Kaczyński nie wyprowadzi Polski z UE. Może Unii nie lubić i jej nie ufać, ale potrzebuje jej pieniędzy [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Po kolejnej odsłonie prawnej batalii między polskim rządem i Unią Europejską powróciły głosy, że Jarosław Kaczyński szykuje Polsce polexit. Nie, nie szykuje. Nikt nas też z UE za karę nie wyrzuci. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że jeśli chodzi o naszą przyszłość w Unii, to Zjednoczona Prawica zostawi za sobą pas spalonej do cna ziemi, na której ciężko będzie cokolwiek zasiać.

To był szalony tydzień. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o boje "dobrej zmiany" z Brukselą, to najbardziej szalony za czasów obecnej ekipy rządzącej. W wielkim skrócie: Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) najpierw nałożył na Polskę środki tymczasowe w związku z funkcjonowaniem Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, później wydał wyrok stwierdzający, że powołanie Izby w obecnym kształcie narusza prawo europejskie, a na dokładkę Komisja Europejska wszczęła postępowanie przeciwnaruszeniowe wobec Polski z powodu ustanowienia w Polsce "stref wolnych od LGBT".

Strona Polska zrewanżowała się wyrokiem upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że nakładanie przez TSUE na Polskę środków tymczasowych ws. reformy wymiaru sprawiedliwości jest sprzeczne z polską konstytucją. Odpowiedź Polski mogła pójść jeszcze dalej i być jeszcze mocniejsza, gdyby TK nie przełożył na sierpień wydania wyroku ws. nadrzędności prawa polskiego nad prawem unijnym. Rozprawa w tej sprawie toczy się na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego.

Zobacz wideo Zdaniem Tuska Kaczyński wraz z innymi europejskimi eurosceptykami chce osłabić UE

Granie polexitem

Jednak nawet bez tego od razu po wspomnianych powyżej wyrokach i decyzjach w Polsce podniosły się głosy, że Prawo i Sprawiedliwość i prezes Kaczyński szykują nam polexit. Bo przecież jak inaczej odczytywać wyrok dyspozycyjnego wobec rządu TK, który w praktyce daje obozowi władzy "podkładkę" do niewykonywania postanowień TSUE? Jeśli dodać do tego buńczuczne i okraszone patosem wypowiedzi polityków "dobrej zmiany", rzeczywiście można odnieść wrażenie, że tym razem Warszawa Brukseli nie ustąpi ani o centymetr.

To jednak tylko wrażenie i należy o tym pamiętać. Dla Zjednoczonej Prawicy przeniesienie ciężaru debaty publicznej na temat suwerenności państwa polskiego wobec Unii jest niezwykle wygodne. Po pierwsze, dlatego, że to temat prosty (a więc dla masowego odbiorcy) i budzący olbrzymie emocje społeczne (zwłaszcza w elektoracie rządzących). Po drugie, PiS ma w nim jasne i popularne w dużej części społeczeństwa stanowisko - przedstawia się jako obrońca polskiej godności i suwerenności. Wreszcie po trzecie, awantura o niezależność Polski wobec UE pozwala PiS-owi odsunąć problematyczne tematy z ostatnich tygodni, na których partia traciła wizerunkowo i sondażowo. Chodzi m.in. o aferę mailową, nepotyzm w PiS-ie czy poważny kryzys Narodowego Programu Szczepień.

Ponowne rozniecenie debaty o (rzekomym) polexicie jest też na rękę rządzącym z jeszcze jednego powodu. Odwraca uwagę od powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki i pozwala chociaż na chwilę przejąć kontrolę nad kierunkiem debaty publicznej. Poza tym polexit jest dla opozycji jak płachta dla byka. Wywołuje niekontrolowaną furię. A zaślepiona wściekłością opozycja to opozycja, o jakiej PiS marzy.

Wszystko wygląda dla PiS-u bajkowo? Nie do końca. Cyniczna gra polexitem i emocjami wokół konfliktu z UE jest dla Nowogrodzkiej dobra tylko do czasu. Kaczyński musi pamiętać, że Polacy to wciąż jedno z najbardziej prounijnych społeczeństw w Europie, z poparciem dla członkostwa w UE na poziomie aż 88 proc. (CBOS, grudzień 2020). Przeciwników obecności w UE jest w Polsce raptem 6 proc. To ponad wszelką wątpliwość dowodzi, że także elektorat "dobrej zmiany" chce Polski w UE, nawet jeśli jednocześnie działają na niego godnościowo-niepodległościowe tyrady prawicowych jastrzębi.

Nie ma się czemu dziwić, bo to właśnie wieś i małe miasteczka najmocniej odczuły zmianę jakości życia po wejściu Polski do UE. Wojując z UE i cynicznie podsycając debatę o polexicie, PiS musi pamiętać, że balansuje na linie nad przepaścią. Zwłaszcza że marginesu błędu nie ma obecnie właściwie żadnego. Od blisko dziesięciu miesięcy rządzący są w kryzysie - sondaże topnieją, opozycja się umacnia, a wewnętrzne konflikty wybuchają z coraz to nową siłą. Jeśli PiS w debacie o polexicie przelicytuje, da opozycji do ręki śmiercionośny oręż. A ponieważ na czele największej partii opozycyjnej jest dzisiaj Donald Tusk, polityk do bólu skuteczny, liczenie na to, że opozycja nie wykorzysta również tego prezentu, może okazać się kosztowną pomyłką.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

W tym wszystkim nie należy też zapominać, że Zjednoczona Prawica jest mocno podzielona, jeśli chodzi o stosunek do Unii Europejskiej. Największymi euroentuzjastami jest Porozumienie Jarosława Gowina, z kolei najzagorzalszym eurosceptycyzmem wykazują się politycy Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Co z PiS-em? Można powiedzieć, że Nowogrodzka siedzi w tej sprawie okrakiem na barykadzie. Z jednej strony chce kokietować swój twardy, często eurosceptyczny elektorat pompatycznym deklaracjami o utrzymaniu pełnej suwerenności i walce z Brukselą do ostatniej kropli krwi. Z drugiej - wie, że członkostwo w UE to polska racja stanu i umożliwiło nam dokonanie cywilizacyjnego skoku w ostatnich dwóch dekadach. Wie też, że za Unią murem stoi miażdżąca większość społeczeństwa, więc machanie szabelką ma swoje granice, których lepiej nie przekraczać.

PiS chciałoby mieć ciasto i zjeść ciastko. Pokazuje to nawet przykład samego prezesa Kaczyńskiego, który w swoich wypowiedziach na temat UE i polexitu stara się lawirować tak, żeby za każdym razem przypodobać się innej grupie swojego elektoratu. Prezes PiS-u potrafił powiedzieć, że "wielu mieszkańców wielkich miast zostało okłamanych, zostało zmanipulowanych i w centrum tej manipulacji jest jedno twierdzenie. To mianowicie, że Prawo i Sprawiedliwość przygotowuje polexit. Otóż jest to, jeszcze raz powtarzam, bo już kilka razy to mówiłem, i oczywiście mówił też o tym pan premier, kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz kłamstwo".

Potrafił też jednak mówić zupełnie innym głosem. Jak w wywiadzie dla "Gazety Polskiej" z grudnia 2020 roku. Zapewnił wówczas, że "nie ma takich pieniędzy, za które można by się pozbyć suwerenności".

Chcę powiedzieć jeszcze jedno: póki my rządzimy, pozycja naszego państwa zawsze będzie tak twardo broniona, ale broniona racjonalnie, z głową i, jak widać, niezwykle skutecznie. Nie mamy kompleksów, nie jesteśmy jakąś gorszą częścią UE. Nie. Jesteśmy pełnoprawnym, dużym, silnym państwem członkowskim i nikt nas nie będzie sprowadzał do parteru

- obiecywał wówczas Kaczyński.

Jak czytać Kaczyńskiego? Od lat tak samo. To polityczny pragmatyk. Cynik, czasami radykał, czasami centrysta, ale przede wszystkim pragmatyk. Doskonale wie, że Polska nie ma przyszłości poza Unią. Równie dobrze wie, ile Polska dzięki Unii zyskała. Niestety od zawsze Kaczyński uważał, że dyplomacja odgrywa jedynie służebną rolę wobec polityki wewnętrznej. Właśnie tak jest prowadzona polska polityka zagraniczna po 2015 roku. Dodatkowo Kaczyński stara się próbować na Brukseli swoją ulubioną metodę polityczną, a więc zarządzanie przez konflikt. Właśnie dlatego dzisiaj jesteśmy w UE tam, gdzie jesteśmy - na politycznym aucie. I ani żadne niepodległościowe zaklęcia polityków Zjednoczonej Prawicy, ani propagandowe kawałki mediów publicznych tego nie zmienią.

Jednak nawet na Kaczyńskiego jest sposób. I to do bólu skuteczny. Tu czkawką odbija się pragmatyzm Kaczyńskiego. Chodzi, rzecz jasna, o pieniądze. Konkretnie transfer środków unijnych z Brukseli do Warszawy. To jedyny realny środek nacisku Unii na Polskę. Mówił o tym zresztą w niedawnym wywiadzie dla Gazeta.pl prof. Antoni Dudek.

Wbrew temu, co mówią jego najzacieklejsi krytycy, Kaczyński wcale nie zakłada polexitu. On zdaje sobie sprawę z korzyści, które Polska uzyskała, również za rządów PiS-u, dzięki swojej obecności w UE. Ale cofnie się dopiero, gdy ten unijny miecz Damoklesa będzie lecieć na jego głowę. Nie wcześniej

- przekonywał politolog i historyk.

Finansowego bata na Polskę i Kaczyńskiego Bruksela wcale nie musi szukać daleko. Wiadomo, że postępowania przed TSUE potrafią trwać miesiące, jeśli nawet nie lata, i tego rodzaju ryzyko jest dla PiS-u akceptowalne. Unia ma też jednak szybszą drogę do ukarania Polski. Szybszą, choć nie do końca formalną. W Komisji Europejskiej na akceptację czeka bowiem złożony przez polski rząd Krajowy Plan Odbudowy. A wraz z nim kwota ponad 58 mld euro w bezzwrotnych transferach i wieloletnich pożyczkach. Właśnie na funduszach z UE w dużej mierze oparty jest zaś będący obecnie oczkiem w głowie Kaczyńskiego Polski Ład.

Unia nie musi więc czekać na kary nałożone przez TSUE ani na to, czy polski rząd zechce się im podporządkować. Wystarczy, że wykorzysta swoją władzę nad przyszłością polskiego KPO, żeby wywrzeć nacisk na Polskę. To nawet skuteczniejsze narzędzie niż głośno dyskutowany zarówno w Brukseli, jak i w Warszawie tzw. mechanizm warunkowości, wiążący transfery unijnych pieniędzy z przestrzeganiem praworządności. Ledwie kilka dni temu o skuteczności tej metody przekonali się, aczkolwiek z innych powodów, Węgrzy. Teraz to samo może czekać Polskę.

Pohukiwania polityków Zjednoczonej Prawicy na złą Brukselę mogą więc skończyć się szybciej, niż się zaczęły. Larum grane przez opozycję, że oto za chwilę wyrzucą nas z Unii albo sami z niej wyjdziemy (przynajmniej na razie), nie ma wiele wspólnego z polityczną rzeczywistością. Z UE wyrzucić nikogo nie można, a sami z niej nie wyjdziemy, bo za bardzo lubimy unijne pieniądze, nawet jeśli wyciągając po nie rękę, stale odgrywamy rolę niesfornego dziecka i czarnej owcy w rodzinie.

Faktem pozostaje też jednak to, że kolejne harce Kaczyńskiego i Zjednoczonej Prawicy podkopują i tak już tragiczną reputację Polski w UE, a także jeszcze dalej minimalizują nasze wpływy we wspólnocie. Efektów tego nie widać od razu, a dopiero po czasie. Dlatego też nasi rządzący, chronicznie niezdolni do myślenia strategicznego, zupełnie się tym nie przejmują. Zostawiają za sobą pas spalonej do cna ziemi, na której być może już nigdy nic nie wyrośnie. Ale to dla nich nie problem. Konsekwencje pojawią się przecież dopiero wtedy, gdy stery władzy w Polsce przejmie ktoś inny i będzie musiał zacząć porządkować robiony teraz bałagan.

Więcej o: