Agnieszka Romaszewska: Zakaz wjazdu dla dziennikarzy? Przez to Polska obrywa teraz rykoszetem

- Teraz jest jasne, że rykoszetem obrywa Polska, zewnętrzny PR państwa polskiego. Mam więc nadzieję, że strefa przygraniczna zostanie otwarta dla mediów. Przynajmniej w jakiejś ograniczonej mierze - apeluje Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa TV Biełsat.
Zobacz wideo Służby białoruskie korzystają z zielonego lasera

Jacek Gądek: - Dlaczego Białoruś wpuszcza BBC, CNN, Reuters, a polski rząd nikogo?

Agnieszka Romaszewska-Guzy: - Brak wstępu dla dziennikarzy do polskiej strefy przygranicznej miał sens, ale w swoim czasie - w sierpniu, gdy była straszna awantura w Usnarzu Górnym pod hasłem "wpuśćmy tych 30 migrantów". Potem szybko się okazało, że tak naprawdę chodzi nie o 30, ale bardziej o tysiąc, a może i 30 tysięcy. Nie popierałam wówczas tego zakazu, ale rozumiałam motywacje stojące za całkowitym zamknięciem strefy przygranicznej przed dziennikarzami i przyjezdnymi ludźmi.

A teraz?

A teraz jest jasne, że rykoszetem obrywa Polska, zewnętrzny PR państwa polskiego. Mam więc nadzieję, że strefa ta zostanie otwarta dla mediów - przynajmniej w jakiejś ograniczonej mierze.

Po białoruskiej stronie granicy już są dziennikarze CNN, BBC, Reutersa. Aleksandr Łukaszenka ich wpuścił i to mu służy?

Tak, oczywiście, choć wiele zależy od tego, gdzie dokładnie ich dopuszcza.

Do obozów migrantów, tuż przy linii granicznej.

Jestem pełna szacunku dla naszego szczytnego zawodu, ale nie wszyscy jego przedstawiciele są równie dociekliwi i posiadają równą wiedzę o całości wydarzeń.

Skoro w polskich mediach zamiast "Kuźnica" bywa, że mówi się "Kuźnice", a zamiast "białoruskie", to "białorusińskie", myli się nazwy i słowa, to czego dopiero spodziewać się po zachodnich telewizjach? Przecież media takie jak BBC czy CNN nigdy nie były szczególnie zorientowane w naszym regionie i nawet - to im trzeba uczciwie wygarnąć - dotychczas nie były zainteresowane tym, co się dzieje w obecnym kryzysie. Ba, od roku z nie widać szczególnego zainteresowania mediów na świecie tym, co się działo na Białorusi, choć sfałszowano tam wybory, odbywały się ogromne protesty, a Łukaszenka wprowadził niespotykany dotychczas terror.

Więcej informacji o kryzysie na granicy z Białorusią - na stronie głównej Gazeta.pl.

Dyktator jest teraz jednak otwarty na zachodnie media.

Łukaszence łatwo jest wykorzystać ten - wynikający z różnych przyczyn - brak wiedzy dziennikarzy i korespondentów zachodnich telewizji. Luki w ich wiedzy satrapa stara się wypełnić swoim przekazem. Korespondenci nie będą oczywiście - nie bądźmy aż tak surowi - we wszystkim mu wierzyć, ale czasami mogą nasiąkać jego wersją albo czegoś nie zauważać. Zawsze też mogą pokazać, że Łukaszenka nie jest dobry, ale polski rząd również jest zły i tak w ogóle to nie wiadomo, kto sprowokował ten kryzys humanitarny, a może to wręcz obie strony są równie winne. Obserwuję taką skłonność światowych mediów - bardzo to irytujące.

Jeśli ktoś miał w dzieciństwie brata albo siostrę, to może to tak po ludzku rozumieć. Gdy jedno dziecko jest agresywne i uderzy drugie, to rodzic mówi czasami "no już się nie bijcie!", bo mu się nie chce wgłębiać się w szczegóły, tak jakby wina leżała po obu stronach. A przecież nie leży.

Korespondent CNN w relacji mówi tak: "Obie strony wzajemnie obwiniają się o ten kryzys. Kraje Zachodu, Stany Zjednoczone i oczywiście Polska twierdzą, że Białoruś traktuje uchodźców przedmiotowo. (...) Białoruś twierdzi za to, że Polska nie robi tego, co powinna, by chronić prawa migrantów"…

…gdy sama oglądam takie relacje, to widzę, jak równoważy się winy obu stron, a to przecież jest skrajnie niesprawiedliwe. Bez względu na to, czy ktoś lubi obecny rząd Polski czy nie, to przecież ten rząd nie sprowadzał migrantów na granicę i nie chciał obalać Łukaszenki. Chyba, że za taką próbę uznać pewną sympatię i wsparcie dla białoruskiej opozycji, której kandydatka na prezydenta wygrała wybory, sfałszowane potem przez Łukaszenkę.

Są śledztwa dziennikarskie - choć nie tak wielkich mediów, jak CNN - pokazujące, w jaki sposób migranci są sprowadzani na granicę polsko-białoruską. Ta wiedza nie jest niedostępna, ale w korespondencjach z obozowisk migrantów w lasach tych informacji nie ma.

Popularna teza mówi tak: skoro dziennikarze są tylko po białoruskiej stronie granicy i nadają stamtąd, to świat chłonie narrację Białorusi. Prawda?

Nie sądzę, by Zachód chłonął narrację Białorusi. Generalnie w świecie wiedza o Europie Środkowo-Wschodniej jest niewielka, a o Białorusi jeszcze mniejsza. Zakaz wstępu dziennikarzy do polskiej strefy przygranicznej jest błędem. Ale to nie oznacza, że to narracja Łukaszenki będzie dominować w mediach na świecie.

Tylko jaka?

Rodzaj narracji zachodniej, na którą duży jednak wpływ ma Rosja. A sam Łukaszenka? To pikuś. Powtórzę: na narrację szeroko pojętego Zachodu ma wpływ narracja rosyjska.

W tych reportażach największych telewizji z Zachodu nadawanych z Białorusi są dramatyczne obrazy - płaczące dzieci i kobiety, osobiste tragedie migrantów. Ten przekaz jest bardzo emocjonalny. Do zwykłego, niezorientowanego widza, to łatwo trafił?

I to są zresztą obrazy prawdziwe, ale na historię tych migrantów należy patrzeć z wielu stron.

Celem całej operacji Łukaszenki, wspieranego przez Putina, było to, aby zaatakować Unię Europejską właśnie takimi strasznymi obrazami płaczących dzieci. Niesamowite przy tym wszystkim jest jedno: jak dziennikarz, a to widzę w materiałach z Białorusi, może nie zapytać, skąd ci ludzie się tam w ogóle wzięli, skoro Białoruś nie graniczy z Irakiem?

Oczywiste było, dlaczego po wybuchu wojny w Syrii, tak wielu uchodźców znalazło się w Turcji, ale przecież tuż obok Białorusi nie wybuchła żadna wojna (poza cały czas tlącą się wojną na Ukrainie). Dla dziennikarzy z Zachodu to kompromitujące, że nie mówią w relacjach, jak Łukaszenka ściąga migrantów na polską granicę. Nie po to jednak Łukaszenka wpuszcza zachodnich korespondentów, by ci będąc na Białorusi mówili, że to dyktator Białorusi jest winny tragedii ludzi.

Sama mam doświadczenia, że na Białorusi można mówić rzeczy niekorzystne dla Łukaszenki tylko do czasu - w moim przypadku to było kilka miesięcy w nieporównywalnie łagodniejszych dla dziennikarzy czasach niż dziś. Potem mnie deportowano. Dziś by to zajęło kilka dni.

Co pani sądzi o takim argumencie, że oto dziennikarze nie są wpuszczani do polskiej strefy przygranicznej, bo staną się celem prowokacji: służby Białorusi widząc kamery będą kreować jakieś propagandowe sceny? A sami dziennikarze - to drugi argument - znajdą się w niebezpieczeństwie?

W tej sytuacji na granicy niebezpieczeństwo oczywiście istnieje, ale przecież niebezpieczeństwo jest codziennością korespondentów relacjonujących konflikty i kryzysy - w tym wojny. Tu mamy poważny kryzys i to oczywista rzeczą: nie może być tak, że dziennikarzom może być wolno absolutnie wszystko. Zresztą w polskiej rzeczywistości można mieć wątpliwości, kto jest a kto nie jest dziennikarzem - także z tego powodu rząd obawia się powszechnego dostępu mediów do strefy przygranicznej.

Ale pani by wpuściła dziennikarzy wszystkich mediów?

Mam koncepcję, że można by to było zorganizować w taki sposób, aby trzy-cztery media mogły jednocześnie wysłać po góra dwie osoby do strefy na 72 godziny. A potem niech tam jadą kolejne media. Sama byłam w taki sposób przez Amerykanów wpuszczana na lotniskowiec w czasie działań wojennych w Afganistanie - wozili nas małymi grupami i nie można było robić wszystkiego, ale jednak obserwowaliśmy, jak działają. Ten system dobrze funkcjonował.

Ale jest inne rozwiązanie. Może lepsze? Gdy zachodnia telewizja mówi na antenie o kryzysie migracyjnym, to rzecznik koordynatora ds. służb specjalnych - Stanisław Żaryn - kontruje na Twitterze, że "nie mamy do czynienia z kryzysem migracyjnym, ale z operacją polityczną przeciwko Polsce".

Jestem oczywiście zadowolona, że pan rzecznik Stanisław Żaryn codziennie komunikuje się na Twitterze. Cieszę się też, że Straż Graniczna, która w sierpniu bardzo słabo informowała o swoich działaniach, teraz codziennie publikuje informacje o wydarzeniach na granicy - tak w języku polskim jak i angielskim. To elementarz państwowego PR-u.

Ale to oczywiście w żaden sposób nie zastąpi relacji dziennikarskich. Rzecznik na Twitterze nie może konkurować z CNN czy BBC.

Jaka jest rola Biełsatu przy tym kryzysie?

Po to jesteśmy, by go relacjonować - i nam się to wciąż udaje. Robimy to głównie na potrzeby widowni na Białorusi, bo ona jest non stop karmiona zupełnie nieprawdopodobnym nonsensem, który leje się z mediów państwowych Rosji i Białorusi.

U Białorusinów obecna sytuacja budzi dyskomfort i stąd nasze relację są tak ważne.

Tak?

Inaczej czuje się Polak, na którego państwo ktoś napada i wywołuje kryzys humanitarny. Dla Polaków niekomfortowo jest patrzeć na nieszczęsnych ludzi na granicy. A Białorusini wiedzą, że to ich państwo jest odpowiedzialne za agresję na sąsiadów i sami sobie zadają pytanie, czy są za to w jakiś sposób odpowiedzialni.

Biełsat stara się pokazywać, kto jest odpowiedzialny za ten kryzys - także po to, aby Białorusini - zwykli ludzie - mogli sobie odpowiedzieć na pytanie, jak oni osobiście określają się wobec takiej agresji i tragedii migrantów. Białorusini mają przekonanie, że ich od lat biją, więc mało się już przejmują tymi, którzy decydują się przylecieć na Białoruś, siedzieć w lasach i forsować granicę, by się w końcu dostać do Niemiec.

Czytam na pani FB: "Wciąż walczę o odrobinę pewności, o realne, instytucjonalne umocowanie Biełsatu, o przestrzeń działania, o zapomogi dla naszych uchodźców. O to by ktoś pamiętał o tych naszych nieszczęsnych braciach zza Buga. To wszystko przyprawia mnie o takie poczucie bezradności i taki ból głowy, ze chciałabym usnąć i obudzić się za jakieś 3 lata. Po prostu żyć mi się nie chce". Straciła pani nadzieję, że Biełsat ma sens?

Nie. To zniechęcenie wynika z wielu rzeczy - choćby z takiej, że właśnie dowiedziałam się kolejnej złej nowiny, a mianowicie, że wieloletnia przedstawicielka Biełsatu nie wyszła z aresztu. Miała wyjść po 15 dniach, ale dalej ją trzymają. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że dziennikarze Biełsatu przesiedzieli w 2020 r. 390 dni w aresztach. To łącznie ponad rok. Ponad 20 osób było więzionych od tygodnia do 6 tygodni za swoją pracę. To bardzo ciężka praca, którą wykonuje się dla Białorusi i dla Polski.

A przy tym czasem mam poczucie, że Biełsat jest - jakby to powiedzieć - niedoceniany, niechciany. Ostatnie wzmianki o sytuacji naszej stacji widziałam głownie w kontekście tego, że za dużo pieniędzy wydaliśmy w 2018 i 2019 r., a przecież gdybyśmy nie zainwestowali wtedy, to nie sprostalibyśmy relacjonowaniu ogromnych protestów na Białorusi po sfałszowanych wyborach prezydenckich.

Czym w istocie jest dziś Biełsat?

Biełsat to nie jest hobbystyczne, choć szlachetne zajęcie dla kilkunastu znajomych po obu stronach granicy. Dziś to poważna i duża instytucja.

Zaryzykuję nawet tezę, że teraz Biełsat to największa instytucja medialna na Białorusi i jedna z istotniejszych na szeroko pojętym postsowieckim wschodzie. Ciągle słyszę jednak opinie, że "Biełsatu nikt nie ogląda" albo że - z drugiej strony - "Biełsat sprowokował zamieszki na ulicach Białorusi". A my po prostu informujemy i robimy to pomimo represji na Białorusi, ogromnych trudności w pracy i mimo tego, że tu w Polsce Biełsat też zbudowany jest tak jakby bez fundamentu. Jest postawiony na miękkiej glebie, zagubiony gdzieś w strukturze Telewizji Polskiej.

Więcej o: