Minęło pięć lat i historia zatoczyła koło. Zamiast odsunięcia PiS-u od władzy, Koalicja Obywatelska sama musi walczyć o życie [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
12 proc. poparcia, które Koalicja Obywatelska uzyskała w najnowszym sondażu United Surveys dla "Dziennika Gazety Prawnej" i RMF FM, to powrót do najmroczniejszych czasów za rządów Zjednoczonej Prawicy. Wówczas Platformę Obywatelską do grobu próbował złożyć Ryszard Petru i jego Nowoczesna. Dzisiaj przeciwnik jest znacznie poważniejszy, a okoliczności o wiele trudniejsze.

Liczby nie kłamią. Z badania United Surveys dla "DGP" i RMF FM wynika, że na Koalicję Obywatelską głos w wyborach oddałoby dzisiaj zaledwie 12 proc. Polaków. To niemal dwukrotnie mniej niż na Polskę 2050 (22 proc.) i prawie trzykrotnie mniej niż na Zjednoczoną Prawicę (33,5 proc.). Ważny jest też kontekst - w porównaniu do kwietniowego sondażu tej samej pracowni dla tych samych redakcji, KO straciła niemal 6 pkt proc. Bezpośrednia konkurencja - zarówno ta po stronie opozycyjnej, jak i rządowej - zyskała. Polska 2050 poszła w górę o prawie 3 pkt proc., Lewica dokładnie o 0,7, a rządzący o 0,2.

Ktoś powie, że to tylko jeden sondaż, więc nie ma o co kruszyć kopii. Ktoś inny doda, że przecież tego samego dnia opublikowano badanie pracowni Social Changes, w którym Koalicja Obywatelska ma poparcie na poziomie 18 proc. A pojawiły się też wyniki sondażu Kantara, w którym KO ma 19 proc. (jako że pojawiły się nieoficjalnie, należy mieć do nich dystans). Rzecz w tym, że wynik 12 proc., który KO odnotowała w badaniu United Surveys, wpisuje się w spadkowy trend, który można zaobserwować od początku 2021 roku. Pisaliśmy o tym na Gazeta.pl wielokrotnie, robiąc przegląd wyników najnowszych sondaży poparcia dla partii.

Trend ten zaostrzył się w maju - w ośmiu przeprowadzonych w tym miesiącu sondażach KO notuje poparcie od 12 do 18 proc., przy czym w ponad połowie z nich (pięć z ośmiu) jest to przedział 14-16 proc. W każdym z badań wyraźnie przegrywa też z Polską 2050, która z kolei utrzymuje trend wzrostowy w sondażach. Jeśli zatem wierzyć trwającemu od miesięcy trendowi, wynik 12 proc. Koalicji Obywatelskiej jest znacznie bardziej prawdopodobny niż odbicie na 18 czy 20 proc.

Zobacz wideo O niedawnym zwrocie ideowym Platformy Obywatelskiej krytycznie wypowiada się były prezydent Bronisław Komorowski

To zaś powinno zapalać w kierownictwie Platformy wielką, czerwoną lampę ostrzegawczą (bo na małą lampkę jest już zdecydowanie za późno). Ostatni raz Platforma osłabła w sondażach tak bardzo pięć lat temu - w 2016 roku. Pokazują to dwa sondaże Pollstera dla "Super Expressu" z tamtych czasów - jeden z końca lutego, drugi z końca czerwca. W pierwszym PO zdobywa 11, a w drugim 9 proc. głosów.

Wówczas o prymat w opozycji z Platformą walczyła Nowoczesna pod wodzą Ryszarda Petru. Dzisiaj miejsce Petru zajął Szymon Hołownia, a zamiast Nowoczesnej pojawiła się Polska 2050. Ktoś mógłby pomyśleć: Platforma nie upadła wtedy, więc nie upadnie i teraz. Być może, w żadnym razie nie można przesądzać, że z tego kryzysu Koalicja Obywatelska się nie wydobędzie. Kto twierdzi inaczej, robi błąd albo myśli życzeniowo. Warto jednak zauważyć, że w maju 2021 roku sytuacja Koalicji Obywatelskiej jest bez porównania trudniejsza niż w lutym czy czerwcu 2016 roku. Z kilku powodów, o których poniżej.

Powód pierwszy: Niewykorzystana (gigantyczna) okazja

Przede wszystkim, zaskakujące jest, że tak poważny kryzys poparcia dopada Koalicję Obywatelską tuż po albo wręcz jeszcze w trakcie najpoważniejszego kryzysu politycznego Zjednoczonej Prawicy od jesieni 2015 roku. Obóz "dobrej zmiany" od mniej więcej ośmiu, dziewięciu miesięcy jest w odwrocie, a momentami defensywa, w której się znajdował, była wręcz rozpaczliwa. Afery, uwłaszczanie się polityków i ich rodzin "na państwowym", rozłam wewnątrz koalicji rządzącej i będąca jego bezpośrednią konsekwencją niemożność przeforsowania jakiejkolwiek poważniejszej reformy.

Wreszcie kilkanaście miesięcy pandemii koronawirusa, która nadwyrężyła i tak już bardzo wątłe zaufanie do państwa i jego instytucji, obnażyła tekturowość państwa i jego rozmaitych agend, pozbawiła zdrowia lub życia setki tysięcy ludzi. Wreszcie wywołany pandemią kryzys gospodarczy - bankructwa tysięcy firm i przedsiębiorców, obcinane pensje, zwolnienia, inflacja. Naturalnym jest, że w sytuacji tak wielopoziomowego kryzysu rachunek płaci władza. A ponieważ nasza władza w ostatnich kilkunastu miesiącach zawiodła wielokrotnie na wielu różnych polach, to ona powinna być dziś w jeszcze głębszym kryzysie. Tymczasem to Koalicja Obywatelska wraca do miejsca, w którym była przed pięcioma laty.

Powód drugi: układ sił uległ zmianie

Kryzys Platformy z 2016 roku był w pewien sposób zrozumiały. Partia właśnie przegrała dwie arcyważne elekcje, po ośmiu latach u władzy musiała przesiąść się do ław opozycji, doszło do zmiany przywództwa. Tymczasem Zjednoczona Prawica dopiero rozpoczynała swoją przebudowę państwa i cieszyła się tzw. premią za zwycięstwo. Nie miała jeszcze na koncie wielkich afer i poważnych kryzysów. Nawet początek rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym nie zachwiał jej poparciem. Układ sił był zdecydowanie na korzyść rządzących.

Dzisiaj polityczny krajobraz jest zupełnie inny. Zjednoczona Prawica powoli dobija do połowy drugiej kadencji. Jako druga siła polityczna po 1989 roku zdołała uzyskać reelekcję, a jako pierwsza do reelekcji parlamentarnej dorzuciła jeszcze reelekcję prezydencką. Wciąż ma pełnię władzy, ale jest targana potężnymi wewnętrznymi napięciami, przez co od wielu miesięcy zarządza państwem, ale nim nie rządzi. Stoi w miejscu, gnuśnieje. W dodatku polityczny mit Jarosława Kaczyńskiego jako wszechwiedzącego i nieomylnego demiurga prawicy jeśli nie upadł, to został poważnie nadwątlony.

Opozycja natomiast jest po sześciu porażkach wyborczych z rzędu. Zawiodły najrozmaitsze koncepcje odsunięcia Zjednoczonej Prawicy od władzy. Przyszła jednak pandemia koronawirusa oraz bezprecedensowy kryzys wewnętrzny obozu władzy, które nieoczekiwanie zresetowały polityczny zegar. Sondaże zaczęły faworyzować opozycję, pokazując, że obecnie rządzący nie mieliby szans na utrzymanie się przy władzy. Opozycja na czele z Koalicją Obywatelską otrzymała więc ogromny bonus i szansę na zmianę układu sił na polskiej scenie politycznej. Jak na razie, nie wykorzystała tego prezentu i z każdym kolejnym dniem wydaje się, że to Zjednoczona Prawica, a nie opozycja, jest bliższa opanowania sytuacji i postawienia na swoim.

Powód trzeci: Odwodów brak

Mało kto zauważa, że między sytuacją Platformy z 2016 roku, a sytuacją Koalicji Obywatelskiej z 2021 roku jest istotna różnica strategiczna. Otóż pięć lat temu po dnie w sondażach szorowała wyłącznie Platforma. Dzisiaj sondaż United Surveys pokazuje, że grozi to całej koalicji, którą w ostatnich latach PO zdołała wokół siebie zbudować. Nie jest to więc już spadek poparcia dla samej Platformy, ale dla PO, Nowoczesnej, Zielonych oraz Inicjatywy Polska. Odwodów już więc nie ma. Nie ma kogo wchłonąć ani czego przejąć. To wszystko już się wydarzyło. Koalicja Obywatelska ze swoim problemem jest sama.

Powód czwarty: Problem różnorodności

Koalicja Obywatelska jest też znacznie bardziej różnorodnym środowiskiem niż Platforma przed pięcioma laty. Są w niej konserwatyści z PO, liberałowie z PO i Nowoczesnej, socjaldemokraci z Inicjatywy Polska oraz zieloni. Gdy wszystko idzie pomyślnie, różnorodność może być atutem, otwierać partię na więcej środowisk i grupy społecznych czy zawodowych. W czasie kryzysu różnice przestają by atutem, a odmienne poglądy zaczynają przeszkadzać. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Wystarczy wspomnieć decyzję władz Platformy o liberalizacji kursu w sprawie aborcji - suchej nitki nie zostawili na nim partyjni konserwatyści - czy niedawny list 51 parlamentarzystów KO do kolegów i koleżanek w partii. Krytykują w nim kierunek, w którym zmierza PO oraz apelują o szybkie i potrzebne ich zdaniem zmiany. Najnowszy przykład to wyrzucenie z partii dwóch liderów frakcji konserwatywnej - Ireneusza Rasia i Pawła Zalewskiego - którzy w swoich publicznych wypowiedziach nie szczędzili ostrych słów kierownictwu PO. Im głębszy będzie kryzys, tym więcej będzie takich sytuacji konfliktowych. A im więcej będzie konfliktów, tym głębszy będzie kryzys polityczny. Koło się zamyka.

W dzisiejszej Platformie jest też znacznie więcej niż w 2016 roku środowisk politycznych, które głośno zaznaczają swoją obecność i chcą mieć wpływ na obrany przez partię kurs. Z jednej strony, mamy nową ekipę rządzącą (tzw. grupę młodych) skupioną wokół przewodniczącego Borysa Budki. Z drugiej - stronnictwo odsuniętego przed ponad rokiem od władzy Grzegorza Schetyny (tzw. schetynowcy), to kilkadziesiąt szabel w liczącym około 180 parlamentarzystów klubie KO. Z trzeciej strony, są konserwatyści coraz mocniej poirytowani centrolewicowym zwrotem Platformy, a teraz również wyrzuceniem z partii posłów Rasia i Zalewskiego. Jest też wreszcie stronnictwo Rafała Trzaskowskiego, które uważa, że to prezydent Warszawy jest dzisiaj największym atutem Koalicji Obywatelskiej i to w oparciu o niego należy budować przyszłość całej formacji.

Sił odśrodkowych jest więc sporo. Za dużo jak na tak newralgiczny moment. Wspomniany list ponad 50 parlamentarzystów to zaś wyraźne wotum nieufności wobec Borysa Budki i stylu przywództwa w Platformie. Tu znów różnica z 2016 rokiem: chociaż Platformie było wówczas bardzo ciężko i nie obyło się bez słów krytyki (także wewnętrznej), to nikt nie nawoływał do wymiany przewodniczącego i nie zrzucał winy za wyniki partii na jej kierownictwo. Dzisiaj tak się dzieje, a wyrzucenie dwójki liderów frakcji konserwatywnej może być próbą "wzięcia partii za twarz" przez Budkę i jego stronników. Ruch z jednej strony zrozumiały, bo kryzys wymaga silnego przywództwa i nie można wówczas tolerować jawnej niesubordynacji. Z drugiej strony, ruch wielce ryzykowny, gdy do władzy w partii szło się, mając na sztandarach hasła dialogu, współpracy i szacunku dla wszystkich środowisk w Platformie.

Powód piąty: Hołownia to nie drugi Petru

Ostatni problem ma na imię Szymon, a na nazwisko Hołownia. Jego Polska 2050 jest dzisiaj w sondażach wyraźnie dominującą siłą po stronie opozycyjnej, a trend pokazuje, że z czasem być może rzuci nawet wyzwanie Zjednoczonej Prawicy. Wielka kłótnia wokół ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej pokazała też, że Lewica również nie zamierza grać już na zasadach zaproponowanych (narzuconych?) przez Koalicję Obywatelską. Zresztą sondażowy dystans między Lewicą i KO jest z miesiąca na miesiąc mniejszy, więc nie dziwi, że Lewica widzi w tym szansę do politycznego upodmiotowienia się.

Z kolei Koalicja Obywatelska jako największa, najbogatsza i najstarsza partia w szeregach opozycji wciąż widzi siebie w roli starszego brata czy to dla Polski 2050, czy dla Lewicy i PSL. Tymczasem dynamika społeczno-polityczna w ostatnim roku zmieniła się o 180 stopni i żadna z trzech wymienionych partii nie zamierza składać KO hołdu lennego. Liderzy KO próbowali dobrze znanej z przeszłości "ucieczki do przodu", proponując stworzenie Koalicji 276, która byłaby kolejną odsłoną tzw. zjednoczonej opozycji.

Rzecz w tym, że chociaż wstępne sondaże były dla tej inicjatywy bardzo obiecujące - pisaliśmy zresztą o tym na Gazeta.pl - to po doświadczeniach minionych pięciu lat pozostałe formacje opozycyjne nie garną się do startu w jednym bloku. Ich zdaniem, ten scenariusz był już grany i zakończył się klęską opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, więc nie ma sensu go powtarzać. Po awanturze wokół Krajowego Planu Odbudowy, podwaliny pod taki wspólny projekt są zresztą wyjątkowo wątłe (liderzy KO w swoich publicznych wystąpieniach zdążyli już "wyciąć" z opozycyjnej koalicji Lewicę, chęć współpracy deklarując jedynie z Polską 2050 i PSL). To odbiera Borysowi Budce atut, który miał przed pięcioma laty Grzegorz Schetyna. Nie może on bowiem zasłonić się projektem pt. "Zjednoczona opozycja", zyskując w ten sposób dla Koalicji Obywatelskiej pozycję głównego rozgrywającego po tej stronie politycznej barykady.

KO musi znaleźć inną drogą do pokonania obecnego kryzysu. Pięć lat temu w przypadku Nowoczesnej i Ryszarda Petru była to cierpliwość i przeczekanie konkurencji, a potem kontratak i jej unieszkodliwienie (dziś Nowoczesna jest w 100 proc. zwasalizowana przez Platformę). W przypadku Hołowni i Polski 2050 ta strategia może nie zadziałać. Z kilku powodów.

Po pierwsze, co wynika z niniejszego tekstu, Koalicja Obywatelska jest dzisiaj słabsza niż w 2016 roku i w znacznie trudniejszej pod względem politycznym sytuacji. Po drugie, do wyborów zostało mniej czasu niż w 2016 roku, jesteśmy wszak w połowie kadencji, więc wypadałoby coraz bardziej myśleć o kampanii wyborczej, a nie o mozolnym stawianiu partii na nogi. Po trzecie, Polska 2050 nie ma w Sejmie partii, tylko skromne koło poselskie. Co więcej, złożone ze świeżo wytransferowanych parlamentarzystów. Szanse na to, że pod pozorem współpracy udałoby się do nich zbliżyć, a potem anektować (jak to miało miejsce z Nowoczesną) są więc zdecydowanie mniejsze.

Po czwarte, Hołownia buduje swoją formację znacznie mądrzej niż Petru - stawia na struktury w "terenie", samorząd i obywatelskie zaangażowanie. Podstawą działalności cały czas jest zaś Stowarzyszenie Polska 2050, oparte o osobistą popularność i wiarygodność samego Hołowni. Polityczny projekt jest więc budowany oddolnie, a nie jak w przypadku Petru odgórnie. Wreszcie po piąte, charakterystyka ruchu i partii Hołowni jest dla Koalicji Obywatelskiej znacznie groźniejsza niż była przed laty charakterystyka partii Petru. Nowoczesna była partią od A do Z liberalną. W Polsce, z racji na nasze zaszłości gospodarczo-historyczne ostatnich dekad, z realną reprezentacją społeczną na poziomie ok. 10 proc. głosów. Fakt, że Nowoczesna w chwilach największej chwały dobijała do 25 czy nawet 30 proc. zakłamywał stan faktyczny i był efektem mixu efektu nowości z nieporadnością reszty opozycji. Z kolei projekt Hołowni ma charakter znacznie bardziej umiarkowany gospodarczo i społecznie, co otwiera go na szersze rzesze wyborców i stwarza okazję do stania się partią ogólnokrajową, masową.

Czy takim projektem Polska 2050 się stanie, zobaczymy w ciągu najbliższego roku. Formacja Hołowni wyrosła do obecnych rozmiarów w bardzo specyficznym dla polskiej polityki okresie pandemii, lockdownów i "zamrożenia" życia społecznego-politycznego, jakie znaliśmy z przeszłości. Teraz to wszystko powoli wraca do normy i zakładając, że nie wpadniemy w czwartą falę pandemii, Polska 2050 będzie musiała sprawdzić się także w realu, a nie tylko w telewizji i internecie. To będzie dla niej wyzwanie, z drugiej strony - szansa dla Koalicji Obywatelskiej, która w takich warunkach jest dobrze otrzaskana. Na starcie KO ma jednak do odrobienia spory dystans, a okoliczności dla niej są więcej niż niesprzyjające.

Więcej o: