Były ochroniarz Szydło o wypadku w 2017: Wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych

- Mieliśmy włączone sygnały świetlne, było już ciemno, wjechaliśmy w miasto. Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista - mówi "Gazecie Wyborczej" emerytowany funkcjonariusz SOP, który jechał w rządowej kolumnie wiozącej Beatę Szydło, gdy doszło do wypadku w Oświęcimiu.

Cały artykuł "Gazety Wyborczej" "Były ochroniarz premier Szydło ujawnia prawdę o wypadku sprzed czterech lat" przeczytasz TUTAJ>>>>.

"Gazeta Wyborcza" powraca do sprawy wypadku Beaty Szydło z 2017 roku. Dziennik rozmawiał z Piotrem Piątkiem, byłym funkcjonariuszem Służby Ochrony Państwa (dawniej BOR), który od marca tego roku jest na emeryturze. Z jego relacji wynika, że w sprawie wypadku BOR-owcy mogli składać fałszywe zeznania. 

Były funkcjonariusz SOP: Gdy jeździłem do domu pani premier, nie włączaliśmy syren

Piątek należał do grupy funkcjonariuszy, którzy jechali z premierką Szydło, gdy doszło do wypadku w Oświęcimiu w lutym 2017 roku. - Ta sprawa nie dawała mi spokoju. Są ludzie, którzy chcą, by prawda nie przedostała się do opinii publicznej. Fatalnie się z tym czuję, nie mogłem dłużej z tym żyć - powiedział chorąży Piątek w "Gazecie Wyborczej".

Zobacz wideo Jak państwo walczy ze smogiem? Pytamy Rzecznika Praw Obywatelskich

Dziennik w swoim artykule skupia się na kwestii sygnałów dźwiękowych rządowej kolumny. Rozstrzygnięcie, czy sygnały dźwiękowe zostały włączone, czy nie, jest w tej sprawie kluczowe. W trakcie śledztwa inni funkcjonariusze - jak podaje "GW" - twierdzili. że kolumna jechała prawidłowo, były sygnały zarówno świetlne, jak i dźwiękowe. Sebastian Kościelnik, który prowadził seicento, twierdzi, że samochody jechały bez włączonych syren. Piątek to potwierdza.   

- Mieliśmy włączone sygnały świetlne, było już ciemno, wjechaliśmy w miasto. Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista - powiedział dziennikowi Piątek. - Żeby ludzie nie widzieli, że władza "się wozi i panoszy". Za każdym razem, gdy jeździłem do domu pani premier, nie włączaliśmy syren. Jechaliśmy po cichu, żeby nie wzbudzać sensacji - dodaje. 

Piątek odniósł się do zeznań funkcjonariuszy. Są one utajnione, ale "GW" za swoimi źródłami podaje, że według ich relacji kolumna miała włączone wszystkie sygnały. 

Wypadek Beaty Szydło. Sąd ponownie przesłuchuje świadkówProces ws. wypadku Beaty Szydło w Oświęcimiu wstrzymany

- Każdy z nas był osobno przesłuchiwany, ale wcześniej wiedzieliśmy, co mamy zeznawać. Przed przesłuchaniem usłyszałem tylko: "Piotrek, wiesz jak było...". Ja sobie zdawałem sprawę, że chcąc dalej pracować i awansować musiałem mówić to, co reszta - stwierdził. Jak dodał, odpowiednią wersję przekazywał funkcjonariuszom dowódca zmiany. - On zarządził, jak mamy jechać i jak mamy mówić... To nie było mówione wprost. Raczej "Piotrek, wiesz jak było", "wiesz, jak będzie dobrze dla nas", "wiesz, jak mówić" - ocenił. 

- Pan Piotr Piątek zdecydował się na publiczne ujawnienie faktycznych okoliczności wypadku w Oświęcimiu. Chce żyć w prawdzie. Jego postawa jest wyrazem skruchy związanej ze złożeniem nieprawdziwych zeznań, wyrzutów sumienia spowodowanych świadomością, że oskarżona o spowodowanie wypadku została niewłaściwa osoba - mówi "GW" Ryszard Kalisz, prawnik, któremu Piątek przedstawił relację. 

Mec. Władysław Pociej, obrońca Kościelnika, ocenił, że "nowe fakty mogą zdecydować, czy odpowiedzialność za spowodowanie wypadku ciąży na Sebastianie, czy na Sebastianie i kierowcy BOR, prowadzącym audi wiozące Beatę Szydło".

Beata SzydłoMSWiA pytane o audi, którym podróżowała Szydło. "Pancerne kukułcze jajo"

Wypadek Beaty Szydło

Do wypadku z udziałem byłej premier doszło w lutym 2017 roku. Beata Szydło podróżowała wówczas w kolumnie rządowej, która zderzyła się z pojazdem marki seicento, prowadzonym przez Sebastiana Kościelnika. Kierowca przepuścił pierwszy samochód kolumny, po czym zaczął skręcać w lewo, uderzając w kolejne auto. W konsekwencji pojazd wjechał w drzewo. W wypadku poszkodowana została była premier, a także funkcjonariusz BOR. Sąd pierwszej instancji w Oświęcimiu na początku lipca ubiegłego roku orzekł, że to mężczyzna ponosi winę nieumyślnego spowodowania wypadku, jednak postępowanie zostało warunkowo umorzone na rok. Uznał również, że przepisy miał złamać również kierowca BOR. Sebastian Kościelnik został zobowiązany do zapłacenia na rzecz Beaty Szydło nawiązki w wysokości tysiąca złotych oraz funkcjonariusza BOR, którzy odnieśli obrażenia w trakcie wypadku. Zwolniono go natomiast z kosztów postępowania. 

Od wyroku odwołała się zarówno obrona, jak i prokuratura. Proces toczy się w Sądzie Okręgowym w Krakowie. 

Więcej o: