"Obrzydzenie", "podłość", "nikt go już nie chce bronić". W PiS wrze przez Łukasza Mejzę

Jacek Gądek
"Obrzydzenie" i "podłość" - tak o sprawie wiceministra Łukasza Mejzy mówią politycy obozu Prawa i Sprawiedliwości. - Nikt go już nie chce bronić - mówi jeden z członków rządu, który podkreśla, że im szybciej Mejza złoży dymisję, tym lepiej. Ewentualna dymisja wiceministra to jednak decyzja polityczna na najwyższym szczeblu - prezesa PiS i premiera - a ona nie zapadła.
Zobacz wideo Senator Jackowski o ustawach covidowych: Błędy zostały poczynione przez obie strony

Polityk z obozu władzy: - Gdyby rząd miał 250 mandatów, a nie minimalną większość, to już by Mejzy nie było w rządzie. Ale pozostaje, bo rząd ma tylko 233 głosy w Sejmie, podczas gdy większość to 231.

Wedle oficjalnych zapewnień nie ma podjętej decyzji o odejściu Łukasza Mejzy ze stanowiska wiceministra sportu. Są inne: że dymisja będzie, jeśli kontrole wykażą winę Mejzy. A jest, co kontrolować. Wirtualna Polska opisała bowiem, jak Mejza - zanim został posłem - działał w spółce, oferującej chorym organizację za granicą terapii "pluripotencjalnymi komórkami macierzystymi". Hasło firmy brzmiało: "Leczymy nieuleczalne". Spółka kierowała ofertę do pacjentów nowotworowych i neurologicznych. Eksperci wskazują, że nie ma dowodów na skuteczność takiego leczenia, a jest ono wręcz szkodliwe. Sam Mejza zaprzeczył tym doniesieniom, twierdząc, że firma nigdy nie rozpoczęła działalności, więc nic nie zarobił. Zapowiedział też, że podjął kroki prawne na celu ochrony swojego dobrego imienia.

Więcej informacji z polskiej polityki na stronie głównej Gazeta.pl.

Politycy obozu rządzącego, jak wynika z tych relacji, unikają wizyt w mediach. - Wielu nie chce chodzić teraz do mediów, by nie musieć komentować sprawy Mejzy. Nikt niczego pozytywnego o nim nie jest w stanie powiedzieć - mówi jeden z nich.

Jak mówi nam jeden z członków rządu, w obozie rządzącym jest co najmniej "zniesmaczenie", a jego politycy są "wstrząśnięci" doniesieniami o przeszłości Mejzy. - Rodzic, który ma bardzo ciężko albo śmiertelnie chore dziecko, sprzeda wszystko i się zapożyczy, jeśli tylko pojawi się cień nadziei na ratunek. Próba wykorzystywania tego to podłość. Ludzie są wstrząśnięci skalą tej podłości - podkreśla.

Zima w Wielkiej BrytaniiAtak zimy w Europie. Śnieżyce w Hiszpanii, prawie metrowe zaspy w Anglii

Politycy obozu rządzącego, jeśli już występują w mediach, to z przekazem, że sprawę należy wyjaśnić, a jeśli publikacje się potwierdzą, to rządowa kariera Mejzy zakończy się dymisją.

Poseł PiS Marek Suski podkreślał więc, że działalność, którą opisuje WP, jest moralnie dyskwalifikująca. Zwrócił też uwagę, że obecnie badane jest oświadczenie majątkowe Łukasza Mejzy (początkowo odmawiał jego złożenia) i zajmuje się tym nie tylko komisja etyki poselskiej, ale również służby. - Jeżeli wykaże nieprawidłowości, to będzie dymisja - zapowiedział Suski.

Rozmówca z rządu idzie dalej: - To już jest koniec. To tylko kwestia czasu aż Mejza zostanie zdymisjonowany. U każdego informacje o próbie zarabiania na tym, że się udaje chęć ratowania dzieci, wywołuje obrzydzenie.

Moralne oburzenie to w realiach Zjednoczonej Prawicy jednak zbyt mało, by Mejzę zdymisjonować. Stąd Suski sugerował, że dopiero jeśli służby wykryją jakieś złamanie prawa, a więc zdecydują się postawić zarzuty Mejzie, to będzie t oznaczać koniec Mejzy w rządzie.

W obozie rządzącym nie ma wątpliwości, że to nie koniec doniesień o interesach Mejzy z przeszłości. To duży kłopot dla Adama Bielana, który go przyciągnął do współpracującej z PiS Partii Republikańskiej. Szef Republikanów po dniach milczenia udzielił wywiadu w TVP Info. - Łukasz Mejza jest naszym członkiem. Decyzja o tym, czy pozostanie w rządzie, to jest zawsze decyzja jego zwierzchnika - ministra sportu i premiera. Rozmawiałem wczoraj z oboma, nie ma decyzji w tej sprawie - zapewniał Bielan. Ale dodawał, że jeżeli zostanie udowodnione złamanie prawa, to Mejza natychmiast straci fotel w rządzie. Bielan zatem sugeruje to co i Suski.

Bielan odsyłał do ministra sportu Kamila Bortniczuka i premiera Mateusza Morawieckiego. Bortniczuk też nie zabierał w ostatnich dniach głosu, bo urodziło mu się właśnie dziecko, był więc zajęty sprawami rodzinnymi. - To nie od ministra sportu zależy, czy ktoś jest wiceministrem. Minister nie może sam odwoływać swoich zastępców. To jest decyzja polityczna i musi zapaść na najwyższym szczeblu - mówi osoba z otoczenia ministra sportu, wskazując, że Bortniczuk nie miał wpływu na nominacje Anny Krupki i Jacka Osucha na swoich zastępców.

Rozmówca z rządu: - Mejza sam powinien się podać do dymisji. Póki jest w rządzie, to będzie grillowany, a jak zniknie z rządu, to sprawa zacznie przysychać. On nigdy nie powinien pchać się do polityki, skoro ma tyle na sumieniu.

Sam Mejza twierdził, że jego pozycja w polityce jest niepodważalna. - Jestem politykiem, na którym, mówiąc kolokwialnie, wisi rząd. Właściwie to ten rząd Zjednoczonej Prawicy uratowałem, więc jestem do tego przygotowany, że będą we mnie strzelać - twierdził.

Rząd wcale jednak nie "wisi" na Mejzie. Obecnie w 460-osobowym Sejmie klub PiS ma zaplecze liczące 233 "szable". Każda jest zatem bardzo ważna, ale nie absolutnie konieczna do utrzymania rządu. 228 głosy daje sam klub PiS, trzy kolejne współpracujący z rządem Kukiz'15 - to daje 231. Dwa kolejne głosy pochodzą od Łukasza Mejzy i blisko z nim współpracującego Zbigniewa Ajchlera (obaj są niezrzeszeni). Decyzje polityczne Ajchlera są trudne do przewidzenia, bo zmaga się on z ciężką chorobą neurologiczną (Z materiałów reklamowych firmy Mejzy oferowała ona leczenie także z tej choroby, na którą cierpi Ajchler), ale trudno się spodziewać, aby chciał umierać za Mejzę.

Bez Mejzy zatem PiS może liczyć na 231-232 głosy, co przy słabej mobilizacji opozycji daje PiS-owi perspektywę wygrywania głosowań w Sejmie.

Więcej o: