Wypadek Szydło. "Wyrzuty sumienia były i są". Były funkcjonariusz BOR o szczegółach sprawy

- Pamiętam coś w stylu: "Piotrek, wiesz jak było, wiesz jak będzie dobrze dla nas". Tego typu sugestie padły - powiedział były funkcjonariusz BOR, który jechał w kolumnie z Beatą Szydło w dniu wypadku.
Zobacz wideo Sroka: Za wypadek Szydło odpowiedzialność ponoszą politycy

TVN24 opublikował rozmowę ze starszym chorążym Piotrem Piątkiem, byłym funkcjonariuszem BOR (później SOP), jadącym w pierwszym samochodzie kolumny rządowej z Beatą Szydło, która ponad cztery lata temu miała wypadek. - Z mojego punktu widzenia mogę powiedzieć, że trochę byliśmy bardziej wysunięci do przodu niż pozostałe dwa samochody - powiedział, dodając, że, jego zdaniem, nie była to do końca zgodna z zasadami przejazdu kolumny odległość. 

- Kierowca powiedział, że coś się wydarzyło. Ja zerknąłem w tym momencie na lusterko, zobaczyłem w lusterku jakieś przedmioty fruwające w powietrzu. Być może elementy samochodu, który uderzył w drzewo. Zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy zawracać - powiedział. Były funkcjonariusz podkreślił, że "wydaje mu się", że prędkość kolumny mogła być "znacznie ponad ograniczenie" 50 km/h. - Podjechaliśmy bliżej zdarzenia, każdy z nas, z ochrony osobistej, wysiadł z auta i zabezpieczaliśmy miejsce zdarzenia - opowiadał.

Funkcjonariusz SOP o wypadku Szydło. "Wyrzuty sumienia są do tej pory"

Zapytany o to, czy funkcjonariusz wymieniali się spostrzeżeniami, co się stało, powiedział, że starali się nie rozmawiać na ten temat, jednak każdy się zastanawiał m.in. nad konsekwencjami. - Pamiętam coś w stylu: "Piotrek, wiesz, jak było, wiesz, jak będzie dobrze dla nas". Tego typu sugestie padły - zaznaczył, dodał, że takie słowa wypowiedział dowódca zmiany.

Starszy Chorąży Piotr Piątek powiedział, że "bał się podpaść" i dodał: - Gdzieś tam w głowie, na samym początku, po zdarzeniu, człowiek sobie zadawał pytanie, czy jakby powiedział od razu, że było, jak było, że nie jechaliśmy na sygnałach dźwiękowych, to jakie by poniósł konsekwencje i służbowe, i prawne.

Podkreślił też, że podczas wszystkich przesłuchań, zgodnie z ustaloną wersją, zeznał, że kolumna jechała zarówno na sygnałach świetlnych, jak i dźwiękowych. - Wyrzuty sumienia na pewno były. I są do tej pory - powiedział.

Więcej informacji na stronie głównej Gazeta.pl

Roman GiertychGiertych: Politycy opozycji powinni sprawdzić, czy byli inwigilowani Pegasusem

Wypadek z udziałem Beaty Szydło

Do wypadku z udziałem ówczesnej premierki Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku w Oświęcimiu. Kolumna rządowa, w której podróżowała polityczka, zderzyła się wówczas z pojazdem marki seicento, który był prowadzony przez Sebastiana Kościelnika. 20-latek przepuścił pierwszy pojazd kolumny, a następnie zaczął skręcać w lewo, uderzając w kolejne auto. W konsekwencji tego zdarzenia pojazd kolumny rządowej w wjechał w drzewo. W wypadku poszkodowana została Beata Szydło i funkcjonariusz BOR.

Sprawa ta od początku budziła kontrowersje. Po roku śledztwa (które według ustaleń Radia ZET miało kosztować ponad 154 tys. złotych) śledczy nadal kontynuowali badanie przyczyn tego zdarzenia. Ostatecznie Kościelnik został oskarżony o spowodowanie wypadku. Sam kierowca od początku utrzymywał, że jest niewinny, a samochód, w którym jechała premierka, nie miał włączonej sygnalizacji świetlnej ani dźwiękowej. W kolumnie rządowej, na którą składały się trzy auta, sygnały świetlne miały być bowiem włączone tylko w pierwszym i ostatnim samochodzie.

Jako pierwsza z byłym funkcjonariuszem BOR i SOP rozmawiała "Gazeta Wyborcza":

Beata SzydłoWypadek Beaty Szydło. Niewygodni świadkowie i uszkodzone nagrania

Więcej o: