230 szabel i ciągła niepewność w Sejmie. Kaczyński zależy dzisiaj od maluczkich polskiej prawicy

Łukasz Rogojsz
Co prawda Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się dosztukować jednego posła do klubu Prawa i Sprawiedliwości, ale nawet z nim obóz władzy dysponuje w Sejmie zaledwie 230 szablami. To oznacza, że Nowogrodzka, aby przepchnąć przez izbę niższą parlamentu swoje projekty, będzie musiała układać się nie tylko ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem.
Mam dobrą wiadomość, w ostatnich dniach pisano, że nasz klub ma poniżej 230 posłów. Od tej chwili ma z powrotem 230, sądzę, że niedługo będzie miał więcej

- oświadczył 1 lipca prezes Kaczyński, zapowiadając transfer nowego-starego posła.

Lech Kołakowski, bo o nim mowa, to jeden ze starych druhów prezesa Kaczyńskiego. W PiS-ie był od momentu powstana partii, a wcześniej działał w innej partii Kaczyńskiego - Porozumieniu Centrum. Z roli wiernego żołnierza prezesa wyszedł we wrześniu 2020 roku, kiedy zagłosował przeciwko tzw. "Piątce dla zwierząt", czyli ustawie zakładającej m.in. likwidację hodowli zwierząt futerkowych. Projekt był oczkiem w głowie prezesa Kaczyńskiego, który mimo poważnego sprzeciwu w szeregach partii zarządził w tym głosowaniu dyscyplinę partyjną.

Zobacz wideo Adam Bielan nie wyklucza, że czekają nas przedterminowe wybory

Kołakowski tę dyscyplinę złamał, za co został zawieszony w prawach członka partii. Szeregi PiS-u opuścił w listopadzie ubiegłego roku i od tamtego czasu pozostawał posłem niezrzeszonym. Obecnie jest członkiem Partii Republikańskiej, nowej formacji Adama Bielana, ale w Sejmie ponownie zasilił klub PiS-u.

Z posłem znamy się ponad 30 lat. Nawet w rodzinach zdarzają się takie trudniejsze momenty. One mijają, jeśli to dobra rodzina. A nasza formacja jest dobrą rodziną

- przyznał Kaczyński, nawiązując do burzliwego ostatniego roku w relacjach Kołakowskiego z PiS-em.

Prezes PiS-u dodał, że Kołakowski zasila większość rządzącą "z powodów merytorycznych".

Zabiegał o pewne sprawy dla polskiego rolnictwa, to na pewno będzie o nich mówił. My postanowiliśmy, że te postulaty są warte nie tylko zastanowienia, ale także przyjęcia. To jest ta merytoryczna płaszczyzna naszego porozumienia

- wyjaśnił lider Zjednoczonej Prawicy.

embed

Co prawda transfer nowego-starego posła do klubu PiS-u sprawia, że zwiększa się jego stan posiadania, ale 230 głosów w Sejmie to wciąż zbyt mało, żeby samodzielnie dysponować stabilną większością w izbie niższej parlamentu. Prezes Kaczyński zapowiedział dalsze transfery, ale na razie poparcia dla projektów Zjednoczonej Prawicy musi szukać wśród kół poselskich, które oderwały się od obozu władzy, oraz posłów niezrzeszonych. A to może być bardzo trudne.

Sejmowe łowy Kaczyńskiego

Poza Zjednoczoną Prawicą są aktualnie trzy koła poselskie, o poparcie których "dobra zmiana" będzie się starać. Najłatwiej (przynajmniej w teorii) powinno być z Pawłem Kukizem i jego trójką posłów (Stanisławem Tyszką, Jarosławem Sachajką i Stanisławem Żukiem). Zjednoczona Prawica ma już podpisaną umowę o współpracy z kukizowcami w formacie "ustawa za ustawę". Nowe przymierze nie przeszło jeszcze żadnego poważnego testu, więc trudno ocenić jego przydatność bojową. Poza tym, kukizowcy słyną z nieprzewidywalności i niesterowalności. Nawet sam Kukiz nie ma nad nimi kontroli. Tym bardziej nie będzie jej mieć Jarosław Kaczyński.

Drugim kołem są Polskie Sprawy. W jego skład wchodzą: Andrzej Sośnierz (ex-Zjednoczona Prawica), Paweł Szramka (ex-Koalicja Polska) i Agnieszka Ścigaj (ex-Koalicja Polska). Tutaj tak łatwo jak z Kukizem z pewnością nie będzie. Sośnierz jest skonfliktowany z PiS-em, a Szramka i Ścigaj starają się trzymać równy dystans wobec obu stron politycznego sporu. Posłankę Ścigaj swego czasu bardzo chciało mieć u siebie PiS, ale starania spełzły na niczym. Trudno więc przewidzieć, jak to koło będzie głosować. Z pewnością Zjednoczona Prawica nie może w ciemno doliczać sobie tych trzech głosów.

Trzecim kołem jest powołane pod koniec czerwca koło Wybór Polska. Wnioskując z deklaracji, które padły w momencie odejścia trójki posłów z klubu PiS-u, zwłaszcza ostrej krytyce Polskiego Ładu, także tutaj rządzący nie mają podstaw, żeby z góry zakładać poparcie dla swoich ustaw. Jeśli Wybór Polska poprze jakiś projekt "dobrej zmiany", będzie to z pewnością okupione wcześniejszymi negocjacjami. A to wcale nie będzie proces łatwy i przyjemny.

embed

Teraz promyczek nadziei dla Zjednoczonej Prawicy. Są nim "rozłamowcy" z Porozumienia, którzy aktualnie współtworzą już Partię Republikańską. To Kamil Bortniczuk, Jacek Żalek, Michał Cieślak i Włodzimierz Tomaszewski. Do tego grona należy doliczyć opisanego na początku tekstu posła Kołakowskiego. Łącznie pięć głosów w izbie niższej parlamentu. Rzecz w tym, że są to głosy, które w szeregach obozu władzy były już na początku tej kadencji Sejmu. Zjednoczona Prawica nic więc nie zyskuje, a jedynie minimalizuje dalsze straty. Minusy: zyskuje de facto trzeciego koalicjanta, który tylko na wstępie może być potulny i dyspozycyjny.

I tak dochodzimy do posłów niezrzeszonych. Tych w obecnym Sejmie jest pięcioro: Zbigniew Ajchler, Ryszard Galla, Łukasz Mejza, Monika Pawłowska, Paweł Zalewski. Posłowie Zalewski i Galla wspierać Zjednoczonej Prawicy z pewnością nie będą. Pierwszy dopiero co rozstał się z Platformą Obywatelską i wobec obozu rządzącego jest mocno krytyczny; drugi to poseł mniejszości niemieckiej.

Posłanka Pawłowska chociaż teoretycznie niezrzeszona, to orbituje wokół Zjednoczonej Prawicy. Pod koniec marca opuściła szeregi Lewicy, orientując się na Porozumienie Jarosława Gowina. To, z jednej strony, dobra wiadomość dla Nowogrodzkiej; z drugiej - niekoniecznie, bo tym głosem najszybciej może rozporządzać wicepremier Gowin, który w tej kadencji nie raz i nie dwa udowodnił już Nowogrodzkiej, że potrafi postawić na swoim i wyłamać się w kluczowym głosowaniu.

Wreszcie posłowie Ajchler i Mejza. Tej dwójce do PiS-u zdecydowanie najbliżej. Na Gazeta.pl pisaliśmy nawet o planach przejścia Mejzy na stronę rządzących w zamian za stanowisko wiceministra rolnictwa. Mejzy co prawda w rządzie nadal nie ma, ale w sejmowych kuluarach można usłyszeć, że usilnie pracuje nad sformowaniem własnego koła poselskiego, w którym znalazłby się on, Ajchler i jeden z posłów PSL. Problem polega na tym, że polityka ludowców na razie nie udało się Mejzie "wyciągnąć" z klubu Koalicji Polskiej. Mimo tego, tych dwóch głosów prezes Kaczyński może być najpewniejszy, jeśli chodzi o posłów niezrzeszonych.

Hegemon klejony z tektury

Co oznacza opisana powyżej sejmowa układanka? Kluczowe wnioski są cztery. Po pierwsze, uszczuplenie stanu posiadania samego PiS-u do 230 posłów oznacza, że wicepremier Gowin i posłowie, którzy wciąż przy nim pozostali, zyskują na znaczeniu. I to mocno. Dopiero co - zwłaszcza po rozłamie w Porozumieniu, a później także zawarciu przez PiS taktycznego sojuszu z Pawłem Kukizem - wydawało się, że prezes Kaczyński wielkimi krokami zmierza do zrzucenia Gowina z sań. Sam Gowin również się do tego szykował, coraz krytyczniej wypowiadając się o Zjednoczonej Prawicy. Niedawna decyzja trójki posłów PiS-u zmieniła wszystko. Gowin znów jest Kaczyńskiemu niezbędny i znów może dyktować warunki. To zaś oznacza, że ponownie zyskał na atrakcyjności dla opozycji. Przynajmniej na jakiś czas.

Wniosek drugi dotyczy zarządzania skomplikowanym koalicyjno-rządowym biznesem. To zarządzanie od wyborów w 2019 roku nastręczało prezesowi Kaczyńskiemu całej masy problemów, a ich liczba zwiększała się z miesiąca na miesiąc, osiągając swoje apogeum po wygranych wyborach prezydenckich latem 2020 roku. Olbrzymie kłopoty sprawiała już dwójka koalicjantów. Teraz Nowogrodzka, chcąc zapewnić sobie stabilną większość w Sejmie, będzie musiała układać się z piątką partnerów. Do Ziobry i Gowina dochodzą bowiem Bielan, Kukiz i Girzyński. A jest jeszcze koło Polskie Sprawy i posłowie niezrzeszeni. To ogromnie komplikuje sytuację Zjednoczonej Prawicy. Nadal jest ona w stanie zdobyć w izbie niższej parlamentu wystarczające poparcie dla swoich projektów - wedle naszych kalkulacji może liczyć w porywach nawet na 243 głosy, chociaż jest to scenariusz aż nadto idealny - ale będzie to wymagało bez porównania większego wysiłku niż dotychczas. Jednocześnie margines błędu bardzo się kurczy, właściwie w ogóle go już nie ma. Piłeczek, którymi jest zmuszony żonglować prezes Kaczyński, robi się niebezpiecznie dużo. Lada moment mogą zacząć wypadać mu z rąk.

Jeśli przypomnimy sobie, jak wyglądała działalność Zjednoczonej Prawicy w Sejmie po jesieni 2019 roku, a już zwłaszcza po reelekcji Andrzeja Dudy, nasuwa się prosty wniosek: mieliśmy do czynienia z doraźnym zarządzaniem, a nie efektywnym rządzeniem. Pamiętam moje rozmowy z politykami Zjednoczonej Prawicy, którzy relacjonowali mi, jak poirytowany taką sytuacją był (i zapewne nadal jest) prezes Kaczyński, który przez Gowina i Ziobrę nie mógł samodzielnie przepchnąć przez Sejm żadnej inicjatywy. Jeśli już wówczas skala trudności była ogromna, to obecnie można ją porównać do zdobywania K2 zimną. I to bez butli z tlenem. Jasne, w teorii wszystko jest możliwe, ale w praktyce sprawy nie wyglądają dla rządzących optymistycznie. Najdelikatniej rzecz ujmując.

Ten polityczny bezwład, na który od zawsze uczulony jest prezes Kaczyński, w połączeniu z symbolicznym, acz bolesnym, ciosem, jakim była utrata większości w Sejmie - na tydzień przed kongresem PiS-u, co również miało swoją symbolikę - może uruchomić efekt domina. Jak dotąd, co jakiś czas słyszeliśmy przecieki z obozu władzy o pomyśle przedterminowych wyborów. Nawet, gdy wydawało się to całkiem logiczne z punktu widzenia politycznej strategii, szybko pojawiały się dwa argumenty. Po pierwsze, przywiązanie partyjnego aparatu PiS-u, Solidarnej Polski i Porozumienia do państwowych synekur i niechęć do niepotrzebnego ryzykowania ich utraty. Ergo: scenariusz gnicia władzy. Po drugie, strach samego Kaczyńskiego przed scenariuszem wcześniejszych wyborów, spowodowany traumą z 2007 roku, gdy takie posunięcie zakończyło się utratą władzy.

Dzisiaj pytanie o scenariusz przedterminowych wyborów wydaje się zasadniejsze niż kiedykolwiek wcześniej za rządów "dobrej zmiany". Zjednoczona Prawica niepewnie balansuje na granicy sterowności w Sejmie, koalicja rządząca jest potwornie skonfliktowana wewnętrznie, a sprawne i sprawcze rządzenie państwem w obecnych realiach politycznych wydaje się pijackim mirażem. Z drugiej strony, sondaże rządzących są bardzo przeciętne, a opozycja chociaż nie wydaje się murowanym faworytem przedterminowej elekcji, miałaby spore szanse na przejęcie władzy. Inna rzecz, czy i na jak długo potrafiłaby w razie wygranej sformować rząd.

Dla prezesa Kaczyńskiego jest to nie lada dylemat. Czy podjąć próbę rządzenia za wszelką cenę z całą chmarą uciążliwych koalicjantów, wyłącznie w imię trwania przy władzy? Czy może zaryzykować wszystko, pozbyć się maluczkich i liczyć, że opozycja raz jeszcze potknie się o własne nogi, a wyborcza machina PiS-u dowiezie zwycięstwo w przedterminowych wyborach?

Transfer posła Kołakowskiego pokazuje, że przynajmniej na razie prezes PiS-u będzie chciał uniknąć przedterminowych wyborów. Tyle że Kołakowski to tylko jedna szabla, a problemy PiS-u są znacznie poważniejsze. Nawet jeśli Kaczyński ściągnie do PiS-u jednego, dwóch czy więcej posłów, dryfujących gdzieś na obrzeżach Zjednoczonej Prawicy, to zaradzi skutkom, a nie przyczynom problemów, trawiących od blisko roku jego obóz polityczny. Pytanie, czy z przyczynami można sobie jeszcze w ogóle poradzić.