Imposybilizm, szukanie wsparcia, ciepła woda w kranie. Wywiad Kaczyńskiego odsłania miękkie podbrzusze Zjednoczonej Prawicy [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Partia dysponująca największą w Polsce władzą po 1989 roku i łapczywie prywatyzująca państwo poległa w starciu z (wykreowanym przez siebie) polskim imposybilizmem. To najciekawszy wniosek z wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla Interii. Ale z tej rozmowy ciekawych rzeczy o Zjednoczonej Prawicy dowiadujemy się znacznie więcej.

Wniosek pierwszy: Przygniatający imposybilizm

Zdecydowanie najmocniej z całego wywiadu dla Interii przebijają się momenty, w których prezes przyznaje się do porażek, niemocy, ograniczeń. Jest ich dość sporo jak na polityka, który dorobił się wizerunku wszechmocnego i wszechwiedzącego demiurga prawicy. Jest ich sporo jak na obóz władzy, który od ponad 5,5 roku ma największą władzę polityczną po 1989 roku i niejednokrotnie dobitnie pokazał, że potrafi z niej korzystać do realizacji swoich celów.

Tymczasem w odpowiedzi na kolejne pytania Kaczyński przyznaje, że w kilku kluczowych obszarach to wszystko na nic się zdało. Kto zatrzymał "dobrą zmianę"? W przypadku programu "Mieszkanie plus" - "pewne relacje międzyludzkie", "pewni ludzie", "mechanizmy związane z deweloperką", a nawet "instytucje, które nie chciały oddawać publicznych własności" (w przypadku tak scentralizowanego państwa jak państwo PiS-u słowa te brzmią jak najczystsza herezja).

Przy reformie sądów - prezydent Andrzej Duda i jego weto ("Miał do tego prawo, szanujemy to, ale przekonywającego uzasadnienia nigdy w tej sprawie nie usłyszałem") i nie do końca sprecyzowane, ale "skrajnie ideologiczne i bardzo silne związki polityczne" powiązane z opozycją. Idźmy dalej. Demografia - będące wygodną wymówką kwestie kulturowe ("Możemy pomagać, ułatwiać, namawiać - ale kwestie mentalnościowe są trudne do przeskoczenia" oraz "Nie wiem, jak to zmienić i tu, uczciwie mówiąc, przyznaję się do bezradności").

Zobacz wideo Kto zapłaci za deszcz obietnic w Polskim Ładzie?

Wreszcie skrajny nepotyzm i prawdziwy desant osób rozmaicie skoligaconych z politykami Zjednoczonej Prawicy na państwowe spółki. Prezes Kaczyński na początku próbuje bagatelizować problem i zasłaniać się tym, że przecież za PO-PSL było gorzej (konkretów nie podaje), ale przyciśnięty przyznaje, że i jemu nie podoba się to uwłaszczanie się "na państwowym". Niestety, nic nie może w tej kwestii zrobić, bo "realia są takie, że musimy mieć pewien instrument, by z tym walczyć". Tutaj prezes wskazuje na ustawę antykorupcyjną, przygotowaną przez ludzi... Pawła Kukiza. Jak wiadomo, 5,5 roku rządów PiS-u to zbyt mało, żeby stworzyć sobie "pewien instrument" do walki z kolesiostwem i nepotyzmem w sektorze publicznym. Kto w to uwierzy?

Z odpowiedzi prezesa PiS-u w tych kilku obszarach wyłania się brutalnie szczery obraz Zjednoczonej Prawicy, który wszyscy obserwujący nieco baczniej polską politykę znają od dawna. Formacji, która potrafi bezceremonialnie upolitycznić wymiar sprawiedliwości czy stanowczo spacyfikować protestujące kobiety, ale która porażona ląduje na deskach, gdy podlegające rządowi PKP ("Zjawisko korporacjonizmu jest niezwykle trudne do przełamania") albo Lasy Państwowe ("To są mechanizmy nacisków, strajków - co razem tworzy ogromną sferę niemożności") nie chcą oddać gruntów pod budowane przez państwo mieszkania.

Chcąc czy nie, wicepremier ds. bezpieczeństwa w tych kilku miejscach wystawia druzgocące świadectwo "dobrej zmianie". Siła polityczna, która miała pokazać niedowiarkom, jak walczy się z mitycznym imposybilizmem, padła przygnieciona tym imposybilizmem przy próbie każdej większej reformy systemowo-strukturalnej. Mao Zedong powiedział niegdyś znamienne słowa: "Amerykański imperializm i wszyscy reakcjoniści to papierowe tygrysy". W ten sposób chciał pokazać światu, że przeciwnicy komunistycznych Chin na czele z Amerykanami są silni jedynie z pozoru, a faktycznie zupełnie niegroźni. Trudno nie odnieść wrażenia, że w starciu z poważnymi wyzwaniami, stojącymi przed polskim państwem, takim papierowym tygrysem okazała się Zjednoczona Prawica.

Wniosek drugi: dogrywka z sądami

Chociaż w sądach "dobra zmiana" natrafiła na bezprecedensowy opór sojuszu sędziowsko-opozycyjnego - jak wiadomo, to dlatego po zmianach zaordynowanych przez Zbigniewa Ziobrę czas oczekiwania na rozpatrzenie sprawy jeszcze się wydłużył, podobnie jak kolejki interesariuszy w sądach - nie zamierza się poddawać. Mając w pamięci poprzednie zmiany w wymiarze sprawiedliwości - zarówno te, które w życie wcielono, jak i te, z których rządzący musieli się wycofać - nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle.

W każdym razie, prezes Kaczyński obiecuje:

(...) postaramy się przeprowadzić lepszą operację, uwzględniając pewną zmianę realiów. Będziemy szli w kierunku, w którym jest normalny wymiar sprawiedliwości

Jak będzie wyglądać to wprowadzanie normalności do sądów przez Zjednoczoną Prawicę, lider tego obozu na razie nie precyzuje. Dodaje jedynie, że "muszą istnieć mechanizmy kontrolne: także wobec sądów. Jak władza nie jest kontrolowana, to jest zła. Po prostu".

Rzecz w tym, że po ustanowieniu tzw. Europejskiego Funduszu Odbudowy, setki miliardów złotych, które do Polski popłyną z Brukseli, będą uzależnione od przestrzegania praworządności. To reguła potocznie zwana "pieniądze za praworządność", na którą okrutnie zżymał się minister Ziobro, wiedząc, że na 99 proc. będzie ona oznaczać koniec jego harców w wymiarze sprawiedliwości. Wielce prawdopodobne więc, że skończy się tylko na obietnicach i grożeniu palcem przez prezesa PiS-u. A finalnie górę weźmie - a jakże! - imposybilizm. Tym razem europejski.

Wniosek trzeci: poszukiwanie sojuszników

Prezes Kaczyński w wywiadzie sporo miejsca poświęca imposybilizmowi i korporacjonizmowi, które storpedowały ambitne plany Zjednoczonej Prawicy. Jaki ma sposób na ich przezwyciężenie?

Na to lekarstwem musi być wspólny cel całej klasy politycznej: możemy się nie lubić między sobą, konkurować, ale pewna zgoda ponadpolityczna pomogłaby przełamać tego rodzaju blokady

- mówi wicepremier ds. bezpieczeństwa, po chwili dodając oczywiście, że opozycja jest totalna i wszelkie próby wyciągania ręki na nic.

Jest jednak światełko w tunelu, bo nawet o części opozycji sternik PiS-u mówi kilka pozytywnych słów. Chwali m.in. "odnoszące się do społecznych kwestii" wystąpienia Adriana Zandberga, które zdaniem Kaczyńskiego "są warte dyskusji". Dyskusji - zdaniem prezesa PiS-u - warta jest "cała poważna część lewicowej narracji", a więc przede wszystkim "rozważania nad sytuacją społeczną, kwestiami socjalnymi".

Jeszcze cieplej prezes wypowiada się o Pawle Kukizie, z którym od jakiegoś czasu regularnie się spotyka i omawia polityczne kwestie ("Już nie potrafię policzyć, ile tych rozmów było: to bardzo dobre i miłe spotkania"). Prezes zapewnia, że "rozmawiamy nad bardzo konkretnymi sprawami". Te "konkretne sprawy" to m.in. sędziowie pokoju, ordynacja mieszana, dzień referendalny czy ustawa antykorupcyjna.

Kaczyński jest też pytany o możliwą koalicję z PSL. Oczywiście nie podoba mu się krytyka Polskiego Ładu ze strony ludowców, z którą kategorycznie się nie zgadza. Po chwili dodaje jednak, że "w polityce wszystko jest jednak możliwe - nie takie rzeczy żeśmy widzieli". Przyznaje też, że spotyka się i rozmawia z Waldemarem Pawlakiem, byłym prezesem PSL i wciąż wpływową figurą w tym środowisku politycznym.

O ile w przypadku Lewicy słowa Kaczyńskiego wydają się być próbą jeszcze mocniejszego wbicia klina pomiędzy Lewicę i Koalicję Obywatelską (tylko patrzeć, jak pojawią się oskarżenia o to, że Lewica jest przystawką PiS-u), o tyle w przypadku Kukiza i PSL sprawa jest już dużo poważniejsza. Kaczyński jest świadomy, że mimo prezentacji Polskiego Ładu nie może być pewny lojalności ani Solidarnej Polski, ani Porozumienia, więc stale szuka alternatywnych źródeł poparcia. Przy liczącej zaledwie czterech posłów większości w Sejmie, każda szabla się przyda.

W przypadku Kukiza współpraca ma się opierać na zasadzie wzajemności - ustawa za ustawę. Ciężko wyobrazić sobie wejście rockmana i jego coraz skromniejszego środowiska politycznego do rządu Mateusza Morawieckiego. Z ludowcami sprawa jest ciekawsza. Rozmowy z Pawlakiem każą przypuszczać, że PiS chętnie zagrałoby na rozłam w PSL, gdyby tylko taka okazja się pojawiła. A plotki o powrocie Pawlaka do polityki w ostatnich dwóch, trzech latach można było usłyszeć kilkukrotnie. Nie jest bowiem tajemnicą, że o ile zasiadający przy Wiejskiej politycy PSL nie pałają miłością do "dobrej zmiany", o tyle już struktury ludowców żyją z PiS-em w bardzo dobrych relacjach, żeby nie powiedzieć komitywie.

Wniosek czwarty: Pomysły na Morawieckiego

Ponieważ za nieco ponad miesiąc odbędzie się kongres PiS-u, na którym dojdzie do wyboru władz partii, w wywiadzie nie mogło obyć się bez pytań o sytuację wewnętrzną największej formacji Zjednoczonej Prawicy i o politycznej plany samego Kaczyńskiego.

Poza zwyczajową polityczną kokieterią wicepremiera ds. bezpieczeństwa, padają też ważne słowa o Mateuszu Morawieckim. Kaczyński zapytany o to, czy szef rządu ma szansę pobić wynik Donalda Tuska, jeśli chodzi o czas zasiadania w fotelu premiera, odpowiada:

Jeśli nie zostanie wystawiony, nie będzie miał takich ambicji, wytrwa w roli premiera, to może ścigać się w kategorii długości sprawowania urzędu nie tylko z Buzkiem czy Tuskiem, ale z takimi w tym względzie jak Jaroszewicz

O jakie "wystawienie" chodzi? Prezes Kaczyński ma tu na myśli wybory prezydenckie w 2025 roku. Nieco między wierszami, ale właśnie dowiedzieliśmy się, kto w szeregach Zjednoczonej Prawicy jest na pole position do prezydenckiej nominacji, gdy druga kadencja Andrzeja Dudy dobiegnie już końca.

Nieco mniej różowo rysują się szanse Morawieckiego na fotel wiceprezesa PiS-u. O taki ruch Kaczyński również został zapytany.

Być może tak, ale to u nas w partii nie ma to tak wielkiego znaczenia

- odpowiada i podaje przykład Marka Kuchcińskiego jako polityka, który choć formalnie nie jest wiceszefem PiS-u, to w partii ma status porównywalny z zastępcami Kaczyńskiego.

Ze słów Kaczyńskiego można wywnioskować też rozczarowanie faktem, że partia ostro zareagowała na pomysł namaszczenia Morawieckiego na przyszłego sukcesora w ramach PiS-u.

Przynajmniej trzy osoby mogłyby zostać moimi następcami. Nie zdradzę nazwisk

- przyznaje Kaczyński. I dodaje:

Sądziłem, że jedna osoba ma największe szanse, ale nie byłem pewien, czy wygra". Łatwo się domyślić, że tą jedną osobą był właśnie Morawiecki

Chociaż partyjne perspektywy dla szefa rządu nie są tak obiecujące jak przed wybuchem pandemii, to jednak wydaje się, że kryzys zaufania Kaczyńskiego do Morawieckiego (pamiętna fascynacja prezesa Danielem Obajtkiem) też już minął. Wicepremier ds. bezpieczeństwa zdaje sobie sprawę, że partyjny aparat nie akceptuje i już raczej nigdy nie zaakceptuje Morawieckiego. Dlatego trzeba wymyślić inny sposób na przekazanie mu władzy nad partią, a być może nawet całą prawicą (jeśli, rzecz jasna, nie wydarzy się coś nieprzewidywalnego i Morawiecki nie wypadnie z łask).

Namaszczenie Morawieckiego na przyszłego prezydenta mogłoby po odejściu Kaczyńskiego z polityki postawić prawicę przed faktem dokonanym. Jako były premier dwóch kadencji i urzędujący prezydent, byłby najpotężniejszą figurą na prawicy. Jego dzisiejsi przeciwnicy mogliby zostać postawieni przed faktem dokonanym i zmuszeni do uznania tej sukcesji w imię przetrwania całego obozu prawicy. A co działoby się później, to już zupełnie inna sprawa.

Wniosek piąty: Dobrze już było, teraz ciepła woda

Zawiedzeni mogą być ci, którzy oczekiwali, że prezes Kaczyński po prezentacji Polskiego Ładu nakreśli wielką strategię czy wyznaczy długofalowy cel na drugą połowę drugiej kadencji Zjednoczonej Prawicy. Po raz kolejny padły słowa o pomocy najbiedniejszym, wyrównywaniu szans i gonieniu zachodniej zamożności.

Cel jest jasny: na początku przyszłego dziesięciolecia zrównać się z europejskim poziomem życia - może jeszcze nie Zachodu, ale już Południa. Jeśli chodzi o procenty, to jest to 100 proc. przeciętnej UE, Włoch czy Hiszpanii

- obiecuje Kaczyński.

To samo słyszeliśmy w 2015, a później także w 2019 roku. Jeśli do równania dorzucimy wyznanie prezesa na temat imposybilizmu i korporacjonizmu, które storpedowały co ambitniejsze przedsięwzięcia Zjednoczonej Prawicy, to odniesiemy nieodparte wrażenie, że obóz rządzący staje się ekipą "ciepłej wody w kranie". Bezpiecznej kontynuacji, dbania o sondaże, zarządzania, a nie rządzenia. Brakuje śmiałości czy nawet zuchwałości planów i wizji sprzed objęcia władzy czy choćby z początku pierwszej kadencji.

Z jednej strony to zrozumiałe, bo co innego kreślić palcem po wodzie najambitniejsze nawet scenariusze reformowania państwa, a co innego zderzyć się z tym państwem w rzeczywistości. Zjednoczona Prawica zderzyła się i się odbiła. Dzisiaj, po niemal sześciu latach rządów, wie już, że o ile w warstwie retorycznej czy wizerunkowej jest jeszcze w stanie zaczarować Polaków (a i tak coraz mniejszą ich część), o tyle w warstwie realnego działania nie ma wiele do zaproponowania, jeśli chodzi o fundamentalne reformy, których potrzebuje polskie państwo (ochrona zdrowia, energetyka, ochrona środowiska, edukacja, innowacyjność gospodarki). Dlatego coraz trudniej będzie wspiąć się na poziom ponad 40 proc. poparcia. Zwłaszcza w obliczu coraz częstszych tarć w obozie władzy. Słowem: dobrze już było, teraz trzeba po prostu politycznie przetrwać.

Więcej o: