Wojna trybunałów. Polska brawurowo blefuje w starciu z Brukselą, ale na ręku ma słabiutkie karty [ANALIZA]

O tym, czy polskie prawo ma nadrzędną rolę nad prawem unijnym, Trybunał Konstytucyjny zdecyduje dopiero pod koniec września (o ile znów nie przełoży rozprawy). Zwłoka jest jednak korzystna dla Zjednoczonej Prawicy. To element arcyważnej rozgrywki pomiędzy Polską i Unią Europejską. Stawką jest przyszłość polskiego Krajowego Planu Odbudowy.

Oficjalnym powodem odroczenia rozprawy jest wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich prof. Marcina Wiącka o wyłączenie ze składu orzekającego sędziego Stanisława Piotrowicza – byłego posła Prawa i Sprawiedliwości oraz byłego szefa sejmowej komisji sprawiedliwości.

Niestety, proszę państwa, Trybunał Konstytucyjny musi zarządzić przerwę, ponieważ musi rozpoznać ten wniosek

- zdecydowała prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska. Po chwili dodała:

Mój apel do uczestników postępowania o traktowanie organu państwa, jakim jest TK, z pełną powagą i składanie wniosków formalnych w takim terminie, aby TK mógł te wnioski rozpoznać w odpowiednim czasie, aby nie przerywać niepotrzebnie postępowania

To jednak polityczno-prawny teatrzyk. Wcześniej Trybunał odrzucił wnioski RPO o wyłączenie ze składu orzekającego sędzi Krystyny Pawłowicz (była posłanka PiS-u i współautorka reformy sprawiedliwości) oraz trzech sędziów-dublerów: Justyna Piskorskiego, Jarosława Wyrembaka, Mariusza Muszyńskiego.

Zobacz wideo Zbigniew Ziobro broni Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego

Odrzucony został również kolejny wniosek RPO. Dotyczył on zawieszenia obecnej sprawy do chwili rozstrzygnięcia przez Trybunał Konstytucyjny innej sprawy, zainicjowanej przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę o dotyczącej tego, czy TK jest sądem w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Gra na czas

Trybunał wniosek o wykluczenie ze składu orzekającego sędziego Piotrowicza mógł rozpatrzyć i przyjąć lub odrzucić już dzisiaj. Nie jest jednak tajemnicą, że obozowi rządzącemu nie jest obecnie na rękę ogłaszanie wyroku, który zapewne będzie stanowił, że polskie prawo jest nadrzędne wobec prawa unijnego. Od strony prawnej byłoby to wypowiedzenie Brukseli wojny totalnej, a samą Polskę postawiłoby w arcytrudnym położeniu, w którym moglibyśmy znaleźć się poza nawiasem unijnej wspólnoty prawnej.

Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego Zjednoczonej Prawicy zależy na odroczeniu w czasie wydania wyroku w sprawie rozpatrywanej przecież na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego. Odpowiedź jest bardzo prosta: chodzi o pieniądze. Konkretnie o ponad 58 mld euro, które mają przypaść Polsce w ramach tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Żeby Polska mogła otrzymać te pieniądze, Komisja Europejska musi najpierw zatwierdzić Krajowy Plan Odbudowy przedłożony przez nasz rząd. KPO to swoisty harmonogram i master plan wydatkowania funduszy z funduszy odbudowy. Rzecz w tym, że KE nie tylko nie wydała decyzji ws. polskiego KPO, ale wręcz ją wstrzymała.

Powód? Tu znów jest wersja oficjalna i to, co jest przekazywane i co można wyczytać nieoficjalnie. Oficjalną kwestią jest biurokracja. Nieoficjalnie KPO stanowi doskonałą formę nacisku Komisji Europejskiej na państwa członkowskie łamiące reguły praworządności (w praktyce chodzi przede wszystkim o Polskę i Węgry). Komisja nie musi dzięki temu sięgać po tzw. mechanizm warunkowości, którego użycie wymagałoby długotrwałej procedury wewnątrz UE i mogłoby zostać zastopowane przez kraje członkowskie.

Kryzys gospodarczy wywołany globalną pandemią koronawirusa dał brukselskim urzędnikom znacznie groźniejsze i efektywniejsze narzędzie w postaci kontroli nad krajowymi planami odbudowy 27 państw członkowskich. KE nie musi nawet nic robić, wystarczy, że schowa KPO danego państwa do przysłowiowej szuflady do czasu, aż rząd takiego państwa zechce nawiązać z Brukselą dialog w kwestiach, w których dopuścił się naruszeń unijnego prawa.

W przypadku Polski od lat chodzi o to samo, czyli tzw. reformę wymiaru sprawiedliwości. Aktualnie pod lupą Brukseli jest funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Europejski Trybunał Sprawiedliwości (TSUE) w lipcu nałożył na Polskę środki tymczasowe, nakazujące zawieszenie funkcjonowania izby, a nieco później wydał także wyrok, w którym stwierdził, że przepisy powołujące do życia Izbę Dyscyplinarną SN naruszają unijne prawo.

Królestwo za Polski Ład

Dla Nowogrodzkiej zmiany w sądownictwie są niezwykle ważne, ale w obecnej podbramkowej sytuacji politycznej jeszcze ważniejsze są pieniądze z tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy. To od nich w dużej mierze zależy być albo nie być flagowego programu inwestycyjnego PiS-u, czyli Polskiego Ładu. Rządzący planują, że jesienią ustawy wprowadzające w życie Polski Ład zostaną przyjęte przez Sejm i będzie można rozpocząć realizację projektu.

I tu pojawia się istotny szkopuł. Uchwalenie w Sejmie ustaw w ramach Polskiego Ładu w sytuacji, gdy Polska nie ma gwarancji finansowych ze strony UE, oznaczałoby, że rząd „dobrej zmiany" mógłby zostać z Polskim Ładem jak przysłowiowy Himilsbach z angielskim. Kluczowe jest więc zdobycie akceptacji Komisji Europejskiej dla polskiego Krajowego Planu Odbudowy.

PiS zrozumiało, że Bruksela używa KPO jako formy nacisku, dlatego w sierpniowym wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej Jarosław Kaczyński zapowiedział likwidację Izby Dyscyplinarnej SN.

Zlikwidujemy Izbę Dyscyplinarną w tej postaci, w jakiej funkcjonuje ona obecnie i w ten sposób zniknie przedmiot sporu

- zapowiedział prezes PiS-u.

Reforma przygotowywana przez minister Annę Dalkowską przewidywała likwidację Izby Dyscyplinarnej jeszcze przed wyrokiem TSUE i już kilka miesięcy temu była omawiana i pozytywnie zaopiniowana przez komitet bezpieczeństwa. Sądzę, że trzeba tę reformę podjąć, bo ona i tak była planowana, najwyżej będzie to kwestia jej przyspieszenia, ale to jest też część Polskiego Ładu

- dodał wicepremier ds. bezpieczeństwa.

Gambit PiS-u

Mając na względzie powyższe słowa, nie może dziwić, że Nowogrodzka nie planuje dolewać oliwy do ognia w absolutnie fundamentalnej dla siebie sprawy. A tym bez wątpienia byłby wyrok upolitycznionego TK, w myśl którego polskie prawo zapewne zyskałoby nadrzędny status nad prawem unijnym.

Po co więc cały ten cyrk z odraczaniem rozprawy? Rządzący, z jednej strony, liczą na to, że przeczekają Komisję Europejską, która w końcu będzie zmuszona wyjąć polski KPO z szuflady i go rozpatrzyć. Z drugiej, pomyślny dla rządu wyrok TK w razie fiaska rozmów z Brukselą da propagandową "podkładkę" pod nierespektowanie niekorzystnych dla opcji rządzącej decyzji unijnych instytucji na czele z TSUE.

W całym tym misternie skonstruowanym planie rządzących jest jednak istotna i mocno problematyczna luka. To Zjednoczona Prawica jest politycznie pod ścianą i to przeciwko niej gra czas. Komisja Europejska nie musi ani przeforsować w Sejmie ustaw Polskiego Ładu, ani znaleźć dla nich pewnego finansowania. Tak mocno stawiając na Polski Ład Nowogrodzka sama postawiła siebie pod ścianą. Teraz nie ma jak stamtąd uciec. Chyba, że ugnie kark przed Brukselą i bez żadnych warunków poświęci Izbę Dyscyplinarną SN, a być może także inne elementy tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości.

Więcej o: