Polski rząd pod unijnym pręgierzem. Morawiecki chce zaczarować Brukselę ws. praworządności

Łukasz Rogojsz
Podczas debaty w europarlamencie poświęconej kryzysowi praworządności w Polsce premiera Mateusza Morawickiego czeka arcytrudne zadanie. W tym samym czasie musi przekonać unijnych decydentów, zadowolić antyunijne skrzydło Zjednoczonej Prawicy i odebrać opozycji polexitowe paliwo. Pytanie, czy upieczenie trzech pieczeni na jednym ogniu jest w ogóle wykonalne.
Pan premier uznał, że jest czas na to, aby przedstawić bezpośrednio, osobiście stanowisko polskiego rządu w zakresie nieprawdziwych informacji jakie pojawiają się, chociażby w kontekście ostatniego wyroku Trybunału Konstytucyjnego

- tymi słowami udział polskiego premiera w debacie zapowiedział rzecznik rządu Piotr Müller.

To dość eufemistyczne ujęcie sprawy. Nieoficjalnie wiadomo, że Kancelarii Premiera bardzo zależało na tym, żeby europosłowie wysłuchali, co premier Morawiecki ma do powiedzenia w sprawie praworządności w Polsce. Na debacie w europarlamencie obecna będzie przecież m.in. szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen.

Udział w debacie to jednak dla Zjednoczonej Prawicy i tak tylko droga do celu. Fundamentalnym celem jest zaś przekonanie unijnych technokratów do tego, żeby zaakceptowali polski Krajowy Plan Odbudowy i nie wstrzymywali transferu unijnych środków do Polski. Między innymi dlatego swój udział w debacie premier Morawiecki wzmocnił dodatkowo, pisząc list skierowany do unijnych przywódców, w tym prezydentów i premierów krajów członkowskich.

Zobacz wideo Jak premier Morawiecki odniósł się do oskarżeń opozycji o przygotowywanie polexitu?

Premier list pisze

Morawiecki zapewnia w nim, że "Polska pozostaje lojalnym członkiem Unii Europejskiej", a także przestrzega i będzie przestrzegać unijnego prawa. Szef polskiego rządu wyraźnie podkreśla jednak, że stosowanie się do unijnego prawa odbywać się będzie w dziedzinach, w których Polska przekazała UE kompetencje. W pozostałych obszarach prawa prymat wobec legislacji unijnej ma Konstytucja RP.

Morawiecki w swoim liście zaznacza też, że szczególnie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jest jedną z unijnych instytucji, które "przekraczają kompetencje przyznane tym instytucjom w Traktatach". Na to zgody Polski nie ma. Szef polskiego rządu przestrzega bowiem, że tego rodzaju działania mają charakter "ze swej istoty sprzeczny z traktatową zasadą praworządności".

Polski premier w liście do unijnych przywódców kładzie też nacisk na "stopniowe przeobrażanie się Unii w podmiot, który miałby przestać stanowić sojusz wolnych, równych i suwerennych państw, a stać się jednym, centralnie zarządzanym organizmem, kierowanym przez instytucje pozbawione demokratycznej kontroli ze strony obywateli państw Europy". To również jest dla polskiego rządu nie do zaakceptowania. Obecnie skutki tego zjawiska dotykają Polski, ale - jak tłumaczy Morawiecki - niedługo mogą być to inne państwa.

Na koniec szef polskiego rządu apeluje do unijnych partnerów o "wysłuchanie polskich argumentów, o ich zrozumienie, oraz o gotowość do dialogu". "Głęboko wierzę, że wspólnie, w duchu wzajemnego szacunku i zrozumienia, bez narzucania innym swojej woli, możemy znaleźć rozwiązanie, które wzmocni naszą Unię Europejską" - zaznacza.

Melodia znana z przeszłości

List Morawieckiego to swego rodzaju mapa drogowa tego, jak będzie wyglądać nie tylko jego wystąpienie na forum Parlamentu Europejskiego, ale również cała linia obrony polskiego rządu w kolejnym etapie sporu o kryzys praworządności w Polsce. Zjednoczona Prawica będzie chciała akcentować kilka wątków.

Po pierwsze, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego z początku października nie jest niczym nadzwyczajnym, a stanowi jedynie obronę traktatowych ustaleń, na które zgodziła się Polska. Po drugie, że podobne decyzje jak ta polskiego Trybunału wydawały w przeszłości sądy konstytucyjne innych państw członkowskich. Po trzecie, że UE przeobraża się w wielki twór polityczny, który zagraża suwerenności i bezpieczeństwu państw narodowych i jeśli nie powstrzymamy tego procesu teraz, przy okazji sprawy Polski, w przyszłości dotknie to również innych krajów członkowskich.

Można więc powiedzieć, że linia obrony polskiego rządu jest standardowa. Tę samą retorykę słyszeliśmy na poprzednich etapach konfrontacji z Brukselą w temacie praworządności. Rzecz w tym, że nie ma ona wiele wspólnego z rzeczywistością.

Wyrok polskiego TK był bezprecedensowy w skali całej UE, bo w przeszłości żaden inny kraj członkowski nie zakwestionował co do zasady prymatu prawa unijnego nad prawem krajowym. Jeśli sądy konstytucyjne już coś kwestionowały, to przepisy unijnego prawa, dotyczące konkretnych rozwiązań, działań albo branż.

Kluczowe jest też to, że wniosek do polskiego TK złożył nie żaden sąd czy organ kontrolny, a szef polskiego rządu. Jest to więc działanie z gruntu polityczne, mające charakter strategiczny w kontekście prawnego sporu rządu Zjednoczonej Prawicy z Unią Europejską. Arcyważne jest w tej sytuacji również to, że wyrok na wniosek polskiego premiera wydała instytucja, której legalność funkcjonowania budzi w UE potężne wątpliwości (polityczne przejęcie Trybunału Konstytucyjnego było bowiem kamieniem węgielnym tzw. reformy sądownictwa, której zgodność z prawem podważa Bruksela).

Wreszcie próba straszenia innych państw unijnych bliżej nieokreślonymi niebezpiecznymi przemianami UE, które zaraz mogą dotyczyć innych członków UE. To również zabieg znany z przeszłości i próba przekonania unijnych partnerów do poparcia stanowiska Polski "na wszelki wypadek". Tymczasem od kilku lat na forum unijnym wiadome jest, że fundamentalne i notoryczne problemy w zakresie praworządności sprawiają Brukseli dwa państwa: Polska i Węgry. Dorabianie do tego teorii spiskowej i wielkiej ideologii mija się z celem.

Trzy cele Morawieckiego

Przekonanie unijnych technokratów swoją drogą, ale premier Morawicki udaje się do Parlamentu Europejskiego z szeregiem konkretnych, politycznych celów. Realizacja każdego z nich ma kluczowe znaczenie dla polityki obozu władzy w kolejnych tygodniach i miesiącach.

Pierwszy cel to zminimalizowanie ryzyka utraty środków unijnych. Przede wszystkich tych, które mają popłynąć do Polski z tytułu polskiego Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Dokument wciąż nie doczekał się akceptacji ze strony Komisji Europejskiej i był swego rodzaju kartą przetargową w sporze o prymat prawa polskiego nad unijnym. Kilka dni temu "Rzeczpospolita" poinformowała, podając się na źródła w hiszpańskim i włoskim rządzie, że na szczycie UE w Brukseli (21 i 22 października) Komisja Europejska będzie chciała zawrzeć porozumienie z Polską w tej sprawie.

Kształt tego porozumienia nie jest jeszcze znany. Według "Rzeczpospolitej" jedną z opcji jest zobowiązanie polskiego rządu, że prawo unijnej nadal będzie nadrzędne nad prawem polskim, chociaż wyłącznie de facto, a nie de iure. Oznaczałoby to respektowanie orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, chociaż wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego z początku marca pozostawałby w mocy.

Rzecz w tym, że jest to rozwiązanie prowizoryczne i stawiające Unię Europejską na wyraźnie słabszej pozycji w relacji z Polską. Może też stanowić bardzo ryzykowny precedens dla innych krajów członkowskich. Nic dziwnego więc, że w Brukseli jest też liczne grono przeciwników układania się z Polską w kwestii praworządności. Głównym oponentem jest europarlament, który domaga się egzekwowania twardej linii. Przeciwne jest też spora grupa państw członkowskich. To o tyle ważne, że sam akcept dla polskiego KPO nie wystarczy. Zielone światło musi dać jeszcze Rada Europejska, a tu potrzebne jest co najmniej piętnaście głosów spośród 27 państw członkowskich.

Drugim celem Morawieckiego jest wewnętrzna polityka Zjednoczonej Prawicy. Tajemnicą poliszynela jest, że przeciągający się spór z Komisją Europejską o tzw. reformę sądownictwa, wyrok polskiego TK i akceptację naszego KPO daje potężne paliwo antyunijnemu skrzydłu obozu władzy. Czyli przede wszystkim Solidarnej Polsce. Formacja Zbigniewa Ziobry, z samym ministrem sprawiedliwości na czele, od lat rywalizuje o wpływy z premierem i próbuje osłabić jego pozycję. Na froncie unijnym wyraźnie widzieliśmy to w końcówce 2020 roku, gdy w Brukseli negocjowano przyszłość mechanizmu "pieniądze za praworządność". Morawiecki i jego otoczenie doskonale to pamiętają. Dlatego teraz, z jednej strony, muszą porozumieć się z Komisją Europejską i uzyskać fundusze dla Polski, ale z drugiej nie mogą ustąpić zbyt mocno, żeby Ziobro i jego ludzie nie okrzyknęli szefa rządu miękiszonem.

Wreszcie cel trzeci, ale z pewnością nie najmniej ważny, a mianowicie polexitowa narracja opozycji. Od momentu wydania wyroku przez TK, opozycja na czele z Platformą Obywatelską dostała wiatru w żagle. Po wielu tygodniach w odwrocie, spowodowanych kryzysem migracyjnym na granicy polsko-białoruskiej, mogła wreszcie przejść do ofensywy. I przeszła, co widać po najnowszych sondażach. W ciągu kilku tygodni po wcześniejszych spadkach ponownie wzrosło poparcie dla Koalicji Obywatelskiej. Odnotowaliśmy także rekordowe poparcie społeczne dla członkostwa Polski w UE. Z kolei pierwsze spadki dotknęły notowań Zjednoczonej Prawicy, która wcześniej wyraźnie zyskała dzięki wspomnianemu już kryzysowi migracyjnemu.

Opowieść o prawicy szykującej polexit to polityczny samograj dla Donalda Tuska. Właśnie tak chce on zarysować podział przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi. Dla Zjednoczonej Prawicy to fatalny scenariusz, bo nawet duża część jej własnego elektoratu nie wyobraża sobie Polski poza Unią Europejską. Jeśli więc Morawiecki poniesie klęskę najpierw w Strasburgu, a potem na szczycie UE w Brukseli, opozycja zyska jeszcze większy impet i zepchnie rząd do jeszcze głębszej defensywy w temacie unijnym. Morawiecki nie ma więc innej opcji, niż wyciągnąć wszelkimi dostępnymi metodami od unijnych decydentów przypadające Polsce pieniądze z tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy. Parafrazując klasyka - KPO albo śmierć.

Więcej o: