"Lex TVN" pokazało, że Titanic z Nowogrodzkiej jeszcze płynie, ale coraz bardziej się zanurza [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Prawo i Sprawiedliwość przeforsowało w Sejmie "lex TVN", ale nawet mimo zakulisowej politycznej korupcji nie zdołało zebrać 231 szabel. To pokazuje, że rządzenie w najbliższych miesiącach będzie dla Nowogrodzkiej prawdziwą katorgą. Stabilna większość w izbie niższej parlamentu jest dziś dla PiS-u nieosiągalnym marzeniem, a Jarosław Kaczyński stał się zakładnikiem sejmowego planktonu.

Zacznijmy od tego, że los TVN-u wcale nie jest przesądzony. Niemal pewne jest to, że Senat projekt ustawy odrzuci i wróci ona do Sejmu. Tam PiS będzie potrzebować bezwzględnej większości głosów (więcej głosów "za" niż suma głosów "przeciw" i wstrzymujących się), a jak pokazała batalia nad "lex TVN", będzie z tym spory problem. Do poparcia kluczowego dla prezesa Kaczyńskiego projektu PiS zdołało pozyskać jedynie 228 szabel. Senat ma 30 dni na zajęcie się projektem. Nawet jeśli założyć, że obóz władzy zdoła uchylić decyzję izby wyższej parlamentu, pozostaje jeszcze podpis prezydenta. Dlaczego to wszystko ma znaczenie? Z trzech powodów.

Zobacz wideo Opozycja do posła Suskiego: Hańba, nie zaszczyt!

Trzy życia TVN-u

Po pierwsze, przy tak kruchej większości każde posiedzenie Sejmu może kompletnie zmienić polityczną rzeczywistość. Zwłaszcza gdy między posiedzeniami izby niższej jest miesiąc przerwy. W tym czasie PiS może zarówno pozyskać nowych posłów, jak i stracić tych, których już ma albo na których liczy. Pewne jest, że sezon politycznej korupcji za pieniądze państwowych spółek wchodzi w decydującą fazę.

Po drugie, im dłuższa przerwa, tym więcej czasu na przeprowadzenie dyplomatyczno-gospodarczej kontrofensywy mają Amerykanie. Wirtualna Polska już opisała, że w Waszyngtonie rozważają częściową relokację przebywającego na terytorium polskim amerykańskiego kontyngentu wojskowego.

Wreszcie po trzecie, podpis Andrzeja Dudy pod tą ustawą wcale nie jest przesądzony. Amerykanie mogą rozmawiać bezpośrednio z prezydentem i dać mu do zrozumienia, że parafowanie tego dokumentu na długo zniszczy relacje dwustronne (czytaj: polska głowa państwa będzie persona non grata w Białym Domu, a prezydent Stanów Zjednoczonych będzie szerokim łukiem omijać Polskę, dosłownie i politycznie). Gdy dodamy do tego podgrzanie nastrojów społecznych, jeśli Sejm odrzuci senackie weto, prezydent może postawić się swojemu politycznemu zapleczu tak, jak zrobił to latem 2017 roku w przypadku ustaw sądowych.

Nie można wykluczyć, że gdzieś pomiędzy tymi trzema krokami sama Nowogrodzka oszacuje, że kontynuacja tego projektu nie ma sensu albo że jest niewykonalna w pierwotnej formie. PiS nie raz i nie dwa łagodziło już swoje projekty ustaw, napotkawszy na twardy opór i nieustającą presję. Dzisiaj priorytetem obozu władzy jest wprowadzenie w życie Polskiego Ładu, zwłaszcza ustaw podatkowych, więc jeśli prezes Kaczyński będzie musiał dokonać wyboru między nim a "lex TVN", to z wielkim trudem, ale wybierze Polski Ład.

Festiwal politycznej korupcji

Trudnych wyborów i strategicznych decyzji przed prezesem PiS-u jest jednak znacznie więcej. W tak podbramkowej sytuacji jak teraz jeszcze od jesieni 2015 roku nie był. Przeforsowanie "lex TVN" to pyrrusowe zwycięstwo obozu "dobrej zmiany". Projekt ustawy niby przeszedł, ale jego ostateczny sukces wciąż jest wielką niewiadomą, a już pierwsza batalia w Sejmie uzmysłowiła Kaczyńskiemu, jak tytaniczna praca czeka go w najbliższych miesiącach.

Praca nad tym, żeby utrzymać swój obóz polityczny na powierzchni przez kolejne dwa lata. Stan na dzisiaj jest bowiem taki, że Titanic zderzył się z górą lodową i coraz bardziej nabiera wody. Orkiestra z Nowogrodzkiej gra jednak na nim w najlepsze, choć wydźwięk tej melodii jest groteskowy. Mamy tu, z jednej strony, pokaz brutalnej politycznej siły przy niezgodnej z Regulaminem Sejmu reasumpcji głosowania nad odroczeniem posiedzenia Sejmu, ale również - z drugiej strony - desperackie szukanie głosów w zakulisowych rozmowach z kołami poselskimi i posłami niezrzeszonymi.

"Szukanie głosów" to i tak bardzo delikatne, wręcz eufemistyczne określenie, bo nazywając rzeczy po imieniu, należy powiedzieć otwarcie: PiS urządziło przy Wiejskiej festiwal politycznej prostytucji. Kolejni posłowie oddawali się obozowi władzy za urzędy, stanowiska i pieniądze spółek skarbu państwa. O tym, kto, komu i za ile, dowiemy się w najbliższych dniach. Tego koniunkturaliści mogą być pewni.

Chociaż polityczna korupcja koniec końców przyniosła efekt, dla prezesa PiS-u to zwycięstwo ma bardzo gorzki smak. Polityk z tak gigantycznym doświadczeniem jak Kaczyński doskonale bowiem wie, że po odejściu Porozumienia ze Zjednoczonej Prawicy właśnie tak będzie wyglądać sejmowa rzeczywistość obozu rządzącego w najbliższych miesiącach. Dla każdego pojedynczego projektu będzie trzeba montować nową koalicję, nową większość w Sejmie. Nawet przy zakrojonym na tak olbrzymią skalę procederze politycznej korupcji w pewnym momencie może okazać się to syzyfową pracą. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i "posłowie do wynajęcia", wiedząc, że PiS jest pod ścianą, będą mu dyktować coraz bardziej zaporowe warunki. Za którymś razem, przy którymś projekcie, strony mogą nie osiągnąć porozumienia. A wtedy PiS zostanie z niczym.

Pięć kroków Kaczyńskiego

Na razie Kaczyński stara się zrealizować swój polityczny plan, który składa się z pięciu kroków.

Krok pierwszy: pokazać do wewnątrz (posłom i posłankom obozu władzy) i do zewnątrz (wyborcom, zwłaszcza najtwardszemu elektoratowi), że "dobra zmiana" jeszcze żyje, że wciąż posiada polityczną sprawczość, że potrafi przeforsować i wcielić w życie ważne projekty (nawet jeśli wywołują duży opór opozycji, mediów i zagranicznych partnerów). To warunek sine qua non dalszego funkcjonowania Zjednoczonej Prawicy, bo w ostatnich tygodniach można było nieoficjalnie usłyszeć od jej polityków, że morale szoruje po dnie, a pytania o to, jaki jest sens ciągnąć dalej to wszystko, pojawiają się coraz częściej. To także odbudowa mocno nadszarpniętego na prawicy w trakcie ostatnich dwóch lat autorytetu prezesa Kaczyńskiego.

Krok drugi: za wszelką cenę zmontować nową większość w Sejmie. Nieważne, czy będzie ona trwała, czy nie. Nieważne, ile będzie kosztować (walutą PiS-u są rządowe stołki i intratne posady w spółkach skarbu państwa). Nieważne, z kogo będzie się składać. PiS będzie paktować z każdym i za wszelką cenę, byle tylko uzbierać 231 głosów. Nawet jeśli każde głosowanie w Sejmie poprzedzą kuluarowe tagi i kupczenie majątkiem publicznym. Inna rzecz, że ta metoda nie jest gwarantem sukcesu i opieranie na niej funkcjonowanie rządu w dłuższej perspektywie czasowej jest strategią z pogranicza szaleństwa.

Krok trzeci: w prawo zwrot. Przez pozbycie się z rządu i koalicji rządzącej Jarosława Gowina, PiS i Solidarna Polska podniosły centrową kotwicę (jaka ona była i na co często przymykała oko, to już inna historia) i popłynęły pełną parą na narodowo-katolickie wody. To rzadko poruszany wątek burzliwych wydarzeń w obozie władzy z ostatnich kilkudziesięciu godzin. Teraz celem Nowogrodzkiej będzie pacyfikacja Konfederacji i przejęcie zwłaszcza jej narodowego elektoratu. To powinno wystarczyć do pozbycia się konfederatów z przyszłego Sejmu. Między innymi stąd determinacja do przepchnięcia przez Sejm "lex TVN". A to i tak dopiero początek. Radykalnych działań i projektów, obliczonych na przypodobanie się skrajnie prawicowemu elektoratowi, będzie więcej. Ponowna hegemonia na prawicy jest kluczowa z perspektywy PiS-u w kontekście najbliższych wyborów parlamentarnych. Niezależnie, czy odbędą się one przedwcześnie, czy ustawowym terminie.

Krok czwarty: sukces Polskiego Ładu. Przede wszystkim ustaw podatkowych. To one mają napełnić rządowy skarbiec i pozwolić w ostatnich dwóch latach przed wyborami parlamentarnymi rozdysponować zgromadzone środki w postaci ulg podatkowych (a być może nie tylko tego) do elektoratu socjalnego. Elektoratu, którego mobilizacja zaważy na politycznym być albo nie być PiS-u w 2023 roku. Tu nie ma miejsca na najmniejszy błąd czy sprzeciw. Przekonał się o tym właśnie ekswicepremier Gowin i jego Porozumienie.

Krok piąty: modlić się, żeby to wszystko wystarczyło. Niewiadomych jest bowiem tak wiele, a przeciwności do pokonania są tak duże, że misterny plan demiurga prawicy może się rozsypać w stu różnych miejscach. PiS i Kaczyński nie zależą już wyłącznie od siebie, są na łasce i niełasce sejmowego planktonu, którego część jest dodatkowo kompletnie nieobliczalna. Co więcej, zużycie władzą rządzących jest tak poważne, a morale w ich szeregach tak niskie, że nawet ze strony własnych ludzi Kaczyński nie może być niczego pewny. I takie to właśnie będzie rządzenie - mierzące się na każdym kroku z własnym politycznym imposybilizmem. Karma... jest niewdzięczna.

Więcej o: