Kowal o wyborach w Rzeszowie: Moi ziomkowie pokażą, że u nas się wybiera, a nie namaszcza

Łukasz Rogojsz
- Na pewno psychologicznie zwycięstwo w Rzeszowie będzie bardzo istotne dla opozycji. Będzie oznaczać, że można wygrać w jaskini lwa, w samym sercu "dobrej zmiany" - o zaplanowanych na 13 czerwca wyborach prezydenckich w Rzeszowie mówi w rozmowie z Gazeta.pl, dr hab. Paweł Kowal, rzeszowianin i poseł Koalicji Obywatelskiej.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Kto wygra w Rzeszowie?

DR HAB. PAWEŁ KOWAL: Fijołek. Jestem o tym przekonany.

Bo zdecydowanie prowadzi w sondażach?

Po pierwsze, bo rzeszowianki i rzeszowianie docenili, że jako jedyny z kandydatów zna miasto na wylot, ma doświadczenie i nic nie udaje. Po drugie, ponieważ połączył kampanię mikro - na osiedlach - z nową, strategiczną wizją rozwoju miasta. Po trzecie, bo pokazał, że ma wsparcie w całej Polsce - przyjechała go wesprzeć plejada polityków krajowych i samorządowych.

Jest pan też przekonany o tym, w której turze Fijołek zwycięży?

Ma szanse wygrać w pierwszej turze. Rozrywka toczy się teraz na osiedlach, tam może zebrać dodatkowe głosy. Jego pomysł na inwestycje osiedlowe może przechylić szalę na jego korzyść.

To najlepszy kandydat, jakiego opozycja mogła wystawić?

Tak. Chociaż na początku podchodziłem do jego kandydatury z pozytywną rezerwą. Dopiero, kiedy pojechałem do Rzeszowa pomóc przy kampanii, bardzo mnie do siebie przekonał. Podobnie było z innymi politykami opozycji - kto jechał do Rzeszowa pracować przy kampanii, wracał całkowicie przekonany do Fijołka.

Czym was tak oczarował?

Żeby dobrze rządzić miastem, trzeba się w nim trochę zakochać, ale przede wszystkim w autentyczny sposób umieć okazać tę miłość i związek z miastem. Kiedy przyjeżdża się do Rzeszowa i widzi Fijołka w kontekście miasta, to od razu ma się poczucie, że to jedyny kandydat, który potrafi to zrobić, że jest zakochany w Rzeszowie.

Bo jest rodowitym rzeszowianinem?

Właśnie nie o to chodzi, chociaż tak przyjęło się mówić. Można nie być z danego miasta, ale trzeba umieć pokazać, że to miasto jest dla kogoś absolutnym priorytetem. Zwycięstwo w wyborach samorządowych w dużym stopniu rozgrywa się właśnie w tym napięciu autentycznego uczucia do miasta i jego mieszkańców, do zrozumienia tej całej lokalnej specyfiki. Fijołek idealnie w to trafił.

Zobacz wideo Jakiej szansy opozycja upatruje w ewentualnej wygranej Konrada Fijołka w Rzeszowie?

Minister Marcin Warchoł i wojewoda Ewa Leniart tego uczucia do Rzeszowa nie mają?

Nie mają. Kampania ministra Warchoła wydawała się w pierwszej fazie najbardziej profesjonalna. Mówiło się: oparta o amerykańskie wzorce, czyli podejście z pietyzmem do każdego szczegółu - np. doszlifowanie kolorów i czcionki na plakatach wyborczych - i zainwestowanie dużych środków. Ale było w tym coś sztucznego. Koniec końców okazało się, że mieszkańcy Rzeszowa mają swój rozum i się na to nie złapali.

Na co się nie złapali?

Ta kampania była za bardzo "na wnuczka" - wszędzie chodził z poprzednim prezydentem z lewicy. Rozumiałem "użycie" Tadeusza Ferenca w kampanii, ale ludzie ministra Warchoła mocno przesolili z tym pokazywaniem go ciągle w towarzystwie byłego prezydenta, tym bardziej, że jeden ma korzenie jeszcze w PZPR, a drugi reprezentuje raczej ostrą prawicę. Coś w tym wszystkim ludziom nie grało. Pan minister pokazywał się z Ferencem wszędzie, gdzie tylko mógł. To sprawiło, że w ogóle nie było wiadomo, jaki jest komunikat tej kampanii i tej kandydatury. Mam wrażenie, że wyborcy mogli odebrać to podświadomie jako: bez Ferenca nie dam rady.

"Dobra kontynuacja" - takie jest hasło wyborcze ministra Warchoła.

Pomysł był interesujący, ale to zostało koszmarnie przesadzone.

Jednak nie samym Ferencem Rzeszów stoi?

Okazało się, że kandydowanie przez Ferenca to jedno, a namaszczenie przez Ferenca kolejnego prezydenta, to zupełnie coś innego.

Dlaczego?

Jestem z Rzeszowa i znam tamtejszą mentalność. Rzeszowianie nie lubią, kiedy ktoś traktuje ich miasto jak swoje cesarstwo, w którym odgórnie wskazuje się następcę. Sam ten akt "namaszczenia" przez Ferenca mógł ministrowi Warchołowi, paradoksalnie, zaszkodzić. Ferenc nie jest Rzeszowem. To było zbyt zuchwałe jak dla rzeszowian. Ludzie poczuli, jakby ktoś odbierał im wybór. Gdyby ludzie ministra Warchoła to poparcie Ferenca spożytkowali inaczej, być może miałoby to lepsze skutki. Dzisiaj już widać, że namaszczenie przez Ferenca nie przełoży się na wynik ministra Warchoła. A moi ziomkowie pokażą, że u nas się wybiera, a nie namaszcza.

Bardziej zaszkodziło namaszczenie przez Ferenca czy fakt, że Zjednoczona Prawica nie dogadała się między sobą i wystawiła dwójkę kandydatów?

Tu ciekawe będzie co innego: jak się tam wszyscy za łby wezmą, gdy już będzie ogłoszone, ze Fijołek wygrał. Oj, będzie szukanie winnych.

To została nam jeszcze kampania pani wojewody.

Kampania bez charakteru. Nijaka kampania.

Bazowanie na tym, że Podkarpacie to bastion PiS-u, konserwatyzm, katolicyzm?

Pani wojewoda zrobiła to, co PiS robi w skali kraju. Uznała, że skoro ma władzę, to może wszystko. Gdzie tylko mogli nadużywali środków rządowych, zmienili termin wyborów, a jeśli rywalizowali, to głównie z ministrem Warchołem. Mogą sobie pozwolić na takie fortele, bo mają władzę i ją bezceremonialnie wykorzystują, ale to nie da efektu. Dało natomiast możliwość Fijołkowi zrobienia kampanii na pełnym luzie.

Politycy Zjednoczonej Prawicy, pytani o wynik wyborów w Rzeszowie, tonują nastroje. "To są ważne wybory, ale nie przesadzałbym z ich wagą dla polskiej sceny politycznej i dla układu sił w polskim parlamencie. (…) Od wyniku tych wyborów nie zależy los rządu" - ocenił 8 czerwca w "Porannej Rozmowie Gazeta.pl" europoseł PiS-u Adam Bielan.

Bielan na wyborach zna się doskonale i wie co mówi. W języku polityki jego słowa można odczytywać tak: przegramy w Rzeszowie. Wypowiedź Bielana to tylko kolejny sygnał, że Fijołek jest blisko wygranej.

Byłby równie blisko wygranej, gdyby nie podwójna kandydatura Zjednoczonej Prawicy? Opozycja miała tu sporo szczęścia.

Nie zgadzam się. To stereotyp, który jest nieprawdziwy i niedobry dla Rzeszowa. Rzeszów jest miastem zmodernizowanej i zmienionej klasy średniej. To są w dużej mierze moi rówieśnicy - koleżanki i koledzy czy po prostu ludzie, których znam. To ludzie, którzy mają dość postępowe poglądy. Nie poglądy progresywne w rozumieniu lewicowo-liberalnych największych miast w Europie, ale poglądy postępowe w takim rozumieniu, że szanują tradycję, ale nie podporządkowują się we wszystkim proboszczowi, szanują dorobek rodziców, ale sami mają swoje aspiracje i chcą osiągnąć jeszcze więcej, rozumieją, że miasto musi być nowoczesne także technologicznie, a nie tylko mieć ładne rabatki. Ta klasa średnia, to nowe pokolenie, nadaje dzisiaj ton Rzeszowowi.

Rzeszów jest też polityczną Polską w pigułce. Wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w tym mieście to niemal idealne odwzorowanie wyników ogólnopolskich.

To kolejny argument, że skoro jest jeden kandydat opozycji, to musi wygrać, bo podobnie jak w całym kraju PiS nie ma dominującej większości.

Dlaczego te wybory są ważne dla opozycji? Politycy opozycji mówią o nich bardzo dużymi słowami. Powodem jest to, że Fijołek ma wielką szansę na wygraną?

Dla opozycji jest to sprawdzian, czy jest w stanie współdziałać. Przynajmniej taki psychologiczny element odgrywa tutaj zasadniczą rolę.

W sumie prawda, wyłonienie kandydatury Fijołka to ostatni namacalny dowód udanej współpracy partii opozycyjnych. Potem już o wszystko się kłóciliście.

W tym kontekście jest szansa, żeby odwołać się do czegoś pozytywnego i myślę, że to gra w tej sytuacji dużą rolę. Poza tym, Rzeszów naprawdę jest ważny. Myśmy to w tej chwili sprowadzili tylko do politycznej rozgrywki, ale Rzeszów należy do elitarnego grona Unii Metropolii Polskich, ma ogromne strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa, jeśli chodzi o politykę wschodnią, jest jednym z największych ośrodków uniwersyteckich w Polsce. Jeśli ktoś będzie mieć ambitną wizję tego miasta - np. jako "Nowego Lwowa" - to może zrobić świetne rzeczy. Jeśli Fijołek stanie na wysokości zadania w taki sposób jak Dutkiewicz i Sutryk we Wrocławiu czy Adamowicz i Dulkiewicz w Gdańsku, to można z Rzeszowa zrobić cacko w krajowej skali.

A Fijołek tę wizję Rzeszowa ma? Przedstawił ją wam, przekonał was nią?

Mnie przekonał tym, że myśli o Rzeszowie szerzej i strategicznie. Ponadto wie, że czas Ferenca trzeba skwitować pozytywnie, podziękować, ale teraz trzeba otworzyć już nowy kajecik historii miasta.

To ogólniki.

Ferenc poszerzył Rzeszów - miasto było jednym z najmniejszych miast, jeśli chodzi o proporcję terytorium do liczby ludności, to była historyczna spuścizna Rzeszowa - i uporządkował miasto. Dzisiaj Rzeszów potrzebuje strategicznego kopa - wzmocnienia Doliny Lotniczej, poprawienia pozycji uczelni, musi przyciągać inwestorów i nowych ludzi. Kiedy rozmawiałem z Fijołkiem, miałem wrażenie, że on to rozumie i że dla niego to aktualnie również priorytet dla Rzeszowa.

Ewentualna wygrana Fijołka będzie szansą dla Rzeszowa na zmianę wizerunku? Obecnie jest postrzegany przez, nie do końca prawdziwy, wizerunek całego Podkarpacia - PiS, konserwatyzm, kościółkowość. A przecież Rzeszów i reszta Podkarpacia to dwa różne światy.

Znam dobrze Podkarpacie, więc odrzucam wizję tego regionu jako bastionu nacjonalizmu. Tak nie jest. To głęboko tradycyjny region, który wyrasta z tradycji Galicji. To region, w którym pamięć historyczna dotyczy jeszcze państwa austro-węgierskiego, a powszechna kultura demokratyczna, czyli dotycząca także warstwy chłopskiej, jest znacznie dłuższa niż chociażby na Mazowszu. I to daje inny efekt.

Podkarpacie to również - w pozytywnym znaczeniu - spuścizna bardzo mocnego i posiadającego ogromny autorytet Kościoła. W czasach, kiedy mówi się tyle krytycznych rzeczy o Kościele, to o Ignacym Tokarczuku, liderze Kościoła na Podkarpaciu i prawdziwym twórcy tamtejszego katolicyzmu, nikt nie mówi choćby jednego złego słowa.

To wszystko powoduje, że Podkarpacie ma swoją specyfikę. Tradycja galicyjska przetrwała - z jednej strony, w formie pewnego konserwatyzmu; z drugiej, w formie np. dużo większej zdolności do samoorganizacji czy większej partycypacji w wyborach. Jeśli chodzi o polskie realia, ważne jest też to, że Podkarpacie to konserwatyzm, ale bez nacjonalizmu. Za wyjątkiem marginalnych wysepek nie jest to region, w którym znajdziemy silny wpływ skrajnego nacjonalizmu.

Rzeszów jest symboliczny dla opozycji? Czego by o Rzeszowie nie mówić, to jednak stolica województwa, będącego od dawna bastionem PiS-u.

Na pewno psychologicznie zwycięstwo w Rzeszowie będzie bardzo istotne dla opozycji. Będzie oznaczać, że można wygrać w jaskini lwa, w samym sercu "dobrej zmiany". Będzie oznaczać, że w polskiej polityce nadchodzi "moment żądzy zmiany", kiedy wszyscy są gotowi przynajmniej do taktycznej współpracy, by przerwać złe rządy. Coś takiego jak na Węgrzech, gdzie już ta "żądza zmiany" się pojawiła.

Rządzący mówią, że szukacie na siłę sukcesu zastępczego, bo nie potraficie od sześciu lat wygrać żadnych wyborów ogólnokrajowych i nie potrafiliście wykorzystać tego ośmiomiesięcznego kryzysu Zjednoczonej Prawicy.

W polityce jest trochę jak w dyplomacji. Czasami trzeba cierpliwie podchodzić wiele razy do jednego tematu. Może to Rzeszów ostatecznie uruchomi domino zmiany w Polsce? Ale może to być także coś innego, przykładowo wspólny z częścią władzy wybór Rzecznika Praw Obywatelskich przez opozycję.

Jeśli opozycja wygra w Rzeszowie, to nauczy się wreszcie skutecznie działać na trudnym dla siebie terenie? Zawalczy w regionach zdominowanych dotąd przez "dobrą zmianę"?

Wszędzie jest jakaś grupa naszych zwolenników, jakaś szefowa domu kultury, lekarka rodzinna, właściciel firmy czy nawet ksiądz, który nie popiera PiS-u. Oni głosują i mają wpływ na głosowanie innych. W warunkach ordynacji proporcjonalnej jest szczególnie ważne, by do nich dotrzeć, by z nimi zagadać o Polsce. Bo wielu z nich, wbrew stereotypom dotyczącym danego regionu, ma dużo bardziej liberalne poglądy i prezentuje dużo bardziej otwartą postawę, niż można by sądzić. Dlatego Rzeszów może być dla opozycji otrzeźwieniem. Dowodem, że warto jeździć w miejsca, w których politycznie dominuje PiS i wyjść tym ludziom na spotkanie.

Więcej o: