Tusk odkrywa przed Platformą, czym jest koło. I robi partii prawicowy lifting

Jacek Gądek
"Efekt Tuska" szybko się wyczerpał, a jego elektorat negatywny jest porównywalny z tym, który ma Jarosław Kaczyński. Lider PO przespał początek kryzysu wokół migrantów na granicy. Celując w 30 proc., Donald Tusk trafnie robi Platformie prawicowy lifting, nakazuje dyscyplinę i powrót do ludu - to odkrywanie koła, ale Platformie dotychczas nawet tego brakowało.
Zobacz wideo Arłukowicz po konwencji w Płońsku: Widzę silną partię, zdeterminowaną, by chronić ludzi

Lider Platformy ekspresowo i perfekcyjnie przejął partię, a w sondażach szybko wywindował ją do poziomu z okolic wyników PO z 2015 i 2019 r. I tu uderzył głową o sufit. Dzisiejsze poparcie dla PO - oscylujące wokół 25 proc. - to osobisty elektorat Donalda Tuska. By dobić do 30 proc. potrzebuje czegoś więcej niż trwania.

Stracona szansa

Pierwszą okazję lider PO sam zmarnował. A było nią uderzenie w najsilniejszy punkt PiS: przekaz PiS o silnej władzy, która broni Polaków przed migrantami na granicy z Białorusią.

Dlaczego? W USA sposób myślenia o strategii marketingowej w polityce zmienił diaboliczny spin doctor Karl Rove, który pracował na sukcesy George'a W. Busha. Rove na głowie postawił dotychczas obowiązującą idee fixe w komunikacji politycznej, by uderzać w najsłabsze punkty przeciwnika.

Wedle Rove'a miało być dokładnie odwrotnie: bij tam, gdzie twój rywal jest najsilniejszy. To współczesne koło marketingu politycznego.

Sięgając po tę metodę sztabowcy Busha pogrzebali Johna Kerry'ego, którego największym atutem była sława bohatera wojennego - wydawał się więc doskonałym kandydatem na prezydenta w naznaczonych wojnami czasie. Kerry i tak poległ.

PO działa jednak wedle utartego schematu albo wręcz improwizuje.

Najsilniejszy punkt PiS

Najmocniejszy punkt PiS-u to przekaz, że "PiS to silna władza, która dba o Polaków" - taka jest kreacja obozu rządzącego, podzielana zresztą przez wielu wyborców. A więc to formacja, która ma mieć w DNA dbanie o bezpieczeństwo - wewnętrzne, militarne, ale i - co dziś szczególnie ważne - także na granicach.

Popularna fraza na ustach polityków jak i wyborców PiS brzmi tak: "a teraz pomyślcie, co by się działo, gdyby Platforma rządziła?". I tu uśmiech politowania. Wraca przy okazji kolejnych zagrożeń dla bezpieczeństwa. Bo PiS jest kojarzone z twardą reakcją, a opozycja z "miękiszonami". Reakcja PO na kryzys na polsko-białoruskiej granicy tylko to ugruntowuje.

Przespany początek kryzysu migracyjnego

Dziś na wschodniej granicy kryzys migracyjny, sztucznie wywoływany przez reżim Aleksandra Łukaszenki, nie jest wielki. To działanie poniżej progu wojny i szantaż, by Unia Europejska odstąpiła od sankcji na Mińsk. Imigranci umierają, koczują w lasach i na bagnach, przymierają głodem, a granica jest dziurawa. Dramat ludzi jest przytłaczający, a etycznie sytuacja bardzo trudna.

Polityka jest jednak bezwzględna. Priorytetem UE - nawet wbrew konwencji genewskiej - jest szczelność granic. Taka jest realna polityka państw bałtyckich i Brukseli. Litwa i Łotwa wcześniej wprowadziły stany nadzwyczajne - nie idą one jednak, co ważne, tak daleko jak polski stan wyjątkowy. Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak wciąż się chwali, że powstają kolejne kilometry prowizorycznych zasieków z drutu kolczastego - łatwych zresztą do sforsowania. Z dykty byłyby pewnie niewiele mniej skuteczne. PO jednak niewiele zrobiła, aby obalić narrację PiS o skutecznej obronie granic.

PO bez generała ws. kryzysu na granicy

Działania PO rozminęły się z emocjami społecznymi. Tuskowi nie udało się jeszcze zdyscyplinować szeregów, stąd samowolne akcje kilku posłów KO, w tym ganianie się posła Franciszka Sterczewskiego ze strażnikami granicznymi. Podczas sobotniej konwencji PO w Płońsku Donald Tusk już ich publicznie zganił, a bronił strażników granicznych i żołnierzy. Podkreślał, że "granica" i "terytorium" to dla Polaków słowa święte - a to przecież powinna być dla wszystkich oczywistość. Tusk jakby więc wyjaśniał swoim ludziom, czym jest koło.

Ale to za późno. Polacy mają już ugruntowane zdanie: popierają działania rządu w obronie granic - nawet jeśli są one nieudolne.

Brak donośnego głosu Donalda Tuska w dyskusji o kryzysie na granicy był na początku uderzający. W krytycznym momencie, gdy Sejm zajmował się stanem wyjątkowym, Tusk był w Brukseli. Jak mówił w Radiu Plus jego partyjny kolega, europoseł PO Andrzej Halicki, Tusk "prowadzi politykę l’assemblée naszego ugrupowania (EPL)". Słowem: ważniejsza była partia w Brukseli, a nie bezpieczeństwo w Polsce. I co masowy wyborca w Polsce ma o tym myśleć? W sprawie migrantów na granicy z Białorusią to Tusk zawinił Platformie: działał czysto reaktywnie i nie zdyscyplinował partii.

To dziwne zaniechania, bo Tusk wie, że Polacy boją się kulturowo obcych migrantów. Wie, że PiS dzięki temu strachowi wygrało z Platformą. Wie, że dziś Unia Europejska nie chce migrantów. Widział, jak Turcja szantażowała całą Unię Europejską żądając okupu za to, że powstrzyma marsz uchodźców na państwa Unii. Jest też Tusk politykiem europejskiego formatu, świetnym mówcą i uważnym czytelnikiem sondaży. W sprawie kryzysu migracyjnego Platforma zwyczajnie nie miała generała, więc dyscyplina leżała, a żołnierze działali samowolnie.

Sprawa migrantów jest już dla PO przegrana.

Trzaskowski też pomógł PiS-owi

Także Campus Polska Przyszłości organizowany przez Rafała Trzaskowskiego był dowodem na brak dyscypliny w szeregach PO. Z kilku dni dyskusji w Polskę poszedł w Polskę przekaz, że Platforma chce "opiłować katolików z przywilejów" (o czym mówił Sławomir Nitras), zamykać szpitale (Tomasz Grodzki) i odbierać Polsce unijne pieniądze (Elżbieta Bieńkowska). A na dokładkę jeszcze Leszek Balcerowicz rozjuszył najmłodsze pokolenie wyborców denializmem klimatycznym.

Słowem: PO, choć to zasługa głównie Rafała Trzaskowskiego a nie Tuska, dała PiS-owi doskonałe paliwo. I znów powodem był brak dyscypliny.

Tusk naprawia błędy. Także swój

Donald Tusk podjął - z opóźnieniem, ale jednak - próbę naprawienia tak własnego błędu zaniechania jak i błędów nadgorliwości innych członków Platformy. Konwencja PO w Płońsku - małym miasteczku na Mazowszu, całowanie chleba, wspominanie znaku krzyża przed jego rozkrojeniem, obrona katolików przed "opiłowaniem" - to prawicowy lifting Platformy.

I trudno się dziwić Tuskowi, że go ordynuje partii. Ok. 90 proc. Polaków to osoby wierzące - nawet jeśli często są antyklerykałami. Tusk przekonywał, że nie można atakować katolików, choć owszem biskupów kryjących pedofilów trzeba. Odkrywał przed Platformą koło - znowu. W polskich warunkach dopiekanie katolikom i łatka lewicowości w kwestiach światopoglądowych to sprawdzony sposób na marginalizację.

Tusk nakazał też swojej partii powrót do ludu - to rzecz znowuż oczywista, ale w PO jakby zapomniana. Symboliczne jest to, że konwencja odbyła się w Płońsku. Jeszcze parę lat temu ówczesny szef PO Borys Budka kpił z PiS-u, że partia ta urządza swój kongres "gdzieś pod Radomiem", a nie w Warszawie. Wybory wygrywa się w Polsce powiatowej, a nie w wielkich miastach. Przecież 40 proc. Polaków mieszka na wsi, a 2/3 w ośrodkach do 100 tys. mieszkańców.

Odzyskać wiarygodność będzie trudno

Kłopotem PO niezmiennie pozostaje brak wiarygodności. Symboliczne jest to, że sam Tusk przyznał się, że jeszcze parę tygodni temu na Campus Polska nie potrafił odpowiedzieć na fundamentalne pytanie młodego człowieka z niewielkiego Kościana. Jakie? Co PO ma zamiar zrobić, żeby młodzi ludzie nie opuszczali małych miast?

To de facto pytanie o podejście Platformy do polski powiatowej. W Płońsku już odpowiedział konkretnie, że trzeba się uporać z bolączkami prowincji: brakiem kanalizacji i wodociągów, niedostępnością lekarzy, słabą ofertą edukacyjną i kulturalną itd. - brakiem rzeczy oczywistych w metropoliach. To znów odkrywanie koła.

Zresztą Tusk, jak sam mówił, sięgnął do statystyk, aby się przekonać o skali bolączek prowincji, bo z własnej obserwacji może ich nie znać.

Zwrot PO ku Polsce powiatowej, ku ludziom z prowincji, by był wiarygodny, musi być trwały. A i tak o odzyskanie wiarygodności będzie tu Platformie trudno. Kłopotem PO wciąż jest bowiem brak determinacji, by gryźć trawę "gdzieś pod Radomiem". A bez tego PO pozostanie w swojej wyborczej bańce.

Okazja do wymuszenia dyscypliny

Teraz Tusk sprawnie jednak wykorzystuje nadarzającą się okazję do zdyscyplinowania partii i zapędzenia jej do roboty w terenie.

Impreza dziennikarza Roberta Mazurka na jego 50. urodziny spadła Tuskowi jak z nieba. Poszli na nią politycy PO jak Borys Budka, Tomasz Siemoniak i Sławomir Neumann. "Pięćdziesiątkę" opijali, gdy w Sejmie przemawiał prezes NIK Marian Banaś ("polityczny świadek koronny", jak mówił Tusk).

Tusk tradycyjnie się wściekł. Ma wyciągnąć konsekwencje wobec nich. Borys Budka może więc stracić fotel szefa klubu parlamentarnego PO, Siemoniak stanowisko w zarządzie partii, a Neumann miejsce na liście Platformy. To dla Tuska doskonały pretekst do wewnętrznych porachunków, ale też budowania dyscypliny. Patrząc na kondycję PO, Tusk jeszcze wiele razy będzie musiał się wściekać.

Więcej o: