialiśmy o planowanej wizycie Adriana Zandberga i Agnieszki Dziemianowicz-Bąk w Słubicach. Zapytałam działacza, który organizował to spotkanie, czy na miejscu będzie policja. Mieliśmy wtedy problemy z nacjonalistami, obawialiśmy się, że znów się pojawią - relacjonuje Agnieszka Herrmann.

Miała usłyszeć od działacza, że "jeśli będzie nadal blokowała wizytę zarządu krajowego w Słubicach, to tak ją załatwi, że się nie pozbiera". 

Zarząd zielonogórskiego okręgu zgłosił sprawę partyjnemu komitetowi dyscyplinarnemu 24 stycznia 2017 r.  - Zamieciono to pod dywan, nic się z tą sprawą nie stało - twierdzi Agnieszka Herrmann. 

Partia nie była w stanie wyjaśnić nam, co zrobiono ze zgłoszeniem. Obecny zarząd (w którym zasiadają Anna Górska, Bartosz Grucela, Paulina Matysiak, Maciej Szlinder i Joanna Wicha) we wspólnym oświadczeniu przekazał portalowi Gazeta.pl, że nawet jeśli zapadł jakiś wyrok, to uległ zatarciu i został usunięty z wewnętrznych baz.

 - O tym, co się działo w Razem, powinno mówić wiele osób. Ale się nie wypowiadają. Bo lewica jest tylko jedna i nie można jej szkodzić - wskazuje Herrmann.

Kilka osób zgodziło się jednak z nami porozmawiać. Potwierdzają, że w Razem miało dochodzić do sytuacji, które nigdy nie powinny mieć miejsca.

Zobacz wideo Rząd ma strategię na walkę z pandemią? Pytamy wiceministra Ozdobę

Piotr: Mobbing był nasilony, zarząd o tym wiedział

- Członkostwo w Razem przypłaciłem epizodem ciężkiej depresji, łącznie z próbami samobójczymi. Leczyłem się 1,5 roku - mówi nam pan Piotr (imię zostało zmienione).

Z partii odszedł w 2017 r., po dwóch latach działalności. Twierdzi, że doświadczał "ciągłego, mocno nasilonego mobbingu, o którym ówczesny zarząd krajowy wiedział, a nawet go akceptował".  

Mężczyzna zakładał okręg Razem w jednym z miast na południu Polski. - Szło nam całkiem fajnie. W mieście, w którym w wyborach z ogromną przewagą wygrywa PiS, mieliśmy kilkudziesięciu członków. Można było jednak odnieść wrażenie, że zarządowi nie jest to na rękę - mówi. 

- Słyszeliśmy, że najważniejsze nie są lokalne ruchy, a występy zarządu w ogólnopolskich mediach. Przycinali nam pieniądze na wszystko. Przez trzy miesiące nie mogliśmy się doprosić, żeby podpisali nam jeden papier, pozwalający na wynajem lokalu pod centrum społeczne. Potem było już za późno, a poniesione koszty musiałem pokrywać sam  - dodaje. 

Lokalna struktura Razem postawiła na żartobliwe konferencje prasowe, happeningi, wrzucane do sieci memy. - "Górze" to się nie podobało. Potrafili obdzwaniać zarząd okręgu, domagając się natychmiastowego usunięcia jakiegoś mema, pod rygorem wyrzucenia z partii - twierdzi. 

Prawdziwe problemy miały rozpocząć się wtedy, gdy pan Piotr zaangażował się w działalność sądu koleżeńskiego. W związku z tym, że z wykształcenia jest prawnikiem, przygotował procedury związane z wewnętrznymi postępowaniami dyscyplinarnymi i sam też znalazł się w pierwszym składzie sądu.

- Byłem tam jedyną osobą z prawniczym przygotowaniem. Od początku w partii było przekonanie, że sąd koleżeński to prosta sprawa: wystarczy, że złych będzie karać, dobrych wynagradzać, a ustalenie, którzy są którzy, to kwestia oczywista. A jeśli tak nie będzie, to znaczy, że sąd sam się składa z osób złych, chroniących sprawców. Problem w tym, że trafiały do nas głównie sprawy obyczajowe, które dla zwykłego sądu byłyby problemem, a co dopiero dla osób, które nie miały w tej kwestii profesjonalnego doświadczenia - wyjaśnia.

Jedna z pierwszych spraw dotyczyła działaczki, która została oskarżona m.in. przez inną członkinię o przychodzenie na spotkania partyjne pod wpływem marihuany.  - Okazało się, że sytuacja ma drugie dno, bo jedna działaczka miała odbić drugiej partnera - wspomina pan Piotr.

Twierdzi, że zarząd, w którym zasiadali wówczas m.in. Adrian Zandberg i Marcelina Zawisza, "skasował wyrok", bo dotyczył on jednej z wysoko postawionych w Razem osób. Obecny zarząd powtarza, że ewentualne kary zgodnie ze statutem po dwóch latach ulegają zatarciu. Adrian Zandberg do pytania ws. "skasowanego wyroku" się nie odnosi. Marcelina Zawisza w ogóle nie reaguje na naszą wiadomość. 

- Była też sprawa chłopaka, który miał nakłaniać inną działaczkę Razem do samobójstwa. W końcu wyszło, że oboje pisali do siebie pod wpływem alkoholu i środków odurzających. On w pewnym momencie napisał jej, że na obniżony nastrój pomaga mu podcinanie sobie żył i zasugerował, żeby też spróbowała. Dziewczyna odpisała, że nie chce. Potem pisali do siebie jeszcze kilka godzin -  słyszymy od pana Piotra. 

- Wszystko wyszło na jaw dopiero po 6 miesiącach, kiedy ona zaczęła szukać na niego haków i przypomniała sobie o tej rozmowie. Równocześnie w partyjnych kanałach komunikacji pełno było sugestii, że ten chłopak jest "ogólnie przemocowy", choć bez żadnych konkretnych przykładów, na czym miałoby to polegać. Sąd koleżeński miał więc nie tylko ocenić, czy ten chłopak nakłaniał dziewczynę do samobójstwa, czy nie, ale niezależnie od tego, co by ustalił, miał wyrzucić "przemocowca" - dodaje. Ostatecznie mężczyzna został od zarzutu uniewinniony.

Piotr wskazuje, że partyjny sąd z jednej strony nie miał narzędzi do rozstrzygania trudnych spraw, a z drugiej był "pod ciągłym naciskiem, żeby działał empatycznie, szybko, skutecznie, sprawiedliwie, bez kwestionowania twierdzeń ofiary". 

"Skopany, przeczołgany, zwyzywany i opluty"

Według byłego członka Razem w ugrupowaniu miała się zacząć "nagonka" na sąd koleżeński. Pojawiła się opinia, że to grupa osób nieprzyjaznych kobietom, choć w składzie sądu był parytet. 

- Gdy sprawy, które inne organy przetrzymały przez 6 miesięcy, my w sądzie koleżeńskim rozwiązywaliśmy w kilka tygodni - zarzucano nam opieszałość. Gdy pokazaliśmy zestawienie, że sprawnie działamy - zarzucono nam "neoliberalny kult efektywności" - wylicza. 

Pan Piotr pokazuje nam jeden z kilku wątków z partyjnego forum, pochodzący z maja 2017 r. Sądowi koleżeńskiemu, w którym zasiadał, zarzucono, że w sprawie dotyczącej przemocy i stalkowania zbyt drobiazgowo pytano pokrzywdzoną m.in. o relacje ze sprawcą, śledztwo miało być "zbyt szczegółowe", a język komunikacji - "przeżarty żargonem prawniczym i niezrozumiały". 

Co więcej, organom dyscyplinującym zarzucono też "większą opieszałość niż w polskiej policji". 

Jedna z działaczek zarzuciła Piotrowi wprost, że "robi wszystko, żeby sprawy w sądzie koleżeńskim zmienić w koszmar". Inna stwierdziła, że jest "nieodpowiedzialnym służbistą". 

Kilka osób stanęło wówczas w obronie mężczyzny. 

"Ma trudny sposób komunikacji, ale wiem z doświadczenia pracy z nim, że jest feministą i dobrym człowiekiem, który nocą pędzi na policję, bo czuje, że ktoś komuś mógł zrobić krzywdę" - napisała jedna z członkiń pionu dyscyplinarnego Razem.

"Skład orzekający zrobił wszystko by sprawę załatwić jak najszybciej i tak się stało" - tłumaczył inny z członków partii. Przyznał, że w sprawie Piotra doszło do "publicznego linczu" i został "skopany, przeczołgany, zwyzywany i opluty". 

W maju 2017 r. zarząd okręgu Razem, do którego należał Piotr, złożył do komitetu dyscyplinarnego wniosek o wszczęcie postępowania wobec dziesięciu działaczy za wpisy na forum Razem, obrażające jego i innych członków sądu koleżeńskiego. Po kilku miesiącach komitet częściowo umorzył postępowanie, a w pozostałym zakresie nie odpowiedział. Zgłoszenia pan Piotr kierował też do komitetu równościowego, również bezskutecznie.

W jednej z korespondencji pan Piotr przekazał komitetowi dyscyplinarnemu, że ze względu na "atak" na partyjnym forum musiał rozpocząć leczenie psychiatryczne i terapię psychologiczną, poinformował także, że jest na silnych lekach uspokajających. 

Z relacji mężczyzny wynika, że negatywne komentarze miał też otrzymywać pod zupełnie neutralnymi wpisami na partyjnych komunikatorach. - Pisałem np. o tym, w jaki sposób składać partyjną gazetkę, a w komentarzach sypały się hasła w stylu "je*any mizogin", "do dołu z wapnem". Na tym właśnie polega mobbing. Na powszechnym przekonaniu, że jest zła osoba, którą trzeba zniszczyć - mówi nam mężczyzna.

Były działacz podkreśla, że jako członek sądu koleżeńskiego starał się działać jak najskuteczniej. 

- Rozpatrywaliśmy np. sprawę dziewczyny, której były partner logował się na jej skrzynkę e-mailową. Ze skargi wynikało, że chodziło o jeden przypadek, ale pomogłem w ustaleniu od strony technicznej, że to trwało miesiącami. Sprawcę wyrzuciliśmy z Razem, a dziewczynę poinformowaliśmy, że dowody pozwalają na zgłoszenie sprawy na policję - zaznacza. 

Sam, jak mówi, zgłosił na policję sprawę innego byłego już członka partii, który na forach chwalił się podrywaniem nieletnich dziewczyn. 

- Oprócz tego współorganizowałem Strajk Kobiet, broniłem w sądach kobiety oskarżone o naruszenia prawa na tych protestach, jedną taką sprawę do tej pory prowadzę przed trybunałem w Strasburgu. Nie chcę robić z siebie ofiary, ale naprawdę się starałem. Okazało się jednak, że moje starania mogą zostać wyciągnięte przeciwko mnie - komentuje pan Piotr.  

Twierdzi, że "zarząd krajowy na bieżąco obserwował sytuację, ale nie reagował, ograniczając się do "lajkowania" niektórych napastliwych komentarzy". 

Zandberg: Był problem z kulturą dyskusji

Jak na pytania o zgłoszenia kierowane przez pana Piotra do partyjnych organów odpowiada dziś Razem? Ugrupowanie konsekwentnie utrzymuje, że obecny zarząd nie ma dostępu do orzeczeń sądu koleżeńskiego z okresu dwóch ostatnich lat i "partia nie gromadzi takich informacji".

O odniesienie się do sprawy pana Piotra zapytaliśmy także osoby, które wtedy zasiadały w zarządzie Razem. Chcieliśmy wiedzieć, czy miały świadomość problemu i czy starały się pomóc swojemu działaczowi. 

"Faktycznie, działalność sądu koleżeńskiego oceniana była przez dużą część osób w Razem negatywnie, przede wszystkim ze względu na niedostateczną troskę o ochronę osób pokrzywdzonych. (...) Dyskusja, która rozegrała się na forum była bardzo ostra i wymagała interwencji moderacji. Pamiętać jednak należy, że osoby moderujące forum robią to w swoim czasie wolnym, więc nie zawsze mają możliwość reagować w czasie rzeczywistym" - przekazuje nam Julia Zimmermann. Jak podkreśla, to nie zarząd moderuje forum. 

Poseł Razem i jeden z liderów Lewicy Adrian ZandbergGdzie jest sufit dla Adriana Zandberga? "Ponury Duńczyk" licytuje wysoko

Adrian Zandberg, dziś poseł Razem, przyznaje, że jeśli chodzi o Piotra i kwestię "kultury dyskusji w internecie", to w początkach istnienia partii "były z tym problemy". 

"Dyskusje, w których brały udział setki osób z całej Polski, nie były moderowane. Pojawiały się w nich wypowiedzi agresywne i niekulturalne. Dlatego kilka lat temu zarząd partii zdecydował o wprowadzeniu moderacji" - stwierdza. Na wprowadzenie moderacji zwraca nam uwagę również poseł Maciej Konieczny, wtedy zasiadający w zarządzie. 

Ani słowa od posłów o tym, czy ich zdaniem problem na pewno miał polegać tylko na niedokładnym moderowaniu forum.

"Nie przypominam sobie jakiegokolwiek "mobbingu" - tak zarzuty byłego działacza komentuje były członek zarządu Mateusz Mirys. 

Na nasze pytania przez blisko miesiąc nie zareagowały obecne parlamentarzystki - Marcelina Zawisza i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Odpowiedzi nie uzyskaliśmy też mimo prób od Magdaleny Malińskiej, Weroniki Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka.  

Marta: Stosowano wobec mnie przemoc

Wrzesień 2019 r. Na "Mównicy", czyli wewnętrznym internetowym forum Razem, ukazuje się długi wpis pani Marty (imię zostało zmienione), jednej z wojewódzkich koordynatorek ugrupowania. To był ostatni moment na zabranie głosu w tej formie - kobieta złożyła wypowiedzenie i miała pracować na rzecz partii do końca miesiąca.

Koordynatorka przekonywała, że przez ponad rok pracy dla ugrupowania realizowała stawiane przez nią zadania, przeprowadziła m.in. zbiórki podpisów przed wyborami samorządowymi i do Parlamentu Europejskiego, zgłosiła listy wyborcze. 

Dlaczego zdecydowała się na odejście z pracy? Jak stwierdziła we wpisie na "Mównicy", "powodem był mobbing", a konkretnie mobbing poziomy, czyli stosowany przez innych pracowników i działaczy partii. Kobieta napisała wprost, że "przez praktycznie cały czas jej pracy zawodowej w Razem stosowana była wobec niej przemoc". 

We wpisie czytamy, że miała doświadczać m.in. "bezustannych negatywnych uwag i krytyki", "obmowy, rozsiewania plotek, prób ośmieszenia i skompromitowania", "fałszywego oceniania jej zaangażowania w pracę", "kwestionowania podejmowanych przez nią decyzji", a także "braku reakcji pracodawcy mimo tego, że regularnie mu to wszystko zgłaszała".

Ale po kolei.

Swoją pracę Marta zaczęła w czerwcu 2018 r. W partii trwała właśnie zbiórka podpisów pod projektem ustawy "Pracujmy krócej", zakładającym 35-godzinny tydzień pracy. Jak opowiada była już koordynatorka, na początku obdzwoniła ponad 200 osób członków należących do okręgu. 

"Mówiłam, kim jestem, pytałam o zaangażowanie, o to, czy i jak chcieliby bardziej zaangażować się w działanie partyjne i wreszcie prosiłam o wsparcie w zbiórce podpisów pod projektem 35 h" - opisywała na razemowej "Mównicy".

Pewnego popołudnia miał zadzwonić do niej były już członek zarządu krajowego. Miał zarzucić koordynatorce, że niepochlebnie wypowiada się o jego środowisku 

- To był bardzo przemocowy telefon. Nie wiem, o co mu chodziło. Z jednej strony zarząd krajowy kazał mi wspierać małe okręgi, pobudzać ludzi do działania, a z drugiej strony członek zarządu krajowego ma o to pretensje. Może chodziło o to, żeby ci ludzie tylko przynosili składki? A może podejrzewano mnie o to, że zamierzam kandydować w wyborach? Byłam skupiona na czymś innym, nie kandydowałam nawet do wewnętrznych struktur - mówi nam była pracownica partii. 

Mąż pani Marty, były członek Razem: Słyszałem tę rozmowę. Z telefonu wylewało się mnóstwo jadu, jakieś niesprawdzone informacje, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Agresja słowna, jakieś groźby postawienia przed sądem partyjnym. 

Pani Marta opisała sytuację działaczowi, który odpowiadał za kontakty koordynatorów regionalnych z zarządem. Skończyło się na niczym.

"Jestem strasznie przemęczona, ludzie dają w kość"

Jesień 2018 r., kampania samorządowa. Pani Marta ma odpowiadać m.in. za organizowanie konferencji prasowych. Zwraca się więc do członków zarządu okręgu z prośbą o udostępnienie bazy z kontaktami dla dziennikarzy. 

Problem z uzyskaniem bazy jest na tyle poważny, że specjalną uchwałę w tej sprawie podejmuje zarząd krajowy. Dopiero wtedy lista zostaje przesłana koordynatorce. Jak się okazało, to same imiona i nazwiska dziennikarzy oraz e-maile, w tym nieaktualne, bez numerów telefonów. 

"Kiedy na kilku komunikatorach wrzucałam jakieś ważne informacje, otrzymywałam natychmiast napomnienie: po co to robię, skoro wcześniej bardziej godna ode mnie (jak domniemuję) lewicowa osoba już to samo napisała. Jeśli dało się wetknąć mi szpilę, mogłam być pewna, że to się stanie. Zawsze wiedziano lepiej ode mnie, jak powinnam pracować, a jeśli pracowałam inaczej, niż część aktywu uznawała za słuszne, to należało to skomentować, skrytykować, zaapelować o zmianę i publicznie ponarzekać" - relacjonowała we wpisie na "Mównicy". 

Jak przykład pani Marta przesyła nam screeny z jednej z dyskusji na Facebooku z marca 2019 r. Członkini krajowej komisji rewizyjnej apelowała m.in. właśnie do koordynatorki, by przy zbieraniu podpisów przed wyborami do Parlamentu Europejskiego "nie odpuszczać lokalizacji tylko dlatego, że są dalej od biura/własnego domu". 

- Wybierałam takie lokalizacje, jakie okazały się skuteczne w poprzednich zbiórkach. A w tej lokalizacji, którą proponowała mi ta działaczka, dzień wcześniej byli nasi zbierający i zostali fizycznie zaatakowani. Trudno jest się bronić przed insynuacjami, zwłaszcza, gdy się piętrzą. To był moment dużego napięcia i przeciążenia pracą, na dodatek nawet w środku nocy potrafiłam dostać na wewnętrznym komunikatorze post z pretensjami - mówi pani Marta. 

Zwróciła uwagę działaczce, by ta skończyła z "pasywną agresją". W odpowiedzi członkini krajowej komisji rewizyjnej tłumaczyła m.in., że "podpowiada rozwiązania". Dodała też, że to koordynatorka powinna organizować zbiórki podpisów, czyli znaleźć osoby, zorganizować namiot, stolik i potykacz, co, pani Marta, jak twierdzi, zawsze organizowała. 

W obronie koordynatorki stanął inny działacz. "Widzicie, ile ma roboty i na głowie" - napisał. 

"Żadnego wolnego dnia, robota od 9 do 20-21. Jest was dużo, dogadać się samemu i tyle. I nikt tam drzwiami nie trzaska, biuro otwarte, wiadomo, kiedy są spotkania, każdy może przyjść, przyjechać, każdy mile widziany, karty tam leżą, podkładki też, a też nikt nie będzie prosił, nagabywał co chwilę, tylko członkowie też muszą wyjść z inicjatywą" - dodał. Zaznaczył, że pani Marta jest "przepracowana i przeciążona". 

25 marca 2019 r. Marta wysyła screeny z tej dyskusji Marcelinie Zawiszy (obecnie posłance Razem, wtedy zasiadającej w zarządzie). 

"Nie lubię się żalić, ale ostatnio jestem strasznie przemęczona, ludzie dają w kość, pracuję 16h/24" - pisze pani Marta obecnej parlamentarzystce. Prosi o to, by "powstrzymać wodze" członkini krajowej komisji rewizyjnej. 

"Walczy ze mną, nie wiedzieć czemu już od dawna, ale teraz już przechodzi siebie" - dodaje. "Może ktoś jej wreszcie powie wprost, że jest mobberką" - czytamy w wiadomości do Marceliny Zawiszy

Zawisza obiecuje, że przeczyta w wolnej chwili. - W ogóle nie odniosła się do tematu. Udawała, że sprawy nie ma, wiecznie była zajęta - mówi nam pani Marta. 

Marcelina Zawisza nie zareagowała na przesłane przez Gazeta.pl pytania dotyczące pani Marty. 

"Oskarżenia niepoparte dowodami, a wszystkiemu przyglądał się zarząd"

Punktem kulminacyjnym były dla Marty dwa zdalne posiedzenia rady krajowej Razem, podczas których podejmowano decyzję o "jedynkach" na listach wyborczych do parlamentu. Chodziło o ustalenie scenariusza na wypadek osobnego startu partii, nie w koalicji.

 "Jedynką" w jednym z miast miała być ona, choć, jak twierdzi, "nie zabiegała o to", a "została poproszona przez zarząd krajowy". 

Była już koordynatorka uważa, że w trakcie dyskusji została oczerniona przez dwie działaczki. Chodziło o wypowiedzi, w których jedna z członkiń napisała, że Marta "działa na szkodę partii i okręgu". Zdaniem drugiej, koordynatorka była "w dużej mierze odpowiedzialna za rozpad okręgu". 

Obie wypowiedzi zgłosiła do sądu partyjnego. W pierwszej ze spraw sąd koleżeński uznał, że doszło do naruszenia jej dobrego imienia. W drugiej uniewinnił autorkę wpisu, stwierdzając, że miała prawo do własnych interpretacji i oceny.

Partyjny sąd ocenił jednocześnie, że w przypadku Marty dochodzi do "problemów z komunikacją" i "preferowania innych akcji niż duża część aktywu".

Jakie zarzuty kierowali partyjni działacze wobec koordynatorki? W trakcie postępowań dyscyplinarnych wskazywano m.in., że swoimi "pasywno-agresywnymi lub wręcz wprost agresywnymi komentarzami" zniechęcała ludzi w okręgu do działania.

Padł też zarzut, że koordynatorka nie dba o obieg informacji w okręgu i nie publikuje w sieci informacji o tym, co dzieje się w partii. Konkretnie chodziło o to, że w jednej z korespondencji napisała, że "nie wymyślono jeszcze nic lepszego niż komunikacja na żywo" i zachęcała do osobistego udziału w partyjnych spotkaniach. Tłumaczyła, że wynika to z faktu, iż niektórzy członkowie są wykluczeni cyfrowo i nie wszyscy mogą kontaktować się przez internet.

- Dbanie o komunikację wewnętrzną nie było obowiązkiem wyłącznie koordynatorki, tylko zarządu okręgu. Wywiązywałam się ze swoich obowiązków. Z jednej strony zarzuca mi się, że nie publikuję w sieci informacji, z drugiej, że po co publikuję, skoro ktoś inny już opublikował - mówi pani Marta. 

- A zarzucanie mi pasywnej agresji przypomina mi stare prawidło, że kiedy ludzi się długo nęka, podszczypuje, obmawia, to kiedy głośno powiedzą "stop", usłyszą zarzut agresji - dodaje.

Inny z członków w trakcie przesłuchania przez komitet dyscyplinarny twierdził m.in., że Marta nie radziła sobie z koordynacją zbierania podpisów.

- To kłamstwo - mówi. Zaznacza, że listy do sejmików zostały zarejestrowane na kilka dni przed terminem, a listy do Parlamentu Europejskiego Razem zarejestrowało jako drugi komitet, godzinę po tym, jak podpisy złożył Kukiz’15. 

W trakcie przesłuchania przed komitetem dyscyplinarnym padło też stwierdzenie z ust jednego z działaczy, że jej "niekompetencja połączona z ograniczonymi możliwościami intelektualnymi prowadzi do rozmaitych problemów".

To według koordynatorki jest jeden z przykładów na to, w jaki sposób ją obmawiano i wyśmiewano. Relacjonuje, że jesienią 2018 r. miała dowiedzieć się od Marceliny Zawiszy, że ten sam działacz "mówił o niej niestworzone rzeczy".

"Propracownicza partia nie zdała egzaminu jako pracodawca"

Jednocześnie były też osoby, które panią Martę oceniały jako pracowitą i profesjonalną. 

"Współpraca układała nam się znakomicie, chociaż nie bez tarć, bo obie mamy dość silne charaktery, różne doświadczenia życiowe i w niejednej kwestii politycznej różne zdanie" - tak o koordynatorce wypowiadała się jedna z lokalnych działaczek. Przyznała, że bez koordynatorki "nie udałoby się zebrać ani połowy" podpisów przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Dodała, że kampanię wyborczą przeprowadziła właśnie dzięki wsparciu Marty.

"Oskarżenia nie były poparte żadnymi wiarygodnymi dowodami, a wszystkiemu temu przyglądał się mój pracodawca, zarząd krajowy, który nic nie zrobił – ani wcześniej, ani w trakcie, ani później – by całej sytuacji zapobiec albo jakkolwiek zainterweniować. Pracodawca, który przed chwilą rekomendował mnie na jedynkę wyborczą, a więc chyba nie uważał, że działam na szkodę partii" - opisywała pani Marta na "Mównicy". 

Podkreśla, że choć padały wobec niej różne zarzuty, nigdy nie została ukarana przez partyjny sąd, a zarząd krajowy nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń do jej pracy. 

18 sierpnia 2019 r. koordynatorka ponownie zwraca się do Zawiszy. W wiadomości e-mailowej pisze o "ścieku", który się na nią wylewa. 

"Jeszcze nie wiem co z tym zrobię, ale chcę, żebyś wiedziała, że na pewno tak" - zapowiada koordynatorka. Zawisza i na tę wiadomość nie reaguje.

W końcu pani Marta decyduje się odejść z pracy.  

"Chcę głośno powiedzieć, że propracownicza partia nie zdała egzaminu jako pracodawca. Nie zdała również egzaminu ze zwyczajnej ludzkiej empatii" - tak kończy swoją pożegnalną wypowiedź na partyjnej "Mównicy".

Od prawnika miała usłyszeć, że sytuacje, których doświadczyła, mogą być zakwalifikowane jako mobbing. 

- Nie pójdę do sądu. Po tym wszystkim byłam zmęczona, zajęłam się inną pracą.  Nie stać mnie na to finansowo i emocjonalnie. Kiedy ostatnio przeglądałam e-maile z Razem, robiłam to na raty, musiałam wziąć kilka tabletek na ból głowy. Nie było to miłe - mówi dziś była koordynatorka. 

Mąż pani Marty: Członkowie zarządu nocowali u nas w mieszkaniu. Pamiętam jedną z rozmów z Maciejem Szlinderem, jedliśmy wtedy obiad. Zasygnalizowaliśmy z żoną, że jest problem z jedną z członkiń komisji rewizyjnej. A on na to: "no tak, ale ona jest w komisji". Zatkało mnie. Odczytałem to następująco: "nie możemy nic jej zrobić, bo ona zna bebechy naszej działalności". Kiedy Marta wrzuciła swój wpis na "Mównicę", napisałem do Macieja, że to skandal, że zarząd krajowy pozwala obrzucać błotem pracowników i patrzeć, jak się aktyw wykrwawia. Nie odpowiedział mi nigdy.

Pani Marta: W tej sprawie nie chodzi o to, czy byłam dobrą czy złą pracownicą. Chodzi o to, że mój pracodawca nie reagował, kiedy utrudniano mi pracę, obmawiano i szargano nerwy. Jeśli byłam tak beznadziejna, dlaczego nikt nie przeprowadził ze mną rozmowy dyscyplinującej, dlaczego wystawiał mnie na wyborczą jedynkę, dlaczego milczał, gdy prosiłam o interwencję. A jeśli nie byłam taka zła, jak mnie niektórzy malują, dlaczego mnie nie bronił. 

Ówcześni członkowie zarządu (Adrian Zandberg, Maciej Konieczny, Julia Zimmermann, Maciej Szlinder) w przesłanych nam odpowiedziach twierdzą, że w okręgu był lokalny konflikt i dlatego zorganizowano mediacje. Pani Marta nie wzięła w nich udziału. 

Kobieta wskazuje, że jest praktykującą mediatorką sądową i w jej ocenie to, co działo się w Razem, na mediację w ogóle się nie nadawało. - Przy wykorzystaniu tego narzędzia chciano rozmydlić całą sytuację i wmanipulować mnie w konflikt między nowym zarządem okręgu, a częścią aktywu. Byłam pracownicą, która potrzebowała pomocy od pracodawcy, a ten mi jej nie udzielił - mówi pani Marta.

Maciej Szlinder przekazuje nam, że to on zasugerował zarządowi zorganizowanie mediacji i próbował namówić Martę do udziału. "Nigdy nie sugerowałem, że ktokolwiek jest "nietykalny" z jakiegokolwiek powodu, nic takiego nie miało też miejsca w trakcie rozmowy w mieszkaniu" - podkreśla.

"Przedstawiciele zarządu krajowego monitorowali sytuację w tym zakresie i o ile pamiętam nie stwierdziliśmy wtedy jako zarząd krajowy, by dochodziło do mobbingu" - informuje nas z kolei Mateusz Mirys. 

Bartosz Grucela tłumaczy natomiast, że członkiem zarządu został we wrześniu 2019 r., czyli wtedy, gdy wpis pani Marty ukazał się na "Mównicy". Zaznacza, że sprawa nie była mu szerzej znana, nie był to "przedmiot jego działalności" i zajmowały się tym partyjne organy. 

Na nasze pytania nie zareagowali, oprócz Marceliny Zawiszy, także Paulina Matysiak i Konrad Mostek. Udzielenia komentarza odmówiła natomiast Katarzyna Paprota, tłumacząc, że nie jest już członkinią partii i aktywność w Razem traktuje jako zamknięty rozdział.

Dorota Budacz: Od samego początku odmawiano mi fundamentalnych gestów

Czerwiec 2018 r. Na wewnętrznym forum partii Razem sprawozdanie ze swojej rocznej działalności publikuje Dorota Budacz, członkini zarządu krajowego partii. Opisuje nie tylko to, czym się zajmowała, ale pisze wprost o tym, jak miała być traktowana przez wpływowych działaczy. 

Działalność w partii zaczęła od lokalnych struktur w Nowym Sączu. Niemal od razu, jesienią 2015 r., partia wystawiła ją na "jedynkę" w wyborach parlamentarnych. Pojawiała się w mediach, stopniowo pięła się po wewnętrznych szczeblach partyjnych. Najpierw trafiła do kilkudziesięcioosobowej rady krajowej, a w czerwcu 2017 r. została członkinią jedenastoosobowego zarządu krajowego, wybraną w powszechnych wyborach przez członków Razem. 

Dorota Budacz, 2015 r.Dorota Budacz, 2015 r. źródło: Partiarazem.pl

Oprócz Budacz, w zarządzie zasiadali wówczas Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Maciej Konieczny, Magdalena Malińska, Mateusz Mirys, Justyna Samolińska, Mateusz Trzeciak, Jacek Wezgraj, Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza i Julia Zimmermann.

Z partii krótko po wyborze do zarządu odszedł Jacek Wezgraj, który wcześniej blisko współpracował z Budacz i miał podobną wizję dotyczącą funkcjonowania partii. Swoje rozstanie z Razem tłumaczył tym, że "różnice z częścią władz partii okazały się być nie do pogodzenia". Tym samym Budacz została w zarządzie de facto jedyną przedstawicielką swojej frakcji. Do zarządu dołączył zamiast Wezgraja Michał Mierzwa. 

Czym zajmowała się oprócz udziału w pracach zarządu? Koordynowała obszar prac i kontaktów związanych z polityką świeckiego państwa, kontaktami z okręgami, przygotowywaniem partyjnych publikacji, uzupełnieniem strony internetowej, odpowiadaniem na wnioski o informację publiczną, przygotowywała też partię do wdrożenia RODO.

Problematyczny miał okazać się fakt, iż w zarządzie była reprezentantką grupy członków Razem, która krytycznie odnosiła się do poprzednich działań zarządu, domagając się większej transparentności i decentralizacji. Członkowie tej frakcji nie wykluczali możliwości współpracy z SLD, co wówczas dla wielu członków Razem było nie do pomyślenia. 

Z relacji Doroty Budacz wynikało, że z tych powodów nie była w zarządzie przez niektórych mile widziana, co, jak twierdziła, część członków dawała jej wprost do zrozumienia. 

"Od pierwszych dni pracy odmawiano mi gestów tak fundamentalnych dla kultury miejsca pracy, jak przywitanie lub odpowiedź na przywitanie/pożegnanie. Próby zagajenia rozmowy zbywano milczeniem. Zagajenia kierowano do wszystkich, tylko nie do mnie. Nie zapraszano na nieformalne części posiedzeń, czyli typowy "obiad" lub "piwo", na które szedł cały zespół" - pisała Budacz na partyjnym forum.

Działaczka przez pierwsze 1,5 miesiąca miała mieć problem z udziałem w pracach zarządu, bo jej stary telefon nie mógł "udźwignąć" aplikacji, z których korzystali do codziennej pracy inni członkowie. Jednak gdy poprosiła o telefon służbowy, miała zostać "wykpiona" przez osobę z zarządu.

"Panowało przyzwolenie na toksyczne zachowania"

W sprawozdaniu z czerwca 2018 r. padają też kolejne zarzuty. Dorota Budacz twierdziła, że jej argumenty w trakcie dyskusji zarządu "traktowano z ostentacyjnym lekceważeniem, a adnotacje na wspólnych dokumentach, propozycje, prośby i pytania były ignorowane lub oddalane". 

"Gdy zabierałam głos, ostentacyjnie okazywano zniecierpliwienie lub standardowo odmawiano racji. Jednocześnie czasem rację przyznawano argumentowi, który powtórzył po mnie inny członek zarządu krajowego" - wyliczała Dorota Budacz.

Zarzuciła też pozostałym członkom zarządu, że "wyłączono ją z obiegu informacji poufnych, poufnych dyskusji i podejmowania poufnych decyzji".

"Wykazywaną inicjatywę w działaniu, którą uznałam za "podnoszenie rzeczy" i proaktywną postawę, potraktowano na początku jak atak i zabór nie swoich obowiązków. Proste pytania traktowano jak insynuacje lub krytykę. Neutralna wymiana zdań czy próba zaproszenia na kawę było nazywane fałszywością" - pisała działaczka Razem.

"Doświadczałam na co dzień niekonstruktywnych złośliwości, których sama nie stosowałam, bo nigdy nie są budujące ani dla poszczególnych osób, także postronnych, ani dla całego zespołu. Były to ironiczne pytania, sarkazm, przerysowanie i przejaskrawienia w ocenie moich słów lub działań, prześmiewcze cytaty wypaczające sens moich wypowiedzi. (...) Panowało przyzwolenie na toksyczne zachowania z zespole zarządu krajowego i wobec zwykłych członków Razem" - wskazywała. 

Zaznaczała także, że "odmawiano jej możliwości pytania o efekty pracy innych członków zarządu krajowego lub zakres ich odpowiedzialności, uznając to za kontrolę, która nie jest w zakresie jej kompetencji". Tłumaczyła, że te informacje były jej potrzebne do bieżącej pracy lub zrozumienia procesów zachodzących w ugrupowaniu. 

"Jest możliwe, że robię rzeczy nie wystarczająco dobrze – zdarza się to wszystkim członkom zarządu krajowego, jesteśmy ludźmi. Ale w zarządzie krajowym funkcjonują podwójne standardy i nie wszystkich się w taki sposób recenzuje, surowość i wyrozumiałość nie są rozdawane sprawiedliwie, ale według sympatii" - pisała Budacz w jednej z dyskusji na forum.

Stwierdziła też publicznie, że sytuacje, których doświadczała, "mogą przypominać mobbing". 

Część sytuacji, które opisywała Dorota Budacz, miała miejsce nie w bezpośrednich rozmowach, a w trakcie dyskusji na forum, do których miało dostęp kilka tysięcy członków.

Jej wyjazd w delegację, który był obowiązkiem każdego członka zarządu, miano w jej wypadku określać ironicznie jako "malownicze wakacje" i "przyjemne podróże", przez które zaniedbuje pracę. 

Budacz wyjaśniała, że spotykała się wówczas z członkami regionalnych struktur, co było jej obowiązkiem. Odbyła wtedy rozmowy z kołem w Nowym Sączu, okręgiem bieszczadzkim, świętokrzyskim, zarządami w Rzeszowie, Mielcu, Przemyślu. 

"Dorka zapracowała sobie na ten konflikt"

Jedna z członkiń zarządu - Justyna Samolińska - napisała też na forum, że jej zdaniem "Dorota nie zapracowuje na swoje wynagrodzenie". Wyliczała, że "nie koordynowała żadnego, ani jednego politycznego projektu poza kongresem świeckości", "nie wzięła udziału w tworzeniu żadnej politycznej treści", a na posiedzeniach zarządu "zwykle nie zabiera głosu", jest "koleżanką-leserką" i "świętą krową". 

"Z mojej perspektywy - mamy w zarządzie dziewczynę, która prawie nie pracuje i bierze za to całkiem niezły hajs" - dodała. 

Członek zarządu Maciej Konieczny napisał, że "różnica pomiędzy okresami, kiedy Budacz była na urlopie, a takimi w których była w pracy, była kompletnie niezauważalna".

"W mojej ocenie Dorka sobie na ten konflikt sowicie zapracowała przyjmując pozycję recenzentki reszty z nas, ingerując w pracę wszystkich dookoła i nie specjalnie wykonując własną" - dodał. 

Dorota Budacz przyznała, że od jesieni 2017 r. w związku z atmosferą pracy, stopniowo spadała jakość wykonywanych przez nią obowiązków, spadało też zaangażowanie. Tłumaczyła to stresem i zmęczeniem atmosferą, która panowała w zarządzie. 

Kiedy w marcu 2018 r. spóźniła się dwa dni z przesłaniem kwartalnego sprawozdania do prezydium krajowej komisji rewizyjnej, podkreślono publicznie, że była "jedyną osobą, która wypełniła sprawozdanie po terminie bez żadnego sygnału do prezydium, że potrzebuje więcej czasu".

Gdy podobna sytuacja dotyczyła kilka miesięcy wcześniej innych członków zarządu, stwierdzano krótko, że jeden z nich "nieznacznie się spóźnił", a drugi "zaliczył ponad tydzień opóźnienia". 

Dorocie Budacz zarzucano publicznie m.in., że "wynosi wewnętrzne dokumenty i dyskusje". Ona sama wyjaśniała potem, że "wynoszeniem" było w praktyce umożliwienie radnemu rady krajowej wglądu do szkicu ram kampanii samorządowej, utajnionego "bez żadnego trybu". Szkic miał być potrzebny radnemu do prac nad programem sejmikowym. 

Budacz krytykowano również za to, że nie wdrożyła skutecznie w partii RODO, czym miała się zająć. W jednym z wątków na partyjnym forum jedna z osób odpowiedzialnych za dział IT przyznała, że nie dokonano koniecznej inwentaryzacji systemów i baz, na co Budacz w praktyce nie miała wpływu. Ona sama tłumaczyła, że gdy miała zajmować się tym tematem, nie były jeszcze gotowe instrukcje Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

W odpowiedzi na głosy krytyki udostępniła publicznie swój kalendarz, w którym zaznaczała to, czym dokładnie zajmowała się danego dnia. Przygotowała też tabele, w których podliczała, ile średnio (co do minuty) zajmowało jej wykonywanie danego zadania, ile czasu poświęcała na pracę w danym okresie, ile czasu spędzała w biurze, na pracy zdalnej, w delegacjach. 

"Musisz wiedzieć, że nigdy nie będziesz szła sama"

Sprawa Doroty Budacz wywoływała w partyjnych szeregach dużo emocji. Wiele osób stawało w jej obronie.

"Nie twierdzę, że nie było zaniedbań ze strony Doroty. Nie jestem też w stanie tego stwierdzić, bo nie mam dostępu do wiarygodnych danych i żaden uprawniony do tego organ nam ich nie przedstawił. Wiem natomiast na pewno, że publiczny lincz nie jest prawnie dozwolonym sposobem oceny pracy pracownika i współpracownika" - napisała jedna z osób na forum Razem.

"Niezależnie od tego, jak Dorota wykonuje swoje obowiązki, to cała ta sytuacja opisywana przez osoby współpracujące z Dorotą, jak i samą Dorotę, nosi ewidentne znamiona mobbingu" - stwierdził ktoś inny. 

Jeden z działaczy zwrócił uwagę, że "mimo skrajnie trudnych warunków pracy, Dorota wykonała wiele zadań, choć w innej atmosferze zapewne wykonałaby ich znacznie więcej i z lepszym efektem końcowym".

"Miałem okazję obserwować, jak Dorota pracuje w grupie jeszcze jeszcze w czasach przedpartyjnych i byłem pod wrażeniem jej pracowitości. To doświadczenie każe mi przypuszczać, że nie jest to tylko kwestia zwykłego lenistwa" - czytamy na partyjnym forum Razem. 

Ktoś jeszcze napisał, że Dorota Budacz "musi wiedzieć, że nigdy nie będzie szła sama". 

W opublikowanym na partyjnym forum sprawozdaniu Dorota Budacz wspomniała także o spotkaniu, w którym w marcu 2018 r. na jej prośbę uczestniczył m.in. obecny poseł Maciej Konieczny. Budacz pytała Koniecznego o to, co można zrobić w sprawie sytuacji w zarządzie krajowym.

Konieczny, według relacji Budacz, miał przyznać wtedy, że widzi problem i że wykonywanie przez nią obowiązków w tej sytuacji rzeczywiście jest bardzo trudne. Sugerował jednocześnie, że to Budacz ma problemy z komunikacją.

Rozmowa nie przyniosła rezultatu, a stan zdrowia Budacz się pogarszał. Zaczęła leczyć się na depresję i otrzymała zwolnienie lekarskie. Następnie złożyła wypowiedzenie z pracy i do końca kadencji wykonywała mandat w zarządzie i pomniejsze prace zdalnie i w ramach wolontariatu.

Jako jedyna członkini zarządu w tej kadencji nie uzyskała od innych członków Razem na koniec kadencji absolutorium, czyli aprobaty działalności prowadzonej za ostatni rok. 

Partia: Zarząd utracił zaufanie wobec członkini

Skontaktowaliśmy się z Dorotą Budacz. Potwierdziła prawdziwość materiałów, do których dotarliśmy i  podtrzymała swoją ocenę tego, czego miała doświadczyć jako partyjna działaczka. Potwierdziła także, że wciąż ponosi wykraczające poza depresję konsekwencje zdrowotne pracy w Razem.

Dlaczego nie poszła do sądu? Jak mówi, przy jej stanie zdrowia nie miała na to siły i wytrwałości. Co więcej, miała usłyszeć od prawnika, że mobbing poziomy w zarządzie to byłaby sprawa trudna i precedensowa w orzecznictwie sądów pracy. Obawia się jednak, że rezygnując z pozwu, nie wykorzystała szansy na ucywilizowanie kultury organizacji i ochronienie kolejnych osób przed szkodliwymi praktykami.

A jak na zarzuty Doroty Budacz reagują ówcześni członkowie zarządu? 

"Dorota Budacz, o czym piszę z przykrością, nie wywiązywała się ze swoich obowiązków. Otrzymywała wynagrodzenie równe wynagrodzeniu wszystkich innych członków i członkiń zarządu, a mimo to regularnie nie pojawiała się w miejscu pracy, nie była w stanie nadzorować powierzonych jej projektów, o czym pozostałe osoby często dowiadywały się z opóźnieniem" - twierdzi dziś Justyna Samolińska.

"Wynagrodzenie Doroty Budacz było wypłacane ze składek członkowskich i subwencji z budżetu państwa - w moim odczuciu sytuacja, w której dziesiątki osób pracują na rzecz organizacji wolontaryjnie i jednocześnie utrzymują ze swoich składek i podatków stanowisko kogoś, kto nie pracuje, była fundamentalnie nieuczciwa" - dodaje.

Pytana o wpisy na forum, Samolińska wyjaśnia, że członkowie partii "mieli prawo do pełnej informacji na temat tego, jak wygląda naprawdę podział pracy w zarządzie krajowym". Podkreśla, że krytyka wobec Budacz "była w pełni uzasadniona i merytoryczna" i "nie spełniała żadnych znamion mobbingu".

Również inny były członek zarządu, Mateusz Mirys, nie uważa zarzutów Budacz za uzasadnione. Twierdzi, że różnice polityczne nie przekładały się na osobisty stosunek do działaczki. 

"Na tyle, na ile pamiętam, problemem było częste niewykonywanie przez Dorotę Budacz zadań, jakich się podejmowała, co prowadziło do obarczania nimi pozostałych członków/członkiń zarządu krajowego, często prowadząc do ich chronicznego przepracowania" - czytamy w odpowiedzi Mirysa.

"Dochodziło do sporów. Dotyczyły one linii politycznej, ale także niewywiązywania się z obowiązków, o co część koleżanek i kolegów miała do niej duże pretensje. To, czy polityk jest traktowany w sposób sprawiedliwy czy niesprawiedliwy, to zawsze kwestia uznaniowa" - komentuje Adrian Zandberg. Dodaje, że Budacz nie uzyskała absolutorium. 

"Siłą rzeczy niewywiązywanie się przez jedną z osób z powierzonych jej zadań budziło napięcia. W swojej opinii na temat pracy Doroty Budacz nie byłem odosobniony" - uważa z kolei Maciej Konieczny. 

"Dorota często stawała w kontrze do pozostałych osób w zarządzie krajowym, co wiązało się z agendą, z którą została wybrana do tego ciała: była to propozycja mająca według osób ją popierających radykalnie zmieniać sposób działania Razem zarówno formalnie, jak i w pewnym zakresie merytorycznym" - komentuje Julia Zimmermann. Przyznaje, że dochodziło do napięć, "sporów o realizację zadań, które należały do Doroty". 

Komentarza ws. Doroty Budacz nie uzyskaliśmy od posłanek Marceliny Zawiszy i Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Na nasze pytania nie zareagowali również Magdalena Malińska i Mateusz Trzeciak.

Nie udało nam się skontaktować z Michałem Mierzwą, który całkowicie wycofał się z polityki i życia publicznego. Zarząd Okręgu Podwarszawskiego Razem odmówił nam pomocy w tym zakresie. 

Marcelina Zawisza i Adrian ZandbergPK: Partia Razem nie zostanie zdelegalizowana

Zarząd Razem w odpowiedzi na nasze pytania o sprawę Doroty Budacz przekazał, że za przyznaniem działaczce absolutorium zagłosowały 44 osoby, przeciwko było 107, a 50 wstrzymało się od głosu. 

Partia przywołuje też raport Krajowej Komisji Rewizyjnej, z którego miało wynikać, że od początku kadencji Dorota Budacz "nie podjęła się żadnego zadania związanego z bieżącą sytuacją polityczną", a w sprawozdaniu miała przypisywać sobie wykonywanie zadań, które wykonywały inne osoby. Według KKR przyczyną konfliktu był "szereg sytuacji, które doprowadziły do utraty zaufania wobec Doroty Budacz" ze strony członków zarządu.

Razem bez antymobbingowych procedur

Przed publikacją tekstu zapytaliśmy Razem również o to, czy ugrupowanie wdrożyło jakiekolwiek procedury dotyczące zgłaszania i rozwiązywania problemów związanych z mobbingiem, molestowaniem seksualnym, przemocą słowną lub fizyczną.

Pytanie jest zasadne tym bardziej, że partia sama domaga się wprowadzania m.in. antymobbingowych programów w szkołach i zakładach pracy. To posłowie Razem w grudniu 2020 r. w jednej z interpelacji dopytywali resort kultury o kształt i wdrażanie procedur antymobbingowych w podległych ministerstwu instytucjach.

Z odpowiedzi ugrupowania wynika, że choć o takie procedury nawołuje, samo ich do tej pory nie wdrożyło.

Przekazano nam, że sąd koleżeński może prowadzić postępowanie dyscyplinarne w przypadku naruszenia art. 6 ust. 3 statutu ugrupowania. Statut mówi jednak w tym ustępie m.in. o zakazie dyskryminacji, nie wspomina się w nim ani o mobbingu, ani o przemocy, ani o molestowaniu. 

Adrian ZandbergRazem chce gwarancji zatrudnienia. "UP działają jak tablice ogłoszeniowe"

"W obecnej kadencji jak dotąd nie było spraw, które dotyczyłyby wprost mobbingu w partii. Do Partyjnego Sądu Koleżeńskiego skierowano jednak dwie sprawy dotyczące przemocowych zachowań ze strony członków, które miały mieć miejsce nie w ramach partii Razem, ale w innych organizacjach" - przekazał nam zarząd Razem. 

Jak dodano, jedna z tych spraw dobiegła końca, a osoba, której dotyczyła, została wykluczona z partii. "W opublikowanych wyrokach z ostatnich dwóch lat także nie ma spraw dotyczących mobbingu" - czytamy.

Definicja mobbingu zapisana jest w kodeksie pracy. Według przepisów mobbingiem jest "uporczywe i długotrwałe nękanie lub zastraszanie pracownika, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników".

"Pracownik, u którego mobbing wywołał rozstrój zdrowia, może dochodzić od pracodawcy odpowiedniej sumy tytułem zadośćuczynienia pieniężnego za doznaną krzywdę" - czytamy w kodeksie.

Potrzebujesz pomocy?

Jeśli w związku z myślami samobójczymi lub próbą samobójczą występuje zagrożenie życia, w celu natychmiastowej interwencji kryzysowej, zadzwoń na policję pod numer 112 lub udaj się na oddział pogotowia do miejscowego szpitala psychiatrycznego.

Jeśli potrzebujesz rozmowy z psychologiem, możesz zwrócić się do Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym pod numerem 800 70 2222. Pod telefonem, mailem i czatem dyżurują specjaliści udzielający porad i kierujący dzwoniące osoby do odpowiedniej placówki pomocowej w ich regionie. Z Centrum skontaktować mogą się także bliscy osób, które wymagają pomocy.

Więcej o: