Gang unijnych pariasów. Prawicowy Warsaw Summit na nikim w Brukseli nie zrobi wrażenia [ANALIZA]

Przez organizację konferencji Warsaw Summit, na którą zjechali przedstawiciele antyunijnej europejskiej prawicy, polski rząd chciał pokazać swoją siłę i sprawczość w polityce zagranicznej. Niestety, jedynym, co pokazał, była dojmująca marginalizacja na arenie unijnej i kompletnie niezrozumienie prawideł geopolityki.

To miał być dla Zjednoczonej Prawicy geopolityczny gamechanger. Dla premiera Mateusza Morawieckiego zwieńczenie jego dwutygodniowej ofensywy dyplomatycznej na europejskich salonach. Dla Polski - furtka do ucieczki z oślej ławki w Unii Europejskiej. Słowem: miało być wspaniale i z przytupem. Jak wyszło? Wyszło jak zawsze, gdy Nowogrodzka zabiera się za politykę zagraniczną.

Zobacz wideo PiS może wyjść mocno stratne na zbliżeniu z sojusznikami Kremla

Wniosek pierwszy: tonący brzytwy się chwyta

Na Warsaw Summit przyjechali przedstawiciele trzynastu partii z całej Europy. Centroprawicowych, jak zapowiedzieli ich organizatorzy szczytu. Chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć: twardej, antyunijnej prawicy. Wszak wśród zaproszonych prym wiedli Marine Le Pen (szefowa francuskiego Zjednoczenia Narodowego), Viktor Orbán (premier Węgier i przewodniczący rządzącego Fideszu) oraz Santiago Abascal (lider populistycznej hiszpańskiej partii Vox).

Lista gości miała być bardziej imponująca, ale do Polski nie przyjechali ani Matteo Salvini (szef Ligi Północnej), ani Petr Fiala (nowy premier Czech). Nieoficjalnie wiadomo, że byłemu włoskiemu wicepremierowi nie podoba się wzmacnianie przez PiS pozycji w europarlamentarnej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Z kolei nieobecność premiera Fiali to manifestacja wagi wciąż nierozwiązanego konfliktu o kopalnię w Turowie pomiędzy Polską a Czechami. Przypomnijmy, że decyzją Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) polski rząd jest zobowiązany do płacenia dziennej kary w wysokości 500 tys. euro za nierespektowanie nałożonych przez TSUE środków tymczasowych, wedle których działanie kopalni miało zostać niezwłocznie wstrzymane. Zasądzonej kary Polska nie płaci i płacić nie zamierza. Poza tym, nowy czeski rząd w swojej deklaracji programowej podkreślił jednoznacznie prounijny kurs, więc wymierzona w Komisję Europejską prawicowa międzynarodówka nie jest towarzystwem, w którym czeski premier czułby się najlepiej.

Niemcy. Pożegnanie Angeli Merkel ze stanowiska kanclerzaWielki Capstrzyk na pożegnanie Angeli Merkel. "Czuję wdzięczność" [ZDJĘCIA]

Wspomniana kara za Turów to niejedyna kara pieniężna, którą na mocy wyroku TSUE musi płacić polski rząd. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego kosztuje nas milion euro dziennie. Do tego nasz Krajowy Plan Odbudowy. Warszawa ma z niego otrzymać ponad 58 mld euro w postaci dotacji i nisko oprocentowanych pożyczek. Wciąż nie doczekał się on akceptacji Komisji Europejskiej i nic nie wskazuje, aby miało się to zmienić w dającej się przewidzieć przyszłości. Z kolei w przyszłym roku przeciwko Polsce może zostać uruchomiony tzw. mechanizm warunkowości, uzależniający unijne transfery od przestrzegania praworządności.

Rząd Zjednoczonej Prawicy w starciu z UE jest dzisiaj na linach i mocno się chwieje. Żeby nie paść na deski, desperacko poszukuje wsparcia i sojuszników. O tych na poziomie rządowym nam coraz trudniej. Na nasze własne zresztą życzenie. Dlatego do Warszawy zjechali inni rozgoryczeni i marginalizowani przedstawiciele mniej lub bardziej radykalnej prawicy. Jedynym wyjątkiem jest tutaj premier Orbán.

Zebranie całej antyunijnej prawicy w jednym miejscu, na jednej konferencji, miało pokazać Brukseli, że Polska nie jest sama, że z Polską trzeba się liczyć. Rzecz w tym, że aby wywrzeć wrażenie na Komisji Europejskiej, wypadałoby dobrać sobie sojuszników, którzy coś w UE znaczą. Tymczasem jedynym znaczącym zawodnikiem był wspomniany już premier Węgier. Tyle że on, podobnie jak Polska, od lat jest w UE na cenzurowanym. To sprawia, że wsparcie z niego dla Polski marne.

Więcej o polityce zagranicznej PiS-u przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Wniosek drugi: antyunijna podkładka

Jeśli chodzi o treść, to Warsaw Summit nie zaskoczył, bo i zaskoczyć nie miał prawa. Wykładnia była od początku jasna: "nie" dla federalizacji UE, zwiększenie wpływów państw narodowych, negatywne skutki ideowej degeneracji Unii oraz panoszącej się poprawności politycznej, konieczność obrony tradycyjnych i chrześcijańskich wartości, ochrona Europy przed islamizmem i uchodźcami.

Marine Le Pen i Mateusz Morawiecki na wspólnej kolacjiEurosceptycy na kolacji u premiera. Kaczyński zmienił zdanie ws. Le Pen?

Stworzenie takiej listy zarzutów i zaproponowanie autorskiej recepty na rozwiązanie problemów to ze strony PiS-u przemyślane zagranie. Przynajmniej własnemu elektoratowi będzie można później zawsze powiedzieć: gnębią nas, bo wytknęliśmy im ich błędy i chcemy te błędy naprawiać. A okazji do zagrania tą kartą będzie w najbliższym czasie sporo, chociażby ze względu na wspomniane już kary finansowe, mechanizm warunkowości czy zapowiedziany na pierwszy kwartał 2022 roku wyrok TSUE ws. Izby Dyscyplinarnej SN. Kluczowe pytanie brzmi jednak: kto poza najwierniejszymi wyborcami Zjednoczonej Prawicy w taki przekaz uwierzy? Zwłaszcza że im mocniej rządzący biją w UE, tym szersze w polskim społeczeństwie jest poparcie dla samej wspólnoty i naszego członkostwa w niej. Przekonywanie już przekonanych politycznych profitów nie przyniesie.

Wniosek trzeci: pozdrowienia z Rosji

Warsaw Summit, patrząc z perspektywy Zjednoczonej Prawicy, byłby całkiem racjonalnym politycznie posunięciem - nie znaczy to, że zakończonym sukcesem - gdyby nie jedna kwestia. A mianowicie to, że obóz "dobrej zmiany" chciał zamanifestować swoją siłę, zapraszając do siebie unijny fanklub Władimira Putina. Trudno inaczej nazwać czy to przedstawicieli Ligi Północnej, czy premiera Orbána, czy przede wszystkim panią Le Pen.

Ta ostatnia próbkę swoich ciepłych, prokremlowskich uczuć dała zresztą w przeprowadzonym przy okazji szczytu wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

Można mówić, co się chce, ale Ukraina należy do sfery wpływów Rosji. Próbując naruszyć tę strefę wpływów, tworzy się napięcia, lęki i dochodzi się do sytuacji, jakiej dziś jesteśmy świadkami

- stwierdziła szefowa Zjednoczenia Narodowego. Dla każdego, kto ma choć śladową świadomość polskiej racji stanu, taka wypowiedź byłaby z miejsca dyskwalifikująca. I to nawet jeśli jej autorka w tym samym wywiadzie obiecuje, że będzie płacić za Polskę nałożone przez TSUE kary finansowe.

Poważną czkawką odbijają się przy tej okazji słowa Jarosława Kaczyńskiego o Le Pen z 2017 roku, gdy stwierdził, że PiS ma z nią "tyle wspólnego mniej więcej, co z panem Putinem". Dzisiaj nie tylko chce mieć z nią jak najwięcej wspólnego, ale do stołu doprasza innych przyjaciół rosyjskiego prezydenta.

Mateusz MorawieckiMorawiecki w wywiadzie dla BBC mówi: Polska? Głos rozsądku w UE

Najgorsze dla PiS-u jest w tej sytuacji to, że wizerunkowej straty po Warsaw Summit nie zrekompensuje nawet realizacja celu strategicznego, jakim było powołanie w europarlamencie nowej, konserwatywnej i antyunijnej frakcji. Obóz "dobrej zmiany" liczył, że uda się połączyć frakcję Tożsamość i Demokracja (należą do niej m.in. Zjednoczenie Narodowe i Liga Północna) z Europejskimi Konserwatystami i Reformatorami (to grupa zdominowana przez PiS, które dysponuje niemal połową jej europosłów). Pierwsza z frakcji liczy 70, a druga 63 szable w Parlamencie Europejskim. Po połączeniu nowa grupa stanowiłaby trzecią siłę w europarlamencie i mogłaby skuteczniej bronić swoich członów przed Komisją Europejską. Jednak aby do połączenia doszło, ktoś musiałby komuś ustąpić. Tymczasem zarówno PiS, jak i Liga Północna czy Zjednoczenie Narodowe - dysponują odpowiednio 27, 28 i 24 mandatami w PE - mają ambicję być jednoczącym, a nie jednoczonym. Efekt jest taki, że zamiast zjednoczenia jest podział.

Wniosek czwarty: geopolityka w służbie partii

Czy obóz władzy może zatem z Warsaw Summit wyciągnąć dla siebie jakieś pozytywy? Tak, chociaż tradycyjnie w przypadku dyplomacji i geopolityki w wydaniu PiS-u odnoszą się one wyłącznie do polityki krajowej. Antyunijny wydźwięk Warsaw Summit mocno zawęża pole manewru Solidarnej Polsce w ich krytyce wspólnoty. Skazuje ziobrystów albo na uspokojenie, albo wręcz przeciwnie - na tak daleką radykalizację, która wyszłaby partii (i całej koalicji rządzącej) bokiem. Jakby nie było, Nowogrodzka pokazała, że ziobryści mogą wszczynać ferment w mediach społecznościowych albo na konferencjach prasowych, ale to PiS ma narzędzia, żeby przynajmniej sprobować coś w temacie unijnym zrobić (inna rzecz, jaka jest skuteczność tych działań).

Jednak nawet na krajowym podwórku Warsaw Summit może mieć swoje negatywne konsekwencje. Opozycji daje to idealny dowód na prokremlowską politykę Zjednoczonej Prawicy i okazję na ponowne wyciągnięcie z szuflady kwestii polexitu. Samemu PiS-owi również nie dodaje to politycznej wiarygodności. Nie tak dawno Komitet Polityczny partii przyjmował uchwałę, podkreślającą wagę członkostwa Polski w UE. Dzisiaj jedna z najważniejszych postaci Warsaw Summit - mowa o Marine Le Pen pytana przez "Rzeczpospolitą", czy jej wygrana w wyborach prezydenckich we Francji będzie końcem UE, otwarcie przyznaje:

Takiej, jaką znamy: mam nadzieję, że tak
Więcej o: