W poszukiwaniu straconego czasu. Polska dyplomacja próbuje naprawić własne błędy ws. kryzysu migracyjnego

Łukasz Rogojsz
Polski rząd bardzo długo zwlekał z podjęciem zdecydowanych działań dyplomatycznych, które pomogłyby rozwiązać kryzys migracyjny na polsko-białoruskiej granicy. Kluczowe były płynące z niego zyski w polityce wewnętrznej. Działania (niezbyt zresztą właściwe) podjęli więc za nas nasi zachodni partnerzy. W odpowiedzi próbujemy nadrabiać stracony czas i udowadniać wszystkim, że to Polska rozdaje w sprawie kryzysu karty.

Nowy tydzień zaczęliśmy od nowego spotu - nakręconego i wypuszczonego przez Kancelarię Premiera. Nagranie opatrzone jest wymownym hasztagiem #WeDefendEurope (pol. Bronimy Europy). Szef rządu w języku angielskim opowiada w nim o kryzysie migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej i płynącym ze Wschodu zagrożeniu dla Unii Europejskiej. Motywem przewodnim spotu jest jednak rola Polski w obronie Europy i europejskich wartości.

Spot najkrócej streścić można do tezy, że Polska (znów) jest przedmurzem chrześcijaństwa, a także gwarantem europejskich wartości i bezpieczeństwa swoich zachodnich partnerów. Premier Morawiecki apeluje do państw zachodnich o solidarność i wsparcie wobec agresji. Podkreśla też, że Polska nie cofnie się o krok w obronie siebie, swoich wartości, ale też całej Europy.

Niezależnie od tego, gdzie żyjemy, wszyscy wiemy jedno: gdy ktoś probuje wedrzeć się do naszego domu, bronimy tego domu

- mówi szef polskiego rządu. I dodaje:

Ta zasada ma zastosowanie również do granic narodowych, granic Unii Europejskiej i NATO. Naszego wspólnego domu. Sprzeciwmy się wspólnie, brońmy Europy

Moment wypuszczenia nagrania nie jest w żadnej mierze przypadkowy. W tym samym czasie premier Morawiecki udał się w polityczne tournée po krajach bałtyckich, gdzie z tamtejszymi przywódcami omawiał kwestię zagrożenia ze strony Mińska i Moskwy. Po powrocie spotkał się z kolei z sekretarzem generalnym Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Mathiasem Cormannem.

Zobacz wideo Czy Angela Merkel powinna była telefonować do Aleksandra Łukaszenki?

We wtorek 23 listopada odbył się natomiast szczyt Grupy Wyszehradzkiej w Budapeszcie. Na tym szef polskiego rządu ma jednak nie poprzestać. Przynajmniej tak wynika ze słów jego rzecznika.

(…) mogę dzisiaj zapowiedzieć, że pan premier w nadchodzących dniach będzie miał szereg spotkań w stolicach europejskich dotyczących właśnie obszaru Europy Środkowo-Wschodniej, bo to, co widzieliśmy w tej chwili na granicy polsko-białoruskiej, to jest raczej jeden z symptomów możliwych działań w długoterminowej perspektywie i o tym będziemy rozmawiać w stolicach europejskich

- zapowiedział Piotr Müller.

To zaskakująca ewolucja postawy polskiego rządu, bo jeszcze niedawno oficjalna linia była taka, że z kryzysem świetnie radzimy sobie sami i nie potrzebujemy niczyjej pomocy.

W sytuacjach trudnych przede wszystkim musimy liczyć na siebie. Musimy być na tyle silnym państwem, żeby potencjalny agresor, potencjalny przeciwnik dziesięć razy, setki razy zastanawiał się, czy warto zadzierać z Polską. Nie, nie warto

- przekonywał w "Gościu Wiadomości" szef MSWiA Mariusz Kamiński. Od postawy ministra Kamińskiego do tego, co obecnie robi premier Morawiecki droga daleka. Jak ją przebyliśmy?

Więcej o kryzysie migracyjnym na polsko-białoruskiej granicy przeczytacie na stronie głównej Gazeta.pl

Krok pierwszy: prywatyzacja kryzysu

Zaczęło się w typowy dla Polski sposób, a mianowicie polityka zagraniczna została sprowadzona do funkcji polityki krajowej. A w polityce krajowej kryzys migracyjny był tym, o czym Zjednoczona Prawica mogła tylko marzyć. Zewnętrzny wróg, zagrożenie państwa, potrzeba silnej i zdecydowanej władzy. To przepis na polityczny sukces i zjednoczenie społeczeństwa wokół silnego rządu. Nawet, jeśli ma być silny wobec zwożonych i siłą przepychanych przez granice migrantów, którzy od miesięcy rezydują w przygranicznych lasach. To nie miało jednak znaczenia, sondaże Zjednoczonej Prawicy wyraźnie wzrosły. Po raz pierwszy od ponad roku. Dodatkowo, opozycja była w kropce - trudno atakować rządzących, którzy działają w myśl dominującej emocji społecznej; z drugiej strony, trzeba się od rządu odróżniać, bo to w końcu polityczny przeciwnik. To wyzwanie opozycję przerosło, Nowogrodzka zmonopolizowała temat.

Trudno się więc dziwić, że nawet, gdy sytuacja na polsko-białoruskiej granicy zaczęła się mocno pogarszać, po stronie rządu nie było najmniejszej chęci, żeby "dzielić" się tym kryzysem z zagranicznymi partnerami czy sojusznikami z organizacji międzynarodowych, do których Polska należy. To mogłoby skutkować zakończeniem kryzysu, co samo w sobie byłoby nie na rękę Prawu i Sprawiedliwości. PiS punktowało na kryzysie, ale kryzysie kontrolowanym. Poza tym, gdyby to nasi zachodni partnerzy opanowali kryzys i rozwiązali problem na polsko-białoruskiej granicy, to również nie zadziałałoby na korzyść polskiego rządu. Okazałoby się bowiem, że chociaż nasz rząd jest silny i sprawny, to potrzeba było interwencji z Zachodu, żeby uporać się z wyzwaniem, które rzucił nam reżim Aleksandra Łukaszenki.

Dlatego politycy obozu władzy obrażali Frontex ("Oni przecież nie mają żołnierzy, ze spinaczami pójdą na granicę? Z biurkami, kserokopiarkami?" - mówiła europosłanka Anna Zalewska), od Unii Europejskiej chcieli co najwyżej funduszy na budowę zapory na polsko-białoruskiej granicy (mówił o tym premier Morawiecki), a zaangażowanie w spór NATO było cały czas odkładane ad acta (chociaż kraje bałtyckie zadeklarowały poparcie dla uruchomienia art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego). Obecne wielkie wzmożenie dyplomatyczne wygląda w tym kontekście dość groteskowo.

Protesty w AustriiFala protestów w Europie. W Holandii zamieszki na ulicach kilku miast [ZDJĘCIA]

Krok drugi: Macron i Merkel w składzie porcelany

A wygląda groteskowo dlatego, że polski rząd w pewnym momencie - gdy na granicy pojawiły się nie setki, a tysiące migrantów - stracił zdolność skutecznego zarządzania konfliktem z reżimem Łukaszenki. Widząc niechęć polskiego rządu do przyjęcia pomocy z Zachodu, Zachód przestał bezczynnie obserwować rozwój wypadków. Postanowił działać, zanim sytuacja zupełnie wymknie się spod kontroli, a oni sami oberwą rykoszetem.

To dlatego z Władimirem Putinem rozmawiał na ten temat francuski prezydent Emmanuel Macron, a do Aleksandra Łukaszenki zatelefonowała niemiecka kanclerz Angela Merkel. Politycy Zjednoczonej Prawicy zareagowali na to w swoim stylu - podnosząc oskarżenia o układaniu się mocarstw ponad polskimi głowami i odgrażając się, że nie będzie na to polskiej zgody. Tak, ruch Macrona i Merkel jest zły. Pokazuje Kremlowi, że udało się podzielić UE w sprawie kryzysu, a dodatkowo legitymizuje Łukaszenkę jako pełnoprawnego przywódcę Białorusi. To negocjowanie z terrorystami, którego skutki trudno dzisiaj przewidzieć. Ale bądźmy szczerzy - sami mocno do tych negocjacji się przyłożyliśmy. Gdyby polski rząd nie chciał zbijać kapitału politycznego na kryzysie, a od razu dążył do jego rozwiązania z pomocą unijnych i światowych partnerów, niemal na pewno udałoby się tego uniknąć. Teraz możemy już tylko minimalizować dyplomatyczne i geopolityczne straty. Dla nas i dla całej UE.

Krok trzeci: Propagandowy sukces staje się porażką

Dlatego dzisiaj polski rząd ma problem. Problem potrójnej natury. Z jednej strony, wciąż musi uważać na to, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy, bo wcale nie jest powiedziane, że chwilowe uspokojenie sytuacji będzie trwać wiecznie. Z drugiej, uspokojenie sytuacji i zaangażowanie się naszych zachodnich partnerów w sprawę skutkuje tym, że Zjednoczona Prawica nie zbija już na kryzysie kapitału politycznego jak wtedy, gdy po raz pierwszy wprowadzała stan wyjątkowy. Słowem: sytuacja przestaje dawać wymierne korzyści. Jest jeszcze trzecia strona, a mianowicie próba (spóźnionej) dyplomatycznej ofensywy polskiego rządu. Sytuacja jest paradoksalna, bo zaangażowanie naszych zachodnich partnerów może sprawić, że o kryzys na polsko-białoruskiej granicy się z nimi pokłócimy. Już słychać ze strony obozu władzy głosy, że Zachód próbuje podejmować decyzje ponad głowami Polski, że jesteśmy w całej sprawie uprzedmiotawiani, że nie zgodzimy się na ustalenia Paryża i Berlina z Moskwą i Mińskiem.

Konferencja po spotkaniu Grupy WyszehradzkiejMorawiecki i Orban na wspólnej konferencji. "Błędna polityka Brukseli"

Niezależnie od tego, jak sprawy potoczą się dalej, Kreml i Białoruś już na tym sporze sporo ugrały. Putin ma wielogłos po stronie UE z perspektywą ewentualnego konfliktu o sposób rozwiązania kryzysu migracyjnego. Łukaszenka nie wiedzieć kiedy został ponownie wpuszczony na światowe salony - "po prośbie" dzwoni do niego kanclerz Merkel, a CNN i BBC przeprowadzają z nim ekskluzywne wywiady o kryzysie migracyjnym.

W tej sytuacji ważne, żeby polski rząd przestał myśleć wyłącznie o sobie i swojej polityce wewnętrznej. W interesie Polski jest zakończenie kryzysu i zminimalizowanie zysków duetu Putin-Łukaszenka. W niczyim interesie po stronie Zachodu nie leży natomiast, żeby w sprawie kryzysu migracyjnego trwał wielogłos, a kolejne państwa UE budowały własne koalicje i licytowały się, kto ma lepszy plan na jego zakończenie. Na czymś takim przegrają wszyscy za wyjątkiem naszych wschodnich sąsiadów. Można było tym kryzysem zarządzać dużo skuteczniej i z dużo większym zaangażowaniem organizacji, których Polska jest członkiem. Ale to już przeszłość. Teraz ważne jest, żeby nie popełniać więcej błędów i dbać o unijną solidarność. Tylko tyle i aż tyle.

Więcej o: