Unia postawiła Polsce ultimatum, ale dla PiS-u to lepsza decyzja, niż mogłoby się wydawać

Łukasz Rogojsz
Polska musi zrealizować wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) i zawiesić przepisy, umożliwiające funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Ma na to czas do 16 sierpnia. Jeśli tego nie zrobi, czekają nas wysokie kary finansowe. Brzmi groźnie? Tylko w teorii, bo Bruksela może uderzyć w Zjednoczoną Prawicę znacznie mocniej.
Poprosiliśmy Polskę o potwierdzenie, że w pełni zastosuje się do decyzji z 14 lipca w sprawie Izby Dyscyplinarnej. Polska powinna nas poinformować na temat przewidzianych środków w tej sprawie do 16 sierpnia. (...) W przypadku niespełnienia tej prośby, Komisja zwróci się do TSUE o nałożenie kary na Polskę

- zapowiedziała wiceszefowa Komisji Europejskiej Vera Jourová.

14 lipca TSUE nałożyło na Polskę tzw. środki tymczasowe, mające zapobiec dalszemu funkcjonowaniu Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Dzień później Trybunał wydał wyrok, w którym stwierdził, że przepisy o Izbie Dyscyplinarnej naruszają prawo Unii Europejskiej. Zobowiązał również Polskę do natychmiastowego wprowadzenia zmian legislacyjnych, które wyeliminowałyby wskazane przez TSUE naruszenia.

W międzyczasie polski Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, w którym stwierdził, że środki tymczasowe nakładane na Polskę przez TSUE w związku z reformą sądownictwa są... niezgodne z polską konstytucją. Atmosfera mogła być jeszcze gorętsza, a zamieszanie jeszcze większe, ponieważ w minionym tygodniu TK zajmował się również wnioskiem premiera Mateusza Morawieckiego. Szef rządu wniósł o zbadanie, czy prawo unijne jest nadrzędne wobec prawa polskiego. Ostatecznie rozprawa nie doczekała się finału. Ten będzie mieć miejsce 3 sierpnia, kiedy usłyszymy wyrok.

Zobacz wideo Zdaniem Donalda Tuska PiS chce od wewnątrz osłabić Unię Europejską

Wyścig z czasem

Chociaż polski rząd toczy z Unią batalie prawne o zmiany w wymiarze sprawiedliwości od kilku lat, takiego natężenia kolejnych decyzji po obu stronach jeszcze nie było. Najnowsza decyzja KE oznacza, że Bruksela wciąż daje szansę Warszawie na wyprostowanie spraw bez ponoszenia istotnych konsekwencji. Strona polska z pewnością nie będzie jednak chciała ustąpić, bowiem powołanie Izby Dyscyplinarnej SN było jednym z fundamentów wprowadzanej od 2015 roku reformy sądownictwa, przygotowanej przez Nowogrodzką.

Polski rząd dokona analizy dokumentów przedstawionych przez KE. Polska, podobnie jak inne kraje UE, podkreśla konieczność przestrzegania przepisów unijnych traktatów. Określają one wprost, które kompetencje są przekazane UE, a które pozostają wyłącznymi kompetencjami krajów

- napisał na Twitterze rzecznik rządu Piotr Müller w odpowiedzi na decyzję KE. Po chwili dodał:

Warto podkreślić, że obowiązujące w Polsce rozwiązania prawne są podobne do tych istniejących w innych krajach UE. Podejmiemy właściwy dialog z KE wyjaśniając istotę różnicy zdań w tym zakresie

Jego oświadczenie to zapowiedź gry na czas ze strony Warszawy. Decyzja KE daje Warszawie możliwość złożenia wyjaśnień, negocjowania zakresu i terminu zmian. Kluczowe w tym wszystkim są właśnie terminy. KE deadline wyznaczyła na 16 sierpnia, ale już 3 sierpnia swój wyrok wyda Trybunał Konstytucyjny, który zdecyduje, czy prawo unijne może być nadrzędne względem legislacji polskiej. Jeżeli TK orzeknie tak, jak wszyscy się spodziewają, a więc zgodnie z wnioskiem premiera Morawieckiego, sytuacja jeszcze dodatkowo się skomplikuje.

Rząd będzie mieć wówczas prawną "podkładkę" do nierespektowania ani wyroku TSUE, ani najnowszej decyzji KE. Oczywiście na forum europejskim ta "podkładka" w niczym Polsce nie pomoże, ale z pewnością zostanie wykorzystana w polityce wewnętrznej i kreowaniu narracji o opresyjnej Unii oraz broniącym polskiej niezależności obozie "dobrej zmiany".

W całej sprawie trzeba też pamiętać, że wniosek szefa polskiego rządu do TK nie dotyczy jednej konkretnej działki tematycznej czy jednej konkretnej sprawy, toczącej się przed TSUE. To wniosek całościowy, obejmujący wszystkie dziedziny prawa.

Wniosek polskiego premiera zaprzecza podstawowym pryncypiom funkcjonowania Unii Europejskiej - zasadzie państwa prawnego, zasadzie lojalnej współpracy oraz zasadzie skutecznej ochrony sądowej

- tłumaczył w zeszłym tygodniu na łamach Gazeta.pl dr hab. Piotr Bogdanowicz z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista od prawa europejskiego.

Tutaj nie chodzi o "jakieś" naruszenie prawa Unii Europejskiej. W przypadku Polski mamy do czynienia z naruszeniem zasad, na których UE się opiera. To absolutnie kluczowe zasady i wartości, związane z członkostwem każdego państwa w Unii Europejskiej

- sprecyzował.

Atutowa karta Brukseli

Dla Zjednoczonej Prawicy sytuacja wcale nie jest jednak tak zła, jak mogłoby się wydawać. Wręcz przeciwnie. Decyzja KE zostawia rządowi spore pole manewru i nie mniejszy margines czasowy. W dodatku w grę wchodzi też opcja wykorzystania całej sprawy do rozgrywek na krajowym podwórku. Tymczasem Komisja mogła użyć zdecydowanie groźniejszej broni w prawnej batalii z polskim rządem. Chodzi o złożony przez polską stronę w KE tzw. Krajowy Plan Odbudowy, a więc szczegółowy harmonogram zagospodarowania środków z tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Wstrzymanie transferu pieniędzy albo odroczenie akceptacji polskiego KPO zabolałoby Zjednoczoną Prawicę wielokrotnie bardziej niż kolejne etapy prawnej przepychanki z KE i TSUE. Byłoby też bez porównania łatwiejsze i szybsze, bo nie wymagałoby wielomiesięcznej procedury prawnej przed instytucjami UE. Co więcej, polski rząd miałby w takim układzie dramatycznie słabą pozycję negocjacyjną.

Dlaczego? Ponieważ olbrzymia część Polskiego Ładu - kluczowy program inwestycyjny rządu, który miał zapewnić "dobrej zmianie" polityczne odbicie w drugiej połowie roku - oparta jest właśnie o fundusze rozpisane w KPO. Wstrzymanie przepływu pieniędzy z Brukseli do Warszawy wytrąciłoby polskiemu rządowi wszelkie atuty. Musiałby dokonać arcytrudnego wyboru, a mianowicie zdecydować, czy warto bronić do upadłego reformy sądownictwa kosztem Polskiego Ładu.

Jest tylko jeden realnie skuteczny środek nacisku wobec Warszawy, który ma Unia - transfer funduszy europejskich

- przekonywał przed paroma dniami w rozmowie z Gazeta.pl historyk i politolog prof. Antoni Dudek z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jak twierdził, Jarosław Kaczyński sprobuje wykorzystać zaostrzający się konflikt z UE do odwrócenia uwagi opinii publicznej w Polsce od pogarszającej się sytuacji epidemiologicznej i nadciągającej czwartej fali pandemii koronawirusa. Jednak, zdaniem prof. Dudka, gdy prezes PiS-u zorientuje się, że Bruksela nie blefuje i zamierza zakręcić kurek z pieniędzmi, odpuści.

Wbrew temu, co mówią jego najzacieklejsi krytycy, Kaczyński wcale nie zakłada polexitu. On zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie Polska uzyskała, również za rządów PiS-u, dzięki swojej obecności w UE. Ale cofnie się dopiero, gdy ten unijny miecz Damoklesa będzie lecieć na jego głowę. Nie wcześniej

- ocenił prof. Dudek.

O ile dzisiejsza decyzja KE jest dla polskiego rządu lepsza, niż mogłoby się wydawać, o tyle ma też pewne istotne korzyści dla samej Brukseli. Komisja zdecydowała się najpierw zagrać bardzo zachowawczo i nie zaogniać przesadnie i tak już mocno napiętej atmosfery. Dzięki temu wciąż ma w rękach opcję atomową, a więc decyzję o przyszłości polskiego KPO. W ten sposób umożliwia polskiemu rządowi dobrowolne wycofanie się ze sprzecznych z unijnym prawem zmian w wymiarze sprawiedliwości. Jednocześnie może jednak na stronę polską skutecznie naciskać w negocjacjach, grając właśnie kartą KPO. Dla Zjednoczonej Prawicy z pewnością nie będą to więc spokojne wakacje.

Więcej o: