Kaczyński chce przeczołgać Ziobrę. Chciałby go wyrzucić, ale nie może. Stawką jest walka o trzecią kadencję

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński wyrzuciłby Zbigniewa Ziobrę z rządu, gdyby mógł. Ale nie może. Bez choćby kilku "ziobrystów" rząd straciłby większość, a bez ok. 3 proc., które "ziobryści" mogą zabrać PiS-owi, szanse na trzecią kadencję by stopniały. Pogłoski, że w 2022 r. prezes pozbędzie się Ziobry, mają go zdyscyplinować.

Najważniejszym frontem - można usłyszeć w PiS - na którym Ziobro wysadza plany PiS w powietrze jest ten z Unią Europejską o akceptację Brukseli dla Krajowego Planu Odbudowy, by dostać 24 mld euro dotacji. Wśród "ziobrystów" można za to usłyszeć, że to premier Mateusz Morawiecki razem z wiceministrem ds. europejskich Konradem Szymańskim są autorami uległej wobec Brukseli polityki, która się teraz mści.

Fakt pozostaje jednak faktem: środki te są jednak zamrożone. Ryzyko mrożenia dotyczyć będzie całego budżetu UE dla Polski. To, czy pieniądze będą płynąć, zależy od kształtu kolejnych reform sądownictwa - zwłaszcza Sądu Najwyższego, a Ziobro te ustawy pisze i negocjuje ich kształt z prezydentem Andrzejem Dudą.

Sączone z Nowogrodzkiej wieści o tym, że Solidarna Polska jest na wylocie ze Zjednoczonej Prawicy, są próbą przeczołgania Ziobry. Po co? Aby wymusić na nim, by spokorniał, a Solidarna Polska - ogon - przestał machać psem, czyli PiS-em. Aby jednak tak orać zwłaszcza Sąd Najwyższym, by nie pozbawiać się środków z UE. Aby "ziobryści" przestali ciągle podkopywać Morawieckiego i przestali żądać tak ostentacyjnie głów jego współpracowników (choćby Konrada Szymańskiego).

Ziobry chce orać Sąd Najwyższy nie zważając na mrożenie środków unijnych przez Komisję Europejską. Jest wręcz tak, że im dłużej Bruksela mrozi euro, tym bardziej - co "ziobrystów" wcale nie martwi - uderza to w Morawieckiego, bo przecież premier miał być skuteczny na forum UE. Prezes PiS chciałby tymczasem i orać SN, i dostać euro. Z kolei Morawiecki chce euro, a orkę sądów uważa za szkodliwą.

Więcej informacji z polskiej polityki na stronie głównej Gazeta.pl

Odmrożenie euro jest dla PiS sprawa krytyczną. Bez tego Nowogrodzka może zapomnieć o takiej wygranej w kolejnych wyborach, by móc samodzielnie rządzić. Zatem nie sposób wykluczyć, że presja na Ziobrę będzie tak silna, że jego dymisja faktycznie będzie na stole czy nawet czasowo stanie się faktem (tak jak w minionym roku Jarosław Gowin, choć na własne życzenie, czasowo odszedł z rządu) - to dziś są jednak spekulacje i spiny.

"Ziobryści" komentują pogłoski o wyrzucaniu ich z ZP tak: - Absurd, bzdura.

Podejście Nowogrodzkiej do Ziobry i Gowina było i jest jednak diametralnie inne. O ile Gowina od początku podejrzewano o to, że jego zdrada jest kwestią czasu i tak będzie chciał wywrócić rząd PiS-u, to Ziobro może go wywrócić swoją nadgorliwością. PiS chciało zatem partię Gowina dosłownie zniszczyć i przejąć jej posłów, a partię Ziobry PiS stara się przygnieść presją i wymusić uległość, grożąc Ziobrze nawet wyrzuceniem go ze Zjednoczonej Prawicy.

Siedziba TVP w WarszawieW TVP Info o Pegasusie. "Podsłuchiwanie ładne nie jest, ale konieczne"

Sami "ziobryści" interpretują wieści o ich rychłym wyrzuceniu tak: "To odwracanie uwagi od katastrofy Polskiego Ładu". I nigdzie się nie chcą ze ZP wybierać - chcą przeforsować orkę SN, bo jeśli nie uda im się to teraz, to w trwającej kadencji już nie będzie okazji. Do wyborów zostały niespełna dwa lata, a ostatni rok (2023) - co mówią nawet usta prezesa PiS, prof. Ryszard Terlecki - ma być czasem "względnego spokoju". Co więcej, Terlecki przekonywał, że to opozycja będzie próbować teraz "rozrywać od wewnątrz" obóz rządzący.

"Ziobryści" mają w Sejmie 19 "szabel". Solidarna Polska Ziobro bardziej przypomina oddział wojskowy i rozbić go byłoby dużo trudniej niż Porozumienie Gowina - to był bowiem klub ludzi, którym było po drodze (dziś pozostał rdzeń lojalny wobec szefa). I w wojsku zawsze są jednak potencjalni dezerterzy i ludzie, którzy na polu walki okazują się "miękiszonami" lub wybierają pozostanie w jednym obozie z PiS z uwagi na przekonania polityczne bądź podtrzymanie kariery.

Sam Zbigniew Ziobro, choć jest liderem swojej partii, to nie ma w niej pozycji tak silnej jak Jarosław Kaczyński w PiS. A Nowogrodzka stara się zresztą od dawna podsycać wewnętrzne niesnaski w SP.

- Parę osób od Ziobry można by przeciągnąć do PiS. Jest na to jakaś szansa - mówi jeden z polityków bliskich Nowogrodzkiej. Ale nazwisk wymieniać nie chce, aby "nie robić im krzywdy".

Ale nazwiska już są na giełdzie. - Nad Janem Kanthakiem można popracować - słyszymy w PiS. Kanthak to polityczny wychowanej Ziobry, a dziś wiceminister w resorcie Jacka Sasina. Sam Kanthak wszelkie publikacje o swoim transferze do PiS wyśmiewa nazywając je "wyssanych z palca historyjkami".

Posłanka Aleksandra Szczudło - ma męża, który zajmuje wysoką posadę w spółce Skarbu Państwa (jest wiceprezesem PGNiG Obrót Detaliczny), więc w razie rozwodu PiS i SP, mąż straciłby zapewne fotel wiceprezesa spółki.

Z kolei Tadeusz Cymański jest w SP "gołębiem" i zależy mu na sprawach socjalnych, a nie oraniu sądów czy bataliach z Unią Europejską. A Norbert Kaczmarczyk przyszedł do SP z Kukiz'15 i dziś jest wiceministrem rolnictwa.

Są zatem potencjalne możliwości, by próbować odbijać posłów. To, ilu posłów SP zdołałoby finalnie wyciągnąć Nowogrodzka w momencie wyrzucenia Ziobry z rządu, to jednak domysły i intuicje. A jest tu też rzecz nie do pominięcia: ruch w drugą stronę też nie byłby wykluczony - choćby Anna Maria Siarkowska od dawna jest bowiem blisko "ziobrystów".

Jak wygląda proces kaptowania posłów w wykonaniu PiS? - "Jaki cię interesuje żołd?". Takie pada pytanie. Nas pytał o to jeden z ministrów - wspomina jedna z osób znająca kulisy werbowania "gowinowców", by przeszli na stronę PiS. Kupowano ich i zastraszano, choć niektórzy odeszli z powodów ideowych (jak Marcin Ociepa, który siebie poza ZP nie widział) bądź karierowiczostwa (jak Monika Pawłowska, która przehandlowała swój głos w Sejmie). Sam Gowin w ostatnich miesiącach przed dymisją żył w przekonaniu, że jest obiektem działań operacyjnych służb specjalnych, a cała jego rodzina pod lupą tych służb szukających haków.

"Ziobrystów" jak do tej pory PiS nie stara się werbować tak bezwzględnie jak posłów Jarosława Gowina. Nowogrodzka sufluje w mediach groźbę wyrzucenia Ziobry, ale realnie nie podjęła twardych działań, by Ziobrę oskubać w momencie takiego przesilenia. By ją podjąć, Nowogrodzka musiałaby wcześniej - tak jak to robił Adam Bielan wobec posłów Porozumienia - rozpracować każdego "ziobrystę": czym go kupić, czym zastraszyć, czy przejąć z "pobudek patriotycznych". Operacja rozbijania słabego Porozumienia trwała grubo ponad rok (od fiaska "wyborów kopertowych" do sierpnia 2020 r.).

W ślad za groźbą wyrzucenia Ziobry, idzie także groźba przyspieszonych wyborów. Dotychczas w Zjednoczonej Prawicy było tak: jeśli ktoś mówi o przyspieszonych wyborach, to tylko mówi, chcąc postraszyć swoich partnerów w obozie. A jeśli mówi to ktoś z przekonaniem i dążył do nich jak Gowin, to się pomylił. Tym razem też tak jest: PiS straszy wyrzuceniem Ziobry i perspektywą przyspieszonych wyborów, które zmusiłyby "ziobrystów" albo do porzucenia Solidarnej Polski, szukania sobie miejsc na listach razem z Konfederacją, albo niebytem, bo SP samodzielnie 5-proc. progu przeskoczyć nie zdoła.

Tak na serio to nikt nie chce szybszych wyborów do Sejmu - ani Jarosław Kaczyński, ani Donald Tusk, ani Zbigniew Ziobro, ani Szymon Hołownia, ani Władysław Kosiniak-Kamysz, ani Robert Biedroń z Włodzimierzem Czarzastym, ani Konfederacja. Obóz PiS, bo chce odzyskać poparcie społeczne. A opozycja, bo liczy, że PiS je jeszcze straci.

Wewnątrz Zjednoczonej Prawicy napięcie jest duże. Batalia Ziobry z Morawieckim jest gorąca, co wstrzymuje odejście prezesa PiS z rządu. Konflikt z Brukselą eskaluje, a miliardy euro są faktycznie zamrożone. Porozumienia wewnątrz obozu - między Ziobrą, PiS a Andrzejem Dudą - ws. ustaw sądowych nie ma. Inflacja wystrzeliła, a Polski Ład okazał się być dziurawy i nie ciągnie obozu do przodu.

Ponadto większość dla rządu PiS jest bardzo chybotliwa. Premier osłabł, ale o jego zmianie nie ma mowy, co wprost i wyraźnie mówi Jarosław Kaczyński. Prezes PiS o podkopywanie pozycji Morawieckiego wini Ziobrę. Nieprzypadkowo. W otoczeniu Ziobry słyszymy to wprost: - Mamy premiera z Power Pointa. Miał być sukces Polskiego Ładu, a jest porażka.

Moment jest dla obozu PiS krytyczny. Brzmi to banalnie, ale warto powtarzać: szeregowego wyborcę bardziej interesuje to, co ma w portfelu, niż to co się dzieje w gmachu Sądu Najwyższego. A teraz ludzie o swoje portfele się boją. O ile PiS-owi w 2015 i 2019 r. wygraną w dużej mierze dały obietnice dosypania ludziom pieniędzy (w formie 500+ i obniżenia wieku emerytalnego), tak teraz ludziom te pieniądze odbiera wysoka inflacja, a niedoróbki Polskiego Ładu budują przekonanie, że PiS podnosi podatki nawet tym, którzy finalnie na nim skorzystają. To może PiS-owi odbierać wyborców socjalnych. A po drugie: brak pieniędzy z Unii Europejskiej może mobilizować wyborców opozycji.

Dlatego PiS z jednej strony ordynuje "tarczę antyinflacyjną", a z drugiej traci cierpliwość do Ziobry, który chce orać Sąd Najwyższy nie zważając na zamrożenie środków unijnych. Nowogrodzka nie chce dać zielonego światła ustawom sądowym, jeśli nie będą one zaakceptowane przez Dudę jeszcze przed ich złożeniem w Sejmie i nie będą też dawać szansy na odblokowanie pieniędzy z Funduszu Odbudowy UE. Bo choć politycy PiS publicznie twierdzą, że żadnej uległości wobec Brukseli nie będzie, to liczą, że skasowanie Izby Dyscyplinarnej SN zaowocuje akceptacją KPO i wpłynięciem pierwszej zaliczki z FO, co symbolicznie byłoby bardzo ważne dla Nowogrodzkiej.

PiS na papierze może liczyć na 233 głosy - w tym trzy z Kukiz'15. Prywatnie Paweł Kukiz z Jarosławem Kaczyńskim - czemu służyły liczne kolacje - bardzo się polubili. Niemniej rockman nie stał się barankiem. Kukiz sam wyszedł z pomysłem komisji śledczej ds. podsłuchów w latach 2007-21 (w tym i za pomocą Pegasusa), czego PiS kategorycznie nie chce. Ponadto muzyk chętnie utrąciłby prezesa TVP Jacka Kurskiego, którego prezes PiS niezmiennie broni. Rezerwuarem głosów dla PiS może być czteroosobowe koło Polskie Sprawy Agnieszki Ścigaj. Są w niej także Zbigniew Girzyński (wciąż pozostający w orbicie PiS), Andrzej Sośnierz i Paweł Szramka.

PiS może szukać głosów w 11-osobowym kole Konfederacji - ono jest jednak wewnętrznie zróżnicowane, bo są w niej narodowcy (tym bliżej do Zjednoczonej Prawicy) i wolnościowcy. Niemniej każda współpraca z Konfederatami to pozostawianie na ich łasce.

Także w PSL jest parę osób, które byłyby gotowe na jakąś współpracę z PiS, a ich głosem jest poseł Marek Sawicki. Mówił on w Gazeta.pl, że będzie przekonywał PSL do koalicji z PiS, jeśli Kaczyński wyrzuci Ziobrę, uprzątnie jego reformy i odda ludowcom politykę w ramach UE. A to warunki zaporowe, niemniej PiS może mieć nadzieję na niesformalizowaną przychylność paru ludowców, ale o realizację takiego scenariusza byłoby trudno. Jednego posła PSL - Zbigniewa Ziejewskiego - PiS już kaptowało, ale bez powodzenia. A ideowo bliski - bo bardzo konserwatywny - poseł Jacek Tomczak ma osobisty uraz wobec PiS.

Teoretycznie jest więc pole do łatania dziury po "ziobrystach", z których część na pewno zostałaby lojalna wobec Ziobry. W praktyce byłaby to operacja obarczona ogromnym ryzykiem klęski Nowogrodzkiej. PiS-owi lepiej jest najpierw postraszyć Ziobrę, a potem się z nim jakoś układać, a nie eliminować. PiS chce rozhuśtać Ziobrze partię, by sam Ziobro się przestraszył, że niektórzy jego ludzie mogą wypaść za burtę.

Więcej o: