Pewnych 227, prawie pewnych dwóch kolejnych i loteria w postaci kukizowców. Trudna arytmetyka sejmowa Kaczyńskiego [LICZENIE SZABEL]

Łukasz Rogojsz
Ostatni tydzień jest dla Jarosława Kaczyńskiego oraz wierchuszki Prawa i Sprawiedliwości słodko-gorzki. Z jednej strony, udało się rozbić ekipę Porozumienia w Sejmie i przejąć połowę posłów Jarosława Gowina. Z drugiej, nawet to nie gwarantuje stabilnej większości w izbie niższej parlamentu na pozostałą część kadencji. Ta większość znajduje się w rękach czterech kukizowców, a to oznacza, że jest jedną, wielką loterią.

Kiedy Gowin został pozbawiony stanowiska wicepremiera oraz teki ministra rozwoju, pracy i technologii, wiceministrowie z jego partii w geście solidarności złożyli dymisje. Wyglądało na to, że mimo zakusów PiS-u zachowają lojalność wobec swojego szefa. Na Nowogrodzkiej głośno wówczas jednak spekulowano, że Gowin swoich ludzi pewny być nie może. Jak się okazało, nie bez powodu.

Wolta wiceministrów

Już podczas konferencji prasowej 10 sierpnia, na której ogłoszono zrzucenie wicepremiera z sań, rzecznik rządu Piotr Müller między wierszami wzywał podwładnych Gowina do wybrania Zjednoczonej Prawicy zamiast Porozumienia.

Jesteśmy nadal otwarci na to, by wspólnie realizować program Zjednoczonej Prawicy ze wszystkimi posłami partii Porozumienie, którzy rzeczywiście chcą realizować postulaty, które podpisaliśmy w maju tego roku

- zapewnił wówczas jeden z najbliższych współpracowników premiera Mateusza Morawieckiego.

Zobacz wideo Jak premier Mateusz Morawiecki broni projektu "lex TVN"?

Jak dodał, "posłowie partii Porozumienie będą decydować we własnym zakresie, czy decydują się na to, czy kontynuować misję realizacji Polskiego Ładu". Po tygodniu od tamtych słów okazało się, że - nie jest to wielkim zaskoczeniem - były one prorocze. Kolejne ogniwa Porozumienia wykruszały się i opuszczały Gowina, przechodząc na stronę Zjednoczonej Prawicy. Sejmową wędrówkę wiceministrów domknęło pozyskanie Andrzeja Guta-Mostowego. 17 sierpnia, dokładnie tydzień po zdymisjonowaniu Gowina.

Tego dnia Gut-Mostowy został powołany na stanowisko sekretarza stanu w okrojonym o dział "praca" byłym resorcie Gowina. Wcześniej swoją wierność Nowogrodzkiej przyrzekli również inni wiceministrowie - Marcin Ociepa (Ministerstwo Obrony Narodowej), Wojciech Murdzek (Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego) i Grzegorz Piechowiak (Ministerstwo Rozwoju i Technologii). Do tego należy doliczyć Annę Dąbrowską-Banaszek (matka prezydenta Chełma Jakuba Banaszka) oraz Mieczysława Baszko (tuż po zdymisjonowaniu Gowina zasilił szeregi Partii Republikańskiej). Łącznie z jedenastu szabel, które Gowin miał w klubie PiS-u, aż sześć pozostało przy Nowogrodzkiej.

Za decyzją wiceministrów od Gowina przemawia brutalny, polityczny pragmatyzm. Po pierwsze, miejsce na listach. Porozumienie ma obecnie nikłe szanse na znalezienie się w Sejmie przyszłej kadencji. Za pozostanie w obozie "dobrej zmiany" cała czwórka (Dąbrowska-Banaszek i Baszko również) może jednak liczyć na życzliwość prezesa Kaczyńskiego. Druga motywacja jest znacznie bardziej przyziemna, ale z pewnością nie mniej ważna. Pieniądze. Dzięki podpisanemu niedawno przez prezydenta Andrzeja Dudę rozporządzeniu wynagrodzenia wiceministrów wzrosną od sierpnia o ponad 6 tys. zł brutto.

Polowanie na głosy

Pozyskanie, czy raczej odzyskanie, Guta-Mostowego przez obóz Zjednoczonej Prawicy znacząco poprawia sytuację rządzących w Sejmie. 13 sierpnia pisaliśmy na Gazeta.pl, że były już polityk Porozumienia jest dla Nowogrodzkiej "niezwykle ważnym ogniwem w kontekście sytuacji w Sejmie", ponieważ "z nim po swojej stronie PiS może myśleć o 232 mandatach (większość bezwzględna w Sejmie + margines jednego głosu), nawet jeśli jeden z kukizowców zawiedzie Kaczyńskiego (jak poseł Tyszka w głosowaniu nad 'lex TVN')".

Świadoma tego Nowogrodzka dołożyła wszelkich starań, żeby mieć go po swojej stronie. Dzięki temu sytuacja przedstawia się następująco. Zjednoczona Prawica jest pewna 227 głosów. 193 to głosy PiS-u, 19 Solidarnej Polski, osiem Partii Republikańskiej, pięć to byli politycy Porozumienia, a dwie ostatnie szable należą do posłanek niezależnych (Jadwigi Emilewicz i Anny Siarkowskiej).

To jednak wciąż mniej niż choćby najmniejsza możliwa większość w Sejmie (wynosi 231 mandatów). Gdzie Nowogrodzka będzie szukać brakujących głosów (lub już je znalazła)? Dwóch może być w zasadzie pewna. To orbitujący od dłuższego czasu wokół PiS-u posłowie Łukasz Mejza i Zbigniew Ajchler.

embed

Kolejnych szabel po swojej stronie prezes Kaczyński oczekuje od kukizowców. Tych jest w Sejmie czterech - Paweł Kukiz, Jarosław Sachajko, Stanisław Tyszka, Stanisław Żuk. W tym celu już kilka miesięcy temu zawarł z Kukizem umowę o współpracy programowej, która wedle relacji samego Kukiza ma odbywać się na zasadzie „ustawa za ustawę". Projekty, na którym zależy kukizowcom, dotyczą m.in. dnia referendalnego, sędziów pokoju i regulacji antykorupcyjnych.

Rzecz w tym, że Kukiz nie kontroluje trójki pozostałych posłów. To niezależne polityczne byty, a co za tym idzie - nie sposób przewidzieć, jak zagłosują w konkretnych sprawach i czy PiS nie będzie musiało prowadzić z nimi przy każdej okazji osobnych negocjacji. Już dzisiaj trudno mówić o czwórce kukizowców, a bliżej prawdy byłoby stwierdzenie o trzech kukizowcach i pośle Tyszce (głosował przeciwko "lex TVN", a politycznie jest wychowankiem Jarosława Gowina). W obliczu tak wątłej większości w Sejmie silniejszą pozycję negocjacyjną w rozmowach z PiS-em mają kukizowcy. Głosowanie nad "lex TVN" pokazało ponad wszelką wątpliwość, że PiS jest przyparte do muru i zrobi wszystko, żeby zyskać brakujące głosy w Sejmie.

Ostatnim celem PiS-u jest czteroosobowe koło poselskie Polskie Sprawy. W połowie składa się z byłych polityków Zjednoczonej Prawicy - Andrzeja Sośnierza (członek Porozumienia) i Zbigniewa Girzyńskiego. Do tego dwójka byłych polityków Koalicji Polskiej - Paweł Szramka i Agnieszka Ścigaj. Cała czwórka głosowała przeciwko "lex TVN". W dodatku Sośnierz jest mocno skłócony z Nowogrodzką, a Girzyńskim jest zażartym krytykiem Polskiego Ładu. Ścigaj niejednokrotnie odpierała już zaloty PiS-u, który od dawna widzi ją w swoich szeregach, a Szramka to największy wolnościowiec z całej czwórki, więc akces do Zjednoczonej Prawicy byłby w jego przypadku dziwnym i niespodziewanym krokiem.

Bez marginesu błędu

Tym sposobem dochodzimy do sytuacji, w której Zjednoczona Prawica ma 227 głosów własnych, dwa niemal pewne i trzy, które powinny wspierać projekty "dobrej zmiany", ale 100 proc. pewności nigdy nie będzie. Poparcie Nowogrodzkiej w Sejmie będzie się zatem wahać między 229 a 232 głosami. I to przy optymistycznym założeniu 100 proc. frekwencji w obozie władzy. Zamiast Gowina PiS musi się natomiast użerać z czterema odrębnymi bytami - Partią Republikańską, "sierotami po Gowinie", kukizowcami i duetem Mejza-Ajchler.

To więcej niewiadomych i dodatkowe skomplikowanie sytuacji. Marginesu błędu nie ma tu już żadnego, bo możliwości zyskania kolejnych posłów i posłanek przez PiS są mocno ograniczone (choć z pewnością PiS będzie próbować, nawet w szeregach opozycji). Nikt nie pali się do wejścia na pokład okrętu, który od dłuższego czasu mocno nabiera wody. Jesień może być więc dla tego okrętu rejsem po bardzo wzburzonym morzu.

Więcej o: