Ogon merda psem. A to tylko jeden poważnych problemów, które trawią "dobrą zmianę" od środka [ANALIZA]

Łukasz Rogojsz
Ostatnie półrocze to czarna passa Zjednoczonej Prawicy. Wizerunkowo, sondażowo i politycznie. Co więcej, po raz pierwszy od momentu objęcia władzy jesienią 2015 roku obóz "dobrej zmiany" nie jest w stanie opanować sytuacji i odrobić sondażowych strat. Jest kilka powodów tej nieoczekiwanej zmiany.

POWÓD PIERWSZY: Na wojnie ze wszystkimi

Patrząc na minione pół roku można odnieść wrażenie, że wraz z nadejściem jesieni Zjednoczona Prawica postawiła sobie za punkt honoru rozpętanie wojny z każdą grupą społeczną bądź zawodową, z jaką rozpętać wojnę nadarzy się okazja.

Zaczęła od... swojego żelaznego elektoratu, czyli rolników i mieszkańców wsi. Będąca kością niezgody "Piątka dla zwierząt" dodatkowo dokonała wyłomu w samym Prawie i Sprawiedliwości. Kilkunastu posłów zbuntowało się przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale problem był szerszy, bo na korytarzach Nowogrodzkiej zaczęto spekulować, że wódz nie prowadzi już swojej armii we właściwy kierunku.

Prezes się przeliczył. Same straty. Jest źle

mówił wówczas Jackowi Gądkowi jeden z posłów PiS-u. Inny polityk Zjednoczonej Prawicy twierdził, że prezes "zakiwał się na śmierć", a jeszcze kolejny całą sytuację spuentował dobitnie, nazywając ją "katastrofą".

Przy okazji jesiennej fali zachorowań na koronawirusa i konieczności ponownego zamknięcia państwa, wszelką cierpliwość do rządu stracili polscy przedsiębiorcy. I to nie ci z wielkich, międzynarodowych koncernów, którzy i tak raczej nie głosują na "dobrą zmianę", ale ci mali i średni, często z tzw. Polski powiatowej. Słowem: ci, na których Zjednoczona Prawica do tej pory bardzo liczyła. Jesień upłynęła pod znakiem protestów przedsiębiorców (które przy okazji politycznie wzmocniły konkurencyjną wobec Nowogrodzkiej Konfederację), natomiast końcówka i przełom roku to już liczne przejawy obywatelskiego nieposłuszeństwa i łamania przez nich rządowych zakazów. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Nowogrodzka straciła kontakt z tą grupą zawodową. A najgorsze przecież dopiero przed nami, bo daty "odmrożenia" gospodarki nie widać, a gdy przestaną obowiązywać rządowe "tarcze antykryzysowe", czeka nas fala bankructw i upadków. Kto zapłaci za to polityczną cenę? To chyba oczywiste.

Zobacz wideo Sondaże Zjednoczonej Prawicy pikują. Co mówi się o tym w samym obozie władzy?

Jakby tego było mało, Nowogrodzka jesienią rękami upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego doprowadziła do zaostrzenia prawa aborcyjnego w Polsce, czym wyprowadziła na ulice polskich miast i miasteczek tysiące ludzi. Zwłaszcza kobiet i młodych Polaków. To właśnie w tych dwóch grupach Zjednoczona Prawica przegrała późną jesienią absolutnie wszystko. Co więcej, Nowogrodzka, która jeszcze w zeszłym roku chciała zażarcie walczyć o centrum i młodych, nagle kompletnie się od tych dwóch grup odwróciła, oddając całkowicie pole Lewicy, Koalicji Obywatelskiej i Polsce 2050. To niezwykle ryzykowne podejście w kontekście wyborów parlamentarnych w 2023 roku. Przekonanie, że można będzie zdobyć trzecią kadencję tylko dzięki twardego elektoratowi, przejęciu wyborców Konfederacji i poszukiwaniu prawicowych wyborców wśród wyborców niezdecydowanych, to gra w polityczną rosyjską ruletkę.

2020 rok Zjednoczona Prawica spuentowała głośnym konfliktem wokół szczytu budżetowego Unii Europejskiej. Być może nie byłoby w tym ani nic niezwykłego, ani politycznie groźnego, gdyby nie fakt, że ustami polityków Solidarnej Polski Zjednoczona Prawica rozpętała wówczas realną dyskusję o polexicie. W społeczeństwie, w którym grubo ponad 80 proc. obywateli pozytywnie ocenia członkostwo w UE i w razie referendum polexitowego głosowałoby za pozostaniem w Unii, przypięcie sobie łatki partii dążącej do wyprowadzenia Polski z UE jest proszeniem się o kłopoty. Co więcej, nie jest to tylko pogrzebanie swoich szans w elektoracie wielkomiejskim, wykształconym i dobrze sytuowanym (te grupy i tak nie były fundamentalne dla politycznej strategii PiS-u), ale również wśród rolników i mieszkańców małych miejscowości, które najwięcej zyskały na Wspólnej Polityce Rolnej czy Polityce Spójności.

Jeśli grup społecznych i zawodowych, z którymi skonfliktowała się w ostatnim półroczu Zjednoczona Prawica było mało, to na deser obóz władzy postanowił wstąpić na wojenną ścieżkę ze wszystkimi prywatnymi mediami. Bo dokładnie taki efekt osiągnęła dzięki pomysłowi narzucenia mediom tzw. podatku solidarnościowego, który opodatkowywałby przychody z reklam. Wszystko to przy jednoczesnym wspieraniu mediów publicznych z gigantycznymi subwencjami z budżetu państwa, a prorządowych sowicie opłacanymi reklamami państwowych spółek, prowadziło do oczywistego wniosku: orbanizacji rynku medialnego w Polsce. Pomysł nie spodobał się nie tylko samym mediom oraz społeczeństwu, ale nawet koalicjantom PiS-u. Zwłaszcza Porozumieniu, które jasno zapowiedziało, że takiego projektu nigdy nie poprze.

POWÓD DRUGI: Prawica zjednoczona tylko z nazwy

Wspomniany bunt Porozumienia to zresztą nie pierwszy raz w ostatnich miesiącach, gdy jeden z koalicjantów PiS-u stawia Nowogrodzkiej twarde i nienegocjowalne warunki. Tak samo Porozumienie zachowało się w połowie ubiegłego roku przy okazji tzw. wyborów kopertowych 10 maja, z kolei Solidarna Polska dała się we znaki PiS-owi przy okazji rekonstrukcji rządu, negocjacji nad nową umową koalicyjną i unijnego szczytu budżetowego pod koniec ubiegłego roku. Wszystko to sprawia, że Zjednoczona Prawica coraz bardziej trwa, a coraz mniej rządzi. Stan ten pogłębia się z tygodnia na tydzień, bo tak naprawdę trudno w ostatnim czasie doszukać się tygodnia, w którym koalicjanci nie wymierzaliby sobie wzajemnych razów.

Jarosław ma już tego serdecznie dość

- mówi nam o prezesie Kaczyńskim polityk PiS-u dobrze zorientowany w sytuacji wewnątrz koalicji.

To się może skończyć wcześniejszymi wyborami jeszcze w tym roku. My tak naprawdę nie możemy rządzić, stoimy w miejscu, a dla Jarosława właśnie sprawczość jest kwintesencją posiadania władzy. Gowin i Ziobro mu tę sprawczość odebrali. Długo czegoś takiego nie wytrzyma

- dodaje nasz rozmówca.

O coraz szybciej wyczerpującej się cierpliwości prezesa Kaczyńskiego przekonaliśmy się kilka dni temu, gdy Solidarna Polska zagłosowała w Sejmie razem z opozycją przeciwko wicepremierowi Piotrowi Glińskiemu. Już kilka godzin później ukazał się wywiad prezesa PiS-u dla Polskiej Agencji Prasowej, w którym lider Zjednoczonej Prawicy nie przebierał w słowach.

My nie chcemy niszczyć naszych sojuszników. Chętnie będziemy dalej rządzić Polską razem z tymi dwiema partiami, ale w proporcji wynikającej z układu sił

- zapewnił Kaczyński. Dodał też jednak:

Jako szef obozu Zjednoczonej Prawicy mam obowiązek jasno i jednoznacznie powiedzieć: każdy kto rozbija dzisiaj prawicę - ale rozbijaniem jest także odmowa głosowania, bo myśmy się umówili na wspólne głosowania - działa przeciw Polsce, przeciw polskiej rodzinie i przeciw polskim wartościom

Jak czytać te słowa? Mniej więcej tak: nie chcemy zniszczyć naszych koalicjantów, ale jeśli wreszcie się nie uspokoją, będziemy musieli to zrobić, mimo że to zaszkodziłoby nam wszystkim. W przypadku Zjednoczonej Prawicy jak na dłoni widać więc, że dobrze już było. A jak będzie, to dzisiaj pytanie za milion. Albo i więcej.

POWÓD TRZECI: Demiurg prawicy upadł

Dlaczego ten kryzys Zjednoczonej Prawicy jest głębszy i groźniejszy od wszystkich poprzednich z minionych pięciu i pół roku? Bo upadł ostatni bastion, który w przeszłości chronił "dobrą zmianę" przed samozniszczeniem - mit nieomylnego wodza Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS-u potrafił godzić polityków swojego obozu, podejmować słuszne strategiczne decyzje i nadawać sprawczości działaniom rządu.

Jednak odkąd Andrzej Duda zdobył prezydencką reelekcję, wielu działań i wyborów prezesa PiS-u nie sposób zrozumieć. Najpierw, tuż po wyborach, wyjechał na urlop i dał na kilka tygodni zielone światło swoim podwładnym do wyrównywania między sobą rachunków, co doprowadziło do chaosu w obozie władzy. Potem z uporem godnym lepszej sprawy forsował "Piątkę dla zwierząt" wbrew interesom własnego żelaznego elektoratu i wobec sprzeciwu nie tylko koalicjantów, ale także posłów własnej partii. Wreszcie gdy wybuchły protesty przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, wygłosił szokujące przemówienie, w którym de facto wezwał do wojny domowej, prosząc ultra prawicowe bojówki o obronę kościołów i walkę z protestującymi w imię ratowania Polski.

Na Nowogrodzkiej widzą też, że Kaczyński nie jest w stanie opanować Gowina i Ziobry, którzy korzystają ze swojej mocnej pozycji negocjacyjnej i robią, co chcą. Tak naprawdę to oni decydują o tym, co zrobi, a czego nie zrobi obóz rządzący. W PiS-ie narasta z tego powodu frustracja, bo - jak zwykł mawiać sam Kaczyński - ogon merda psem. W partii mówi się wprost, że Kaczyński już nie rządzi, tylko trwa przy władzy, a Zjednoczona Prawica gnije.

U nas już toczy się gra o to, co po Kaczyńskim. Widać to na każdym kroku. Jarosław wciąż jest szefem, ale nie kieruje, bo po prostu nie może, zablokowali go

- mówi nam zirytowany wewnątrzkoalicyjnym klinczem polityk z Nowogrodzkiej.

Teoretycznie wydaje się, że opcje dla Zjednoczonej Prawicy są teraz trzy: trwanie w impasie do końca kadencji, spacyfikowanie koalicjantów przez PiS albo przedterminowe wybory. Tyle że żadna z tych opcji nie jest ani optymalna, ani korzysta dla stron sporu. Trwanie w impasie oznacza, że Zjednoczona Prawica będzie gnić od wewnątrz przez dwa i pół roku, a poparcie dla niej spadać, przez co kolejne wybory mogą skończyć się nie tylko przegraną, co wręcz klęską. Próba pacyfikacji Solidarnej Polski i Porozumienia została podjęta, ale się nie powiodła. PiS nie zdołało ani rozbić formacji Ziobry, ani odebrać wystarczającej liczby posłów Gowinowi. Przedterminowe wybory to z jednej strony "straszak" na Gowina i Ziobrę, którzy zapewne nie dostaliby się wówczas do Sejmu, ale sondaże są dzisiaj na tyle niekorzystne dla Zjednoczonej Prawicy, że taki ruch zakończyłby się najpewniej utratą władzy. Z nią zaś wiąże się okres rozliczeń i wyrównywania rachunków przez dzisiejszą opozycję. To oznacza dla PiS-u w najlepszym razie długie lata w opozycji, a w najgorszym dekompozycję.

Teoretycznie byłaby też ewentualność w postaci przejęcia posłów Kukiz'15, posłów niezrzeszonych i przynajmniej części posłów PSL oraz Konfederacji. Tyle że to operacja niezwykle złożona i obarczona ogromnym ryzykiem błędu. Zresztą nawet gdyby się powiodła, pozwoliłaby co najwyżej pozbyć się jednego z koalicjantów, bo na pewno nie obu. Problem Nowogrodzkiej nie zostałby więc rozwiązany. Nie dziwi więc narastająca w szeregach PiS-u frustracja, bo wyjścia z obecnej sytuacji po prostu nie widać. A trwając w niej, "dobra zmiana" słabnie z każdym miesiącem. I wcale nie chodzi tu o sondaże poparcia.