Merta do Błaszczaka: Zarządzić audyt działań Macierewicza. W Podkomisji Smoleńskiej źle się dzieje

Jacek Gądek
- Nadzieje, które wiązaliśmy z Podkomisją Smoleńską, zostały w dużej mierze zawiedzione. Nie jestem jedyną rozczarowaną. Takich rodzin jest więcej - mówi Magdalena Merta, która w katastrofie smoleńskiej straciła męża, Tomasza Mertę, wiceministra kultury.

Zobacz nagranie: "Bywa szarmancki". Kim naprawdę jest Antoni Macierewicz?

Zobacz wideo

Jacek Gądek: - To już pięć lat. Ma pani przekonanie, że Podkomisja Smoleńska cokolwiek wyjaśni?

Magdalena Merta: - Wiązałam, tak jak i inne rodziny, bardzo duże nadzieje z powołaniem przez Antoniego Macierewicza Podkomisji Smoleńskiej. Miała dużo bardziej oficjalny charakter niż działający wcześniej zespół parlamentarny.

Miała już status państwowy, a nie luźnego zespołu w Sejmie.

Nadzieje, które wiązaliśmy z Podkomisją, zostały w dużej mierze zawiedzione. Udało się znacznie mniej, niż liczyliśmy, że się uda. Nie jestem jedyną rozczarowaną, bo takich rodzin jak ja, jest więcej.

Nie ma wraku. Nie ma raportu końcowego. I co w związku z tym?

Miałam nadzieję na odzyskanie wraku. Nie wierzę w badanie przyczyny rozbicia samolotu bez samolotu. Ten kluczowy dowód, wciąż pozostający w Rosji, powinien zostać odzyskany. Polskie władze deklarowały, że będą się starać go odzyskać i że to się w końcu dokona.

Była zapowiadana przez rząd PiS skarga do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze ws. zwrotu Polsce wraku Tu-154. Ale nawet skargi nie wysłano. Znów zawód?

Stan mamy taki, że wrak wciąż niszczeje w Smoleńsku. Szczególnie bolesne było obserwowanie, jak Holandia wymusiła przekazanie wraku samolotu, który został zestrzelony nad okupowaną częścią Ukrainy, a to nawet nie był przecież holenderski samolot, tylko malezyjski, choć na pokładzie znajdowali się głównie Holendrzy. Z zazdrością na to patrzyłam.

Był komunikat ze strony ambasadora Rosji: przekażemy wrak, jeśli strona polska uzna, że była to katastrofa lotnicza, a nie żaden zamach.

W moim przekonaniu - nawet jeśli brzmi to cynicznie - należało przyjąć rosyjskie warunki, a potem ich nie dotrzymać. Po prostu należało skłamać. Obcujemy przecież z państwem bandyckim, więc każda droga do sukcesu jest do przyjęcia.

Glenn Jorgensen, były już członek Podkomisji, stawia cały szereg zarzutów Macierewiczowi. De facto oskarża go o sabotowanie prac. Co wobec tego?

Dziś wiedzą to już wszyscy: w Podkomisji źle się dzieje. Skoro na łamach tygodnika "Sieci" padły ciężkie zarzuty wobec przewodniczącego Podkomisji, to należy sprawdzić, czy są twarde dowody na ich poparcie.

Czyli?

Należy zarządzić audyt Podkomisji Smoleńskiej. Skoro jedna strona stawia zarzuty, to Ministerstwo Obrony Narodowej, któremu podlega Podkomisja, powinno je zweryfikować. Tym bardziej, że jest więcej osób, które miały i mają wątpliwości ws. sprawności Podkomisji, a tekst Jorgensena jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

Istnieją proceduralne mechanizmy kontroli, więc nie powinno być żadnej logistycznej trudności w przeprowadzeniu przez MON audytu działań Podkomisji Smoleńskiej. Trzeba wyjaśnić i wskazać ewentualne błędy, nieprawidłowe działania bądź jakieś zaniechania, jeśli miały miejsce. Takie audyty są codziennością wszystkich publicznych podmiotów.

W tekście Glenna Jorgensena koronny zarzut jest taki: wykonywanie - zdaniem Macierewicza - fundamentalnych dla Podkomisji symulacji przez amerykański instytut NIAR było sabotowane przez samego Macierewicza.

I to, i inne podobne zarzuty należy obiektywnie wyjaśnić. Marzy mi się, aby ten audyt przebiegł spokojnie, a nie w atmosferze politycznej histerii. Ja sama mam wrażenie, że prace Podkomisji bardzo długo - zbyt długo - skupiały się na błędach z przeszłości. Zbyt wiele czasu i wysiłku poszło na udowadnianie, że raporty rosyjskiego MAK i komisji Millera są nieprawdziwe.

Podkomisja zmierza do tego, że albo nie będzie raportu końcowego, albo w samej Podkomisji powstaną konkurencyjne raporty. Były członek tego gremium pisał bowiem, że w Podkomisji działa niejawna grupa członków, którzy nie zgadzają się z wersją Macierewicza i szykują kontrraport.

Nie chciałabym skupiać się na wewnętrznych sporach w Podkomisji. Generalnie uważam jednak, że adwokaci diabła są na wagę złota. Wątpliwości podnoszone podczas badań chronią przed popełnianiem błędów i brnięciem w nie. Spór, jeśli jest naukowy, uważam za korzystny dla sprawy. Jeśli powstanie jakiś kontrraport, to będzie to przykre - lepiej, żeby toczący spór wypracowali wspólne stanowisko.

Pani zna aktualny skład Podkomisji?

Teraz już nie. Znałam go na początku, ale bardzo się zmieniał i czasami nie obywało się bez wstrząsów. Skład został nam przedstawiony w momencie powołania w 2016 r., a na samą uroczystość Antoni Macierewicz rozesłał zaproszenia do rodzin. Użył wtedy formuły, że Podkomisja ma charakter otwarty i zawsze mogą do niej dołączyć nowi ludzie. Sugerował także, że gdyby rodziny chciały kogoś wskazać, to jest otwarty na takie wnioski.

Na pewno już na samym początku niepokojące było to, że brakowało tam kogokolwiek, kto miałby na swoim koncie sukcesy w wyjaśnianiu katastrof lotniczych. Potem to się zmieniło, bo dołączyli Frank Taylor i dr Gerardo Olivares.

Ale na krótki czas byli zewnętrznymi współpracownikami, a Macierewicz - to kolejny zarzut wobec niego - oszukiwał ws. umów, na podstawie których mieli pracować, aż współpraca stała się niemożliwa.

Przez pewien czas uczestniczyli jednak w pracach. Spośród wszystkich ludzi współpracujących z Podkomisją to oni byli najbardziej wiarygodni, bo badanie katastrof to ich zawód.

Frank Taylor był de facto potrzebny jedynie po to, aby jego nazwisko się pojawiło, a potem Macierewicz się go pozbył?

To opinia krytyków Antoniego Macierewicza. Sama nie mam wiedzy, by to potwierdzić.

A kiedy ostatnio rozmawiała pani z Macierewiczem?

2-3 miesiące temu - po mszy smoleńskiej. Zapraszał do zapoznania się z wynikami badań.

I?

Nie miało to ciągu dalszego. Pewnie z mojej winy, bo się w tej sprawie nie przypominałam.

Zaufanie do Macierewicza zniknęło?

Poczekałabym z takimi opiniami na formalną ocenę jego pracy ze strony audytorów MON.

Macierewicz co rok mówi, że raport końcowy powstanie w ciągu roku. Słowa - danego rodzinom, które w niego wierzyły - nie dotrzymywał.

Tak, ale i tak największe winy ws. badania katastrofy ponoszą poprzednie, a nie obecne władze. Bardziej rozczarowana niż teraz Podkomisją byłam, gdy poprzednie władze mówiły mi, że wszystko jest już wyjaśnione.